Zainteresowanie tematyką pożarową w kulturze masowej jest niezwykle silne, o czym świadczy ciągłe powstawanie nowych produkcji filmowych, w których ogień odgrywa główną rolę. To zjawisko zaowocowało bogactwem materiałów do analizy, co z kolei znalazło odzwierciedlenie w serii artykułów „Pożary filmowe” st. bryg. B. na łamach PP.

Klasyka kina katastroficznego: „Płonący wieżowiec”
Wśród klasyków kina pożarowego wyróżnia się film „Płonący wieżowiec”, którego premiera miała miejsce w 1974 roku. Współtwórca produkcji, Irwin Allen, znany specjalista od kina katastroficznego w latach 70., często opowiadał o swojej fascynacji ogniem. Jego zaangażowanie i dbałość o autentyzm pożaru w filmie zyskały sympatię strażaków, którzy dziękowali mu za realistyczne przedstawienie ich pracy. Niemniej jednak, pomysł ukazania pożaru wieżowca spotkał się również z krytyką ze strony architektów i właścicieli drapaczy chmur, którzy sprzeciwiali się straszeniu „fikcją, niemogącą się nigdy wydarzyć w rzeczywistości”. Allen ripostował, twierdząc, że żadne budownictwo nie jest ognioodporne.
Film „Płonący wieżowiec” przyniósł zyski przekraczające 100 milionów dolarów, co dowodzi, że Allen nie miał wątpliwości co do sukcesu produkcji. Koszty realizacji, które pochłonęły głównie efekty specjalne (pożar, wybuchy, zniszczenie windy, rozbicie śmigłowca), okazały się niewielkie w porównaniu do osiągniętych zysków. Wytworny lokal na 138. piętrze, otoczony wielką cykloramą z widokami na San Francisco, spłonął doszczętnie w największym studiu wytwórni. Do tworzenia płomieni i wybuchów stosowano gaz i ładunki wybuchowe, co sprawiło, że „od razu było wiadomo, że nie będzie powtórek”. Na szczęście nikt z ponad 200 statystów nie ucierpiał, mimo że 26 ładunków wybuchowych rozerwało ściany z betonu zbrojone żelazem, a wnętrze zalano wodą z kilkudziesięciu autopomp. Jak podaje autor tekstu (B.), Irwin Allen liczył na to, że zwróci uwagę rządu federalnego USA na kwestie ochrony przeciwpożarowej, jednak przeliczył się, ponieważ w latach 70. pożary stanowiły problem władz lokalnych. Ciekawostką, świadczącą o mocy przekazu wielkiego ekranu, jest informacja, że aktor Paul Newman (filmowy Doug Roberts) tak się wystraszył, że zmienił dentystę - z tego, który mieszkał na 14. piętrze.
„Ognisty podmuch” - strażacy na wielkim ekranie
Obok Steve'a McQueena, który wcielił się w rolę strażaka w „Płonącym wieżowcu”, kolejnym wybitnym aktorem, który założył hełm strażacki, był Robert De Niro w filmie „Backdraft”, czyli „Ognistym podmuchu” z 1991 roku. Film opowiada historię dwóch braci, Stephena i Briana McCaffreyów, którzy po śmierci ojca strażaka, postanawiają iść w jego ślady. Bracia starają się udowodnić całemu światu, że są godnymi następcami swojego taty. Główna fabuła przypada na lata 90., ale jest też retrospekcja z 1973 roku, kiedy ginie ich ojciec. Wkrótce w mieście wybucha seria tajemniczych pożarów wzniecanych przez specjalistę. Robert De Niro jako oficer ekspert tropi seryjnego podpalacza, a film, choć patetyczny i z dużą ilością efektów specjalnych, tematyką i fabułą aspiruje do miana filmu sensacyjnego oraz thrillera, ukazując grozę pożaru. Czy Stephenowi i Brianowi uda się powstrzymać szalonego podpalacza?
Film „Ognisty podmuch” miał swoją światową premierę 22 maja 1991 roku, a jego box office wyniósł 152 368 585 dolarów na świecie (77 868 585 dolarów w USA i 74 500 000 dolarów poza USA). Dystrybucją zajęła się Syrena EG, a produkcję wspierały studio Imagine Entertainment (przedstawia) oraz Trilogy Entertainment Group. Oryginalny tytuł filmu to „Backdraft”.
Ogień w filmie „Ognisty podmuch” jest pokazany rewelacyjnie, „jakby był żywym aktorem odgrywającym swoją rolę”. Produkcja jest perfekcyjnie zrealizowana, realistyczna, ze świetnym aktorstwem, zwłaszcza Kurta Russella, który niezwykle oszczędnymi środkami tworzy bohatera z krwi i kości. Film zawiera również doskonałe epizody De Niro i Sutherlanda, stanowiąc znakomite połączenie kina katastroficznego z rodzinnym dramatem. Jest to świetne kino, które się nie starzeje, wciąż doskonale się ogląda, a obsada jest super. Niektóre filmy się nigdy nie starzeją, a „Ognisty podmuch” to właśnie taki obraz - niewiele można w nim poprawić, a efekty specjalne, mimo upływu lat, są takie, jakie powinny być.
Ognisty podmuch | Backdraft (1991)
Serial „Strażacy” TVP1
W 2015 roku na antenie TVP1 zadebiutował serial „Strażacy”, w którym główne role zagrali Maciej Zakościelny i Weronika Rosati. Produkcja opowiada o losach pracowników straży pożarnej. Adam (Zakościelny) przeniósł się ze stolicy na prowincję, aby rozpocząć pracę w jednostce ochotniczej straży pożarnej. Jego narzeczona (Rosati) odbywa staż za granicą, a on sam wpada w oko naczelniczce straży pożarnej.
Aktorzy wcielający się w role strażaków przeszli intensywne szkolenie z zasad obsługi sprzętu gaśniczego w jednostce straży pożarnej, aby jak najwierniej oddać realia zawodu. Maciej Zakościelny, komentując swoje przygotowania do roli, wspominał: „Bardzo się ucieszyłem, że zaczynam nowy projekt. Pomyślałem, że może odpocznę trochę od tego kurzu, pyłu w «Czasie honoru». A tu niestety znowu mundur, trudne zdjęcia na hali w Ursusie. Pożar, 13 godzin w pełnym wyposażeniu, butla, maska, cały kombinezon. Polecam wszystkim, którzy chcą się odchudzić, temperatura pod tym kombinezonem sprawia, że naprawdę można stracić parę kilogramów”. Strażacy towarzyszyli również aktorom na planie, służąc wsparciem i fachową wiedzą. Zakościelny podkreślił: „Mieliśmy szkolenia w straży pożarnej w jednostce ratowniczo-gaśniczej na Ursynowie, gdzie zostaliśmy otoczeni niesamowitą opieką i pomocą. Miałem okazję poznać zawód strażaka i dowiedzieć się, jak wspaniali są to ludzie i jak trudny i niedoceniany zawód uprawiają. Strażacy są z nami codziennie na planie podczas kręcenia scen, które wymagają ich obecności. Są genialni, to naprawdę fantastyczni ludzie”.
W serialu występują także m.in.: Piotr Głowacki, Jacek Braciak, Jakub Wesołowski, Marta Ścisłowicz i Michał Żurawski. „Strażacy” składają się z dziesięciu 40-minutowych odcinków i „pokazują strażaków jako naprawdę ciekawych ludzi”, a także różnice między Państwową Strażą Pożarną (PSP) a Ochotniczą Strażą Pożarną (OSP).

Spontaniczny pomysł: Parodia hitu Ronniego Ferrari w wykonaniu OSP Wozławki
Strażacy z Ochotniczej Straży Pożarnej w Wozławkach (woj. warmińsko-mazurskie) wpadli na nietypowy pomysł i nagrali parodię utworu Ronniego Ferrari „Ona by tak chciała”. Przeróbka polskiego hitu, zatytułowana „Ona by tak chciała gasić ze mną”, szybko zdobyła popularność w sieci. Jak przyznają twórcy, na pomysł nagrania teledysku wpadli spontanicznie. - „Chcieliśmy zrobić coś z humorem, jednocześnie pokazując, jak wygląda życie w jednostce” - mówiła w rozmowie z Fakt 24 Magdalena Ferenc z OSP Wozławki. Klip obejrzało już ponad 50 tys. osób. Piosenka Ronniego Ferrari „Ona by tak chciała” w minionym roku stała się jednym z najchętniej wyszukiwanych kawałków w sieci, doczekawszy się wielu przeróbek, w tym wykonania przez ministrantów z Katowic.