Intrygi i Bunt: Paryż w Czasach Kardynała Mazarini

Samotność Władzy: Kardynał Mazarini i Niezadowolenie Ludu

W gabinecie, za kominkiem, płonął suty ogień, a głownie gorejące od czasu do czasu przewalały się jedna na drugą. Ta samotność, ta pustka, która wydawała się właściwsza raczej dla widma, niż dla człowieka żyjącego, wskazywały to korytarze bez dworaków, podwórza, pełne straży, wrzawa płynąca tu z ulicy i wglądająca przez szyby do tego pokoju. Był on wstrząsany odgłosami z całego miasta, sprzysiężonego przeciw ministrowi, - wreszcie te dalekie echa zgiełku i padające bezustannie strzały po to jedynie, ażeby pokazać strażom, szwajcarom, muszkieterom i żołnierzom, otaczającym pałac królewski, - bo pałac kardynalski zmienił nawet nazwę, - że lud także ma broni poddostatkiem.

Tym widmem Richelieu’go był Mazarini. - „Cudzoziemiec!” - wyszeptał - „Włoch! ot, co wymyślili! Tym razem zamordowali, powiesili i pożarli Cruciniego, a gdybym tylko pozwolił, i mnie zamordowaliby, powiesili i pożarli, jak jego, chociaż nie zrobiłem im nigdy nic złego, tylko tyle, że ich troszkę naciskałem. Głupcy!”

- „Tak!, tak!” - mówił dalej minister, z właściwym mu przebiegłym uśmiechem, który teraz dziwacznie wyglądał na bladych jego ustach - „tak, wrzawa wasza mi powiada, że los ulubieńców królewskich bywa opłakany, ale powinniście również i to wiedzieć, że ja nie jestem wcale zwyczajnym ulubieńcem! Hrabia Essex miał wspaniały pierścień z brylantami od swej kochanki królewskiej; ja mam tylko prostą obrączkę z cyfrą i datą, ale ta obrączka poświęcona została w kaplicy pałacu królewskiego; i mnie nie złamiecie tak, jakbyście pragnęli, a gdy krzyczeć będziecie zawsze: «Precz z Mazarinim!» ja wam odkrzyknę albo: «niech żyje pan de Beaufort», albo: «niech żyje książę pan!» albo: «niech żyje parlament». A co! - A parlament!… ba! parlament… zobaczymy, co z niego zrobimy, mamy Orleanów i Montargis! O! - Richelieu, którego nienawidzili za życia, - chwalą go ciągle, odkąd umarł, - jeszcze gorzej stał ode mnie, bo kilkakrotnie był wypędzany, a ileż razy jeszcze tego się obawiał. O! gdybym nie był cudzoziemcem, gdybym tylko był Francuzem, gdybym był tylko... tylko...”

Rzeczywiście położenie było trudne, a dzień tylko co ubiegły uczynił je bardziej jeszcze zawiłym.

Portret Kardynała Mazarini na tle wnętrza pałacu

Królewskie Edykty i Burzliwy Paryż

Dnia tego, w którym wieczorem otwieramy tę nową historję, król, mający wówczas lat dziesięć, przebywszy świeżo ospę, zamierzał jakoby dla dziękczynienia za wyzdrowienie udać się do kościoła Najświętszej Marji Panny. W tym celu kazał wystąpić strażom swym: szwajcarom i muszkieterom, którzy ustawili się dokoła pałacu królewskiego, na wybrzeżu i na Nowym Moście. Po ukończonem nabożeństwie poszedł do parlamentu, gdzie na przygotowanym tronie nietylko potwierdził dawne edykty, ale wydał jeszcze pięć czy sześć nowych, a wszystkie one, jak opowiada kardynał Retz, były jedne od drugich bardziej rujnujące.

Po wydaniu edyktów król powrócił do pałacu królewskiego; na drodze zebrał się wielki tłum, ale, ponieważ wiedziano, że idzie z parlamentu, a nie wiedziano, czy wymierzył sprawiedliwość ludowi, czy też na nowo go gnębił, ani jeden okrzyk na drodze nie winszował mu powrotu do zdrowia. I w istocie, zaledwie rozeszła się wiadomość po ulicach, że król zamiast zmniejszyć podatki, jeszcze je bardziej powiększył, natychmiast zebrały się tłumy i rozległy się głośne okrzyki: „Precz z Mazarinim! niech żyje Broussel!...”

Rozkaz wydany został strażom królewskim i szwajcarskim, ażeby nietylko trzymały się ostro, ale odbywały nadto patrole na ulicach św. Djonizego i św. Honoré. Wtem oznajmiono w pałacu królewskim starszego zgromadzenia kupców. Rozprawiano nad tem, co począć, gdy Comminges, porucznik gwardji, wszedł w podartem ubraniu i z zakrwawioną twarzą. Otóż widok straży, jak to przewidział starszy zgromadzenia, rozdrażnił lud niezmiernie. Opanowano dzwony i zaczęto dzwonić na alarm. Gwałt ten był już zbyteczny, gdyż winowajcy nie odnaleziono. Comminges został zresztą na ulicy i z resztą oddziału powrócił do pałacu królewskiego, ażeby zdać raport królowej.

W istocie około godziny czwartej po południu wojsko zebrało się całe przy pałacu królewskim; postawiono jednak posterunek przy rogatce Sierżantów, drugi u świętego Rocha.

🌍 Francja: Paryż – Miasto Świateł i Marzeń | Bajki z Globusiem ✨

Fronda: Rodzenie się Buntu

Enery’ego lud nie cierpiał, naprzód dlatego, że był nadintendentem skarbu, a nadintendent skarbu musi być niecierpiany, zwłaszcza że trzeba przyznać, trochę na to zasłużył. Był on synem bankiera lyońskiego, nazwiskiem Particelli, który, zmieniwszy nazwisko po zbankrutowaniu, zwał się później Enery. - „O! doskonale się składa,” - odrzekł król - „rad jestem, że mi mówisz o panu Enery’m, i przedstawiasz go, jako uczciwego człowieka.” - „O! - Tem lepiej! tem lepiej!” Posłano po niego na naradę; przybył blady i stroskany, mówił, że mu o mało co nie zamordowano syna na placu przed Pałacem. Tłum go napotkał i zaczął mu wymyślać za zbytki żony, która miała pokój, wybity aksamitem czarnym z haftem złotym. Była to córka Michała Lecouman, sekretarza królewskiego z 1617 roku, a teraz, pozostawiwszy sobie czterdzieści tysięcy dochodu, podzielił dziesięć miljonów między dzieci. Syn Enery’ego o mało co nie został uduszony, gdyż jeden z wichrzycieli zaproponował, ażeby go dusić dopóty, dopóki nie wyrzuci z siebie złota, które pożarł. Ale prezydent naczelny odpowiedział ze zwykłym spokojem, niezdziwiony ani niewzruszony, że, jeśli wichrzyciele nie będą słuchali woli królewskiej, postawić każe na wszystkich placach szubienice i natychmiast wywiesza najburzliwszych...

- „Cóż to jest fronda?...” - „Zdaje się przed kilku dniami radca Bachaumont powiedział w pałacu, że wszyscy autorowie rozruchów podobni są do żaków frondujących, t. j. zbierających się do rowów pod Paryżem, a rozlatujących na widok policjanta, poczem znów się zbierają, gdy przejdzie. Słówko to pochwycono w locie; nazwano ich frondystami. Dzisiaj i wczoraj wszystko mieliśmy frondowe: chleb, kapelusze, rękawiczki, wachlarze, a oto, proszę posłuchać...”

- „Nie! nie!” - wykrzyknął Mazarini - „Diavolo! mój drogi przyjacielu, byłbyś wszystko popsuł, rzeczy idą pysznie; znam ja waszych Francuzów, jakbym ich sam zrobił od pierwszego do ostatniego; śpiewają, to zapłacą. Podczas Ligi, o której Guitaut mówił przed chwilą, śpiewano tylko mszę. Chodź z nami, Guitaut! chodź!...”

Historyczna rycina przedstawiająca sceny z Frondy w Paryżu

Spotkanie w Więzieniu: D'Artagnan i Rochefort

Kardynał, pozostawszy sam, z pewnem zadowoleniem przeglądał się w lustrze; młody był jeszcze, bo miał czterdzieści lat zaledwie; postawy eleganckiej, wzrostu nieco więcej, niż średniego, cery żywej i śniadej; spojrzenie pełne ognia, nos wielki, ale dosyć kształtny, czoło duże, majestatyczne, włosy czarne i trochę kędziorowate, broda czarniejsza od włosów i zawsze starannie ufryzowana żelazkiem, co nadawało jej wdzięku. Chwilami wrzawa dolatywała od strony hal targowych. Strzały z fuzyj huczały w ulicy św. Honoré. D’Artagnan przebywał drogę z zupełnym spokojem człowieka, na którego nie działają wcale takie drobnostki. Kardynał zazdrościł mu tego spokoju, który przypisywał przyzwyczajeniu do niebezpieczeństw.

- „Prawda” - odrzekł du Trembalay. - „Hej! majorze!... niechaj przyprowadzą numer 256.” - „Muszę pana opuścić” - rzekł doń pan du Treniblay - „wzywają mnie, abym podpisał wyjście więźnia.” - „Niech djabeł mnie porwie, jeżeli powtórzę ci takie życzenie!” - mruknął d’Artagnan, dodając do tego przekleństwa, jak najuprzejmiejszy uśmiech - „pięć minut tylko byłem na podwórzu, a już o mało co się nie rozchorowałem...”

Zaledwie dokończył tego monologu, ukazał się więzień. - „Panowie” - odezwał się d’Artagnan do czterech muszkieterów - „polecono mi jak największą baczność rozciągnąć nad więźniem, a ponieważ kareta nie ma zamków u drzwiczek, wsiądę, ażeby być przy nim.” - „Najchętniej, mój poruczniku!” - „Rochefort!...” - zawołał - „wszak to ty!... to ty!...” - „D’Artagnan!...” - zawołał znów Rochefort zdumiony.

Rochefort opowiedział o swoim aresztowaniu: - „Nie, byłem tylko pijany, a ponieważ zabawa wydawała mi się licha, zaproponowałem kawalerowi de Rieux, ażeby zamiast aktorem, zostać widzem, i, ażeby przyglądać się scenie, jak z pierwszych lóż, wsiąść na konia spiżowego. Co się powiedziało, to się zaraz zrobiło! Dzięki ostrogom, za chwilę już siedzieliśmy na grzbiecie nieruchomego rumaka; miejsce było rozkoszne, widzieliśmy stamtąd wszystko jak najlepiej. Już cztery, czy pięć płaszczy porwanych zostało z niezrównaną zręcznością, a nikt z tych, którym je zabrano, nie śmiał pisnąć ani słowa, gdy wtem jakiś głupiec zaczął drzeć się na całe gardło i sprowadził nam na kark patrol łuczników. Książę d’Harcourt, Fontrailles i inni uciekli; de Rieux chce to samo uczynić. Wstrzymuję go, mówiąc, że nas nie odkryją tam, gdzie jesteśmy; on mnie nie słucha, chce zejść po murze; kawał muru się obrywa, on spada, łamie nogę i - zamiast milczeć - krzyczy, jak wisielec. Wtedy i ja już chciałem zeskoczyć, ale było zapóźno; skaczę w same ręce łuczników, którzy mnie prowadzą do więzienia Châtelet, gdzie zasypiam na oba uszy, przekonany najzupełniej, że nazajutrz stamtąd się wydostanę. Dzień następny mija i po nim jeszcze jeden, wreszcie cały tydzień; piszę do kardynała: tego samego dnia przychodzą po mnie i prowadzą mnie do Bastylji; pięć lat już tutaj siedzę.”

D’Artagnan i Rochefort rozmawiali dalej: - „A jakież nieszczęście miało mi się przytrafić?...” - „O! teraz bardziej, niż kiedykolwiek; powiadają, że się ożenił z królową.” - „E! mój Boże!... Nie rozpaczaj. Jeżeli Mazarini cię szuka, to dlatego, że cię potrzebuje, a skoro cię potrzebuje, to ci winszuję szczerze.” - „O! zaczekaj! zaczekaj!” - „Otóż jeżeli znów odzyskasz łaskę, nie zapomnij o mnie.” - „A twoi przyjaciele?...” - „A tak, mój Boże! rozstaliśmy się, jak ci wiadomo; żyją, tyle tylko mogę o nich powiedzieć. Ale w którym kącie ziemi są, niech mnie djabeł porwie, czy wiem choć odrobinę. Nie, na honor!” - „A ten znakomity... jak nazywałeś tego chłopca, którego zrobiłem sierżantem w pułku piemonckim?” - „Zaślubił cukiernię przy ulicy Lombardyjskiej; chłopiec zawsze bardzo lubił słodycze. Teraz jest mieszczaninem paryskim i prawdopodobnie czynny bierze udział w rozruchach.”

Ilustracja d'Artagnana i Rocheforta podczas ich spotkania

Mazarini i Rochefort: Powrót do Służby

D’Artagnan wsiadł na konia i pojechał przed eskortą. W pięć minut później znajdowano się już na dziedzińcu pałacu królewskiego. Minister zawsze wyglądał tak samo, starannie uczesany, starannie utrefiony, wyperfumowany obficie, a dzięki tej zalotności nie wyglądał na tyle lat, ile miał. Inaczej było z Rochefortem. - „O! ten człowiek wydaje mi się już do niczego!”

Mazarini powiedział do Rocheforta: - „Znalazłem ten list, w którym dopominasz się pan wolności, panie Rochefort.” - „O! o!...” - podchwycił Rochefort - „więc to byłaby prawdziwa przyczyna. Szukam jej od lat pięciu.”

Rochefort wyjaśnił swoją poprzednią służbę: - „Właśnie dlatego że byłem w służbie kardynała, nie mogłem tam pojechać dla służenia królowej. Znajdowałem się w Brukselli w okropnych okolicznościach. Było to za czasów spisku Chalais’a. Udałem się tam, ażeby przejąć korespondencję jego z arcyksięciem, i już wówczas, gdy mnie poznano, o mało co nie zostałem porąbany w kawałki. Jakżeż mogłem tam powrócić?” - „Otóż pojmujesz, jak najlepsze zamiary mogą być źle tłumaczone, mój drogi panie Ro...”

tags: #gra #o #tron #umarly #plynie #lodka