Wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, określane przez Donalda Tuska jako splot „bardzo wielu życiowych okoliczności”, dotyczyło mężczyzny, który dokonał aktu samopodpalenia przed Kancelarią Premiera. Przypadek ten, szeroko komentowany w mediach i środowisku politycznym, stał się punktem zapalnym dla dyskusji o kondycji państwa i obywateli.

Okoliczności Dramatu
Dramatyczna próba samobójcza miała miejsce 23 września przed Kancelarią Premiera. Tego dnia przed południem 49-letni Andrzej Ż. oblał się łatwopalną substancją i podpalił. Do próby samospalenia doszło około godziny 11:20. Mężczyznę uratowali funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu, którzy ugasili ogień kocami. Został on natychmiast przewieziony do szpitala.
Lekarze poinformowali, że mężczyzna ma poparzone 50 procent powierzchni ciała, w tym oparzenia pierwszego i drugiego stopnia. Z powodu poparzeń dróg oddechowych został zaintubowany i przebywał na oddziale intensywnej terapii w szpitalu na Szaserów. Lekarze wprowadzili go w stan śpiączki, by mniej cierpiał i by oszczędzić jego serce. Według nieoficjalnych informacji, miał poważne poparzenia nóg i podbrzusza. Wskazano, że „najprawdopodobniej nie ma jednak bezpośredniego zagrożenia dla życia”.
Kim jest Andrzej Ż.?
Andrzej Ż. to 49-letni mieszkaniec Warszawy, którego przeszłość zawodowa obejmuje służbę w Centralnym Biurze Śledczym (CBŚ) oraz pracę w urzędzie skarbowym. Był cenionym pracownikiem CBŚ, gdzie trafił po studiach prawniczych na Uniwersytecie Wrocławskim. Jego kolega z tamtych czasów opisał go jako "świetnego faceta i naprawdę dobrego policjanta", a także "prawdziwego fachowca" w sprawach gospodarczych.
Z CBŚ Andrzej Ż. odszedł w lutym 2006 roku, po 19 latach służby, w czasie "czystek" związanych z polityką kadrową ówczesnego rządu PiS. Dosłużył się stopnia nadinspektora, a jego emerytura wynosiła 2900 zł na rękę. W tym czasie miał już żonę i dziecko, a wyliczenia pokazywały, że jego rodzina miała zaledwie 16 zł dziennie na trzy osoby.
Po odejściu z policji, mężczyzna pracował w Urzędzie Skarbowym Warszawa-Praga. Po zwolnieniu stamtąd, z powodu trudnej sytuacji materialnej i braku pracy w administracji państwowej, zatrudnił się jako ochroniarz w markecie "Biedronka" za 1680 zł miesięcznie. Miał poważne problemy zdrowotne, pracował mimo zapalenia płuc, nadciśnienia i problemów z chodzeniem, wymiotował rano krwią. W rodzinie pojawiły się problemy finansowe: odłączono im światło, a do drzwi zapukał komornik. Miał też na utrzymaniu troje małych dzieci, w tym bliźnięta, Igorka i Wiktorka, którzy poważnie chorowali, co generowało koszty na leki i podróże do szpitali.

Przyczyny Desperackiego Czynu - Nieprawidłowości w Urzędzie Skarbowym
Główną przyczyną desperackiego kroku Andrzeja Ż. były rzekome nieprawidłowości, których miał być świadkiem w Urzędzie Skarbowym Warszawa-Praga. Wiosną 2008 roku wysłał do Ministerstwa Finansów pismo, w którym twierdził, że odkrył, iż urzędnicy ukrywają zawiadomienia o przekrętach i czekają, aż te się przedawnią. Jego doniesienie było szczegółowe i zawierało nazwiska pracowników urzędu oraz jego spostrzeżenia na ich temat.
Według Andrzeja Ż., próba ujawnienia przestępstwa sprawiła, że stracił pracę w urzędzie skarbowym. Twierdził, że nikt z polityków i dziennikarzy, których o tym informował, nie reagował. Mężczyzna rozpoczął "krucjatę" w maju 2008 roku, wysyłając do Ministerstwa Finansów opis wszystkich znanych mu nieprawidłowości. We wrześniu 2008 roku już tam nie pracował.
"Rzeczpospolita" dotarła do raportu z kontroli przeprowadzonej w skarbówce jesienią 2009 roku, który potwierdził doniesienia Andrzeja Ż. W urzędzie nie monitorowano zawieszonych spraw, przez lata nie prowadzono ewidencji zawiadomień o nieprawidłowościach, a do 2008 roku nie odnotowywano dat i sposobu zakończenia spraw. Rozstrzygnięcia zapadały z blisko czteroletnim opóźnieniem. W swoim liście Andrzej Ż. pisał również, że jego przełożony zabraniał mu wszczynać postępowania, twierdząc, że sądy i tak umarzą takie sprawy ze względu na znikomą szkodliwość czynu. Za te nieprawidłowości do dnia dzisiejszego nikt nie odpowiedział.

Polityczne Echa Samopodpalenia
Samopodpalenie Andrzeja Ż. wywołało natychmiastową reakcję polityczną. Premier Donald Tusk, przebywający na Pomorzu Zachodnim, przerwał objazd po kraju i zapowiedział powrót do Warszawy. Stwierdził, że zbiera informacje o stanie zdrowia mężczyzny, dodając, że "nie brzmi ona najtragiczniej, najprawdopodobniej nie ma jednak bezpośredniego zagrożenia dla życia". Premier zapowiedział również spotkanie ze "wszystkimi, którzy mają cokolwiek na ten temat do powiedzenia" i chęć odwiedzenia rannego mężczyzny w szpitalu, jeśli to będzie możliwe.
Partia Polska Jest Najważniejsza (PJN) uznała samopodpalenie za "efekt rządu obywatelskiego", który doprowadził do powstania w Polsce "państwa-draństwa". Paweł Poncyljusz z PJN stwierdził, że "nie mamy zamiaru grać na emocjach", ale domagają się, aby rząd i politycy zaczęli rozwiązywać problemy obywateli. Elżbieta Jakubiak z PJN wspomniała o "dramatycznej sytuacji osobistej" ojca trójki dzieci.
Prezes PiS Jarosław Kaczyński życzył mężczyźnie, aby przeżył i "nie poniósł jakiś wielkich, trwałych strat, jeśli chodzi o zdrowie", wyrażając nadzieję, że "wyjdzie z tego, w ostatecznym rachunku zdolny do normalnego życia". Rzecznik PiS Adam Hofman potwierdził, że do biura poselskiego Kaczyńskiego w przeszłości wpłynęło kilka pism od Andrzeja Ż., dotyczących domniemanej korupcji w urzędach skarbowych.
Warszawska prokuratura okręgowa, pod kierownictwem Dariusza Ślepokury, wszczęła śledztwo w sprawie próby samobójczej mężczyzny. Na miejscu zabezpieczono plecak mężczyzny i list. Śledztwo ma prowadzić śródmiejska prokuratura.
List do Premiera i Apel o Zmianę
Andrzej Ż. miał ze sobą list adresowany do premiera Donalda Tuska, który przykleił do ławki. Podobne pisma rozesłał do kilku redakcji. Portal Niezalezna.pl podał, że list miał zaczynać się od słów "Panie premierze, otacza się pan zgrają klakierów i hipokrytów".
W swojej korespondencji do premiera, a także do innych polityków (m.in. prezydenta Bronisława Komorowskiego, Ryszarda Kalisza, Grzegorza Napieralskiego, Jarosława Kaczyńskiego i Julii Pitery), Andrzej Ż. opisywał swoją tragiczną sytuację życiową i oskarżenia wobec urzędów. Wielokrotnie próbował nagłośnić sprawę nieprawidłowości, odwiedzając Kancelarię Premiera w celu uzyskania informacji o swoich skargach, lecz nigdy nie zastał osoby zajmującej się tą sprawą.
W czerwcowej korespondencji do Donalda Tuska wyraźnie dawał do zrozumienia, że jest gotów popełnić samobójstwo, pisząc: "nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wybrać jedyne honorowe wyjście z sytuacji...". Wyrażał wiarę, że premier nie jest "kłamcą i hipokrytą", lecz "normalnym człowiekiem szanującym prawo, a przede wszystkim ojcem kochającym swoją rodzinę". Stwierdził, że jego rodzina pozostaje bez środków do życia z powodu urzędników i że ma nadzieję, iż jego czyn pozwoli rodzinie na "bardziej normalne życie". Pisał o utracie wiary w państwo i krytycznie oceniał polityków z różnych frakcji oraz media, twierdząc, że nie są niezależne.

tags: #andrzej #z #podpalenie #wyborcza