„Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall to jedno z najważniejszych dzieł polskiej literatury faktu XX wieku, które każdy maturzysta powinien znać dogłębnie. Reportaż, oparty na rozmowie z Markiem Edelmanem, przybliża dramatyczne wydarzenia z getta warszawskiego, a jednocześnie stawia fundamentalne pytania o wartość ludzkiego życia, sens pracy lekarza i prawo człowieka do godnej śmierci. Reportaż Hanny Krall od momentu publikacji w czasopiśmie „Odra” w 1975 roku (wydanie książkowe w 1977 roku) wywołuje żywe dyskusje, ponieważ łamie utarte schematy opowiadania o Holokauście. Edelman opowiada o wydarzeniach w sposób rzeczowy, pozbawiony patosu, co nierzadko spotykało się z krytyką ze strony tych, którzy oczekiwali wzniosłej narracji o tragedii narodu żydowskiego.

Marek Edelman: Świadek, Bojownik, Lekarz
Marek Edelman był jednym z najważniejszych przywódców powstania w getcie warszawskim, a także działaczem Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB). Zanim jednak stał się uczestnikiem powstania, pełnił funkcję gońca szpitalnego - przenosił krew do analizy i pomagał ratować ludzkie życie w nieludzkich warunkach. Po wojnie Marek Edelman ukończył studia medyczne i został lekarzem oraz kardiochirurgiem w Łodzi. Asystował profesorowi Janowi Mollowi podczas operacji na otwartym sercu, a jego pacjenci, profesora i jego właśni, stali się nowym polem walki o każdą minutę życia.
Życie i walka w getcie warszawskim
Codzienność getta przed powstaniem
Miejscem akcji reportażu jest przede wszystkim getto warszawskie w czasie II wojny światowej, ale również powojenna Łódź, gdzie Edelman pracował jako kardiolog. Mieszkańcy getta warszawskiego żyli w cieniu nieustannego lęku, a wiecznie głodny tłum na ulicach był codziennym widokiem. Na ulicach dzieci wyrywały przechodniom paczki z rąk w nadziei zdobycia chleba. W szpitalu spuchniętym z głodu dzieciom dozowano po pół jajka w proszku i po pastylce witaminy C. Lekarze w getcie prowadzili badania nad głodem. Przerwali je, ponieważ rozpoczęła się akcja likwidacyjna i zabrakło „surowca naukowego”. Później zginęli i sami badacze. Przeżyła tylko doktor Teodozja Goliborska, ale kiedy zamieszkała w Australii, zdobyte informacje nie były jej przydatne. Ludzie na nowym kontynencie byli syci. Tytuł pracy naukowej brzmiał: „Choroba głodowa. Badania kliniczne nad głodem wykonane w getcie warszawskim w 1942 roku.” Reportaż przywołuje niektóre fragmenty pracy, która wyszczególniała trzy fazy wychudzenia.

Edelman wspomina, że jako goniec szpitalny na Umschlagplatzu stał przy bramie i wyprowadzał chorych. Jego praca polegała na wyławianiu ludzi, których należało uratować. Niemcy stosowali podstęp, rozdając „numerki życia”, które miały ocalać posiadających je, ale była to zakamuflowana taktyka. Z czasem eliminowano z życia i „posiadaczy numerków”. Podobnie rzecz miała się z maszynami do szycia: „(...) ludziom zdawało się więc, że maszyny do szycia uratują im życie i płacili za nie każde pieniądze. Ale potem przyszli i po tych z maszynami.” Ostatecznie, by prędzej rozwiązać kwestię żydowską, Niemcy ogłosili, że chętnym do pracy będą rozdawać chleb i marmoladę. Kłamstwo - logicznie zaplanowane - zwabiło w sidła mnóstwo chętnych. Wtedy już dwa transporty dziennie odprawiano do Treblinki (obóz zagłady), a liczba ochotników wciąż rosła. Nikt nie podejrzewał podstępu: „Oszaleliście? mówili, kiedy próbowaliśmy ich przekonać, że to nie do pracy ich wiozą. Posłano by nas na śmierć z chlebem. Tyle chleba zmarnowaliby?!”
Akcja przyspieszonego wywożenia ludności żydowskiej trwała przez sześć tygodni: od 22 lipca do 8 września 1942 roku. Marek Edelman wyznaje, że odprowadził w tym czasie czterysta tysięcy ludzi do transportów. Ostatniego dnia „akcji”, w szkole przerobionej na szpital, jedna z pielęgniarek zdążyła podać chorym dzieciom swoją porcję cyjanku - trucizny. Uratowała je w ten sposób od komory gazowej. Uznano ją za bohaterkę. Pielęgniarki w tłumie chorych wyszukiwały swoich rodziców, a wszystko po to, by zamienić rodzaje śmierci, wybrać sposób umierania.
Jednym z najbardziej wstrząsających epizodów opisanych w książce jest samobójstwo Adama Czerniakowa, przewodniczącego Judenratu, które miało miejsce 23 lipca 1942 roku, w dniu rozpoczęcia wielkiej akcji likwidacyjnej getta. Edelman przywołuje ten moment jako chwilę, w której stało się jasne, że zagłada przybiera nieodwracalny wymiar. Bohater reportażu ma żal do Adama Czerniakowa, że z własnej samobójczej śmierci uczynił prywatną sprawę, a mógł, może nawet powinien, oddziaływać na innych, wzywając do walki.

Wybuch i przebieg powstania w getcie
Dzień wybuchu powstania w getcie warszawskim przypadł na 19 kwietnia 1943 roku - był to jednocześnie pierwszy dzień żydowskiej Paschy. Edelman, obudzony strzałami, dobiegającymi z daleka, ubrał się dopiero o dwunastej. Wśród powstańców był chłopak, Zygmunt, który z aryjskiej strony miał dostarczyć broń. Planował powrót po wykonaniu zadania, ale nie zdążył. Wybuch powstania zatrzymał go po drugiej stronie muru. Przeczuwając, że zginie, poinformował obecnych, że jest ojcem, a jego córka znajduje się w zamojskim klasztorze, prosząc Edelmana, by po zakończeniu wojny odnalazł jego dziecko.
Wyznaczonym terenem, na którym miało dojść do działań bojowych, było tak zwane getto fabryki szczotek - ulice Franciszkańska, Świętojerska, Bonifraterska. Poprzez zaminowanie bramy fabrycznej śmierć poniosło około stu żołnierzy niemieckich, którzy naruszyli „wrogie” terytorium. Były to pierwsze ofiary buntowników. Niemcy potraktowali sprawę poważnie, sformułowali liczebną kolumnę i w szyku bojowym ruszyli na „zamachowców”. Następnie próbowali osiągnąć porozumienie, wysyłając trzech „parlamentariuszy” z białą flagą. Ta inicjatywa nie powiodła się. Przeciwnicy odpowiedzieli ogniem. Edelman wspominał: „Ludzie zawsze uważali, że strzelanie jest najlepszym bohaterstwem. No to żeśmy strzelali.”

Komendantem powstania został Mordechaj Anielewicz. Edelman wspominał, że Anielewicz „bardzo chciał nim być, więc go wybraliśmy”. We wspomnieniach bohatera reportażu Anielewicz jawi się jako jednostka zdolna i ambitna, pełna wigoru. Przed wojną mieszkał na Solcu, a jego matka sprzedawała ryby, czasem dopuszczając się przy tym drobnego oszustwa. Mordechaj cicho wierzył w zwycięstwo powstania, choć „(...) nigdy przedtem nie widział „akcji”. Nie widział, jak się ładuje ludzi na Umschlagplatzu do wagonów. A taka rzecz - kiedy się widzi czterysta tysięcy ludzi odsyłanych do gazu - może człowieka załamać.” Załamał się na wiadomość, że spalono jednego chłopaka, który udał się do północnej części getta. 8 maja na ulicy Miłej Anielewicz zastrzelił siebie i swoją dziewczynę Mirę. Popełniono wtedy zbiorowe samobójstwo - zginęło ponad osiemdziesiąt osób.
Po śmierci Anielewicza dowodzenie akcją zbrojną przejął Marek Edelman. „Dysponował” czterdziestoma ludźmi - żołnierzami z Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB). Powstanie trwało dwadzieścia osiem dni - od 19 kwietnia do 16 maja 1943 roku - i zakończyło się zniszczeniem getta przez wojska niemieckie. Edelman podkreśla w swojej relacji, że powstanie nie było klasyczną bitwą militarną, lecz przede wszystkim aktem moralnego sprzeciwu wobec zagłady. Powstańcy nie mieli żadnych szans na militarne zwycięstwo i doskonale o tym wiedzieli. Wielu powstańców, w tym sam Edelman, uciekło z płonącego getta kanałami na aryjską stronę.
W zapisie pojawia się wzmianka o murze oddzielającym stronę aryjską od żydowskiej: „Mur sięgał tylko pierwszego piętra. Już z drugiego widziało się TAMTĄ ulicę. Widzieliśmy karuzelę, ludzi, słyszeliśmy muzykę i strasznie żeśmy się bali, że ta muzyka zagłuszy nas i ci ludzie nikogo nie zauważą, że w ogóle nikt na świecie nie zauważy - nas, walki, poległych...że ten mur jest tak wielki - i nic, żadna wieść się o nas nie przedostanie.” Edelman opowiada o bohaterskiej śmierci Michała Klepfisza, który własnym ciałem zasłonił stanowisko ogniowe, ratując pozostałych bojowników. Jak niosły wieści z Londynu, został odznaczony pośmiertnie przez gen. Sikorskiego Krzyżem Virtuti Militari.

Heroizm deheroizowany i prawda o Zagładzie
Marek Edelman jest jednym z nielicznych świadków czasów zagłady narodu żydowskiego. W odróżnieniu od stereotypowych relacji, jego opowieść jest rzeczowa, zwięzła, pozbawiona patosu i tendencji do mitologizowania rzeczywistości. Edelman nie nadaje wydarzeniom znaczeń metaforycznych. Buntuje się przeciwko próbom zamieniania historii w legendę. Zdaje sobie sprawę, że mit i symbol potrzebne są świadomości narodowej, ale jednocześnie fałszują prawdę. Dlatego staje po stronie faktów, często niewygodnych i wręcz odrażających czy banalnych. Opisując pomnik postawiony po II wojnie światowej powstańcom z getta warszawskiego, Edelman ironicznie obnaża fałszywą tendencję do poetyzacji i uwznioślania walczących: „Żaden z nich nigdy tak nie wyglądał, nie mieli karabinów, ładownic ani map, poza tym byli czarni i brudni, ale na pomniku jest tak, jak pewnie być powinno. Na pomniku jest jasno i pięknie”.
Edelman nie uważał powstańców za bohaterów w tradycyjnym rozumieniu tego słowa - konsekwentnie podkreślał, że byli to zwykli ludzie postawieni w niezwykłych okolicznościach. W „Zdążyć przed Panem Bogiem” wielokrotnie pojawia się motyw deheroizacji powstania. Edelman mówi wprost, że śmierć w walce nie jest większym heroizmem niż wejście do wagonu i bierna śmierć w komorze gazowej. W jego ujęciu prawdziwy heroizm polegał na codziennym przetrwaniu, na godnym umieraniu, na ratowaniu choćby jednego ludzkiego życia.
Po publikacji wywiadu zarzucano Edelmanowi, „że tak odarł wszystko z wielkości”. Za najbardziej kontrowersyjne uznano wspomnienie Anielewicza i opowieści o malowaniu ryb. Edelman jednak konsekwentnie podkreślał, że prawda o wydarzeniach powinna być znana w swojej surowej, niewyidealizowanej formie. Kiedy po wyjściu z getta Edelman, jako jeden z nielicznych ocalałych, stanął przed komisją partii politycznych, składając raport o powstaniu, jego relacja była pozbawiona patosu, nienawiści, krzyku, co zawiodło słuchających. Uznano raportującego za „strzęp człowieka” i stwierdzono, że „ten jedyny, który przeżył, nie nadawał się na bohatera”. Sam Edelman po zdaniu raportu zrozumiał, że lepiej będzie milczeć, i zamilkł na trzydzieści lat, „a jak przemówił wreszcie, to zaraz stało się jasne, że byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby nie przerywał milczenia.”
Problem życia i śmierci w czasach II wojny światowej jest jednym z dominujących motywów relacji Edelmana. Edelman zestawia banał i nędzę śmierci z mitotwórczą legendą. Sytuacja ludzi masowo wywożonych do Treblinki z Umschlagplatzu i walczących w getcie warszawskim, według autora, w zasadzie pozbawiona była dramatyzmu. Dramat, zauważa Edelman, jest wtedy, kiedy możliwy jest wybór. Perspektywa niechybnej śmierci uniemożliwia człowiekowi podjęcie jakiejkolwiek decyzji, poza decyzją o sposobie umierania: „(...) właściwie nic nie mogło się zdarzyć. Nic większego niż śmierć, zawsze chodziło przecież o śmierć, nigdy o życie (...) tam wszystko było z góry przesądzone.”
Po wojnie: Lekarz i walka o życie
Sens pracy lekarza w ujęciu Marka Edelmana
Po wojnie Marek Edelman został kardiologiem i kardiochirurgiem w Łodzi, gdzie przy operacjach na otwartym sercu - asystując profesorowi Mollowi - walczył o każdą minutę życia swoich pacjentów. Sens pracy lekarza w jego ujęciu był bezpośrednią kontynuacją walki o ludzkie życie prowadzonej w getcie - z tą różnicą, że narzędziem stał się skalpel zamiast pistoletu. Edelman porównywał życie ludzkie do płomienia świecy, mówiąc: „Pan Bóg już chce zgasić świeczkę, a ja muszę szybko osłonić płomień, wykorzystując Jego chwilową nieuwagę. Niech się pali choć trochę dłużej, niż On by sobie życzył”. Ta metafora doskonale oddaje istotę jego postawy - zarówno jako powstańca, jak i lekarza. Piękne życie w jego rozumieniu to takie, które zostało uratowane, przedłużone, wyrwane śmierci choćby na chwilę. Oczywiście każde życie kończy się tym samym, ale chodzi o odroczenie wyroku, o osiem, dziesięć, piętnaście lat.

Edelman opowiada o swoich pacjentach ze stanie zawału, o trudnych decyzjach i o tym, że każda jego chwilowa nieuwaga mogła kosztować kogoś życie. Wspomina lęki profesora Jana Molla o to, że zostanie posądzony o eksperymentowanie na ludziach. Przed każdą operacją profesor chciał uciekać, powstrzymywał konwulsje rąk, ale wiedział, że takie zachowanie byłoby bezcelowe, dlatego wracał na salę operacyjną za każdym razem. Edelman na nowo wraca do opowieści o czasach okupacji, pojawia się wspomnienie momentu wybuchu połączone z obrazem tego, co działo się na Umschlagplatzu, gdzie Żydzi byli wsadzani do wagonów. Ze strony Krall pojawia się pytanie o zasadność powstania i decyzji o jego wybuchu. Edelman jest jednak zupełnie innego zdania. Oburza się wręcz na stwierdzenie Krall o „dobrym pomyśle” i podaje w wątpliwość, że śmierć w walce miałaby być w jakikolwiek sposób lepsza od śmierci w komorze. Na stwierdzenie Krall, jakoby mieli iść na śmierć jako barany, Edelman mówi, że na Umschlagplatz ludzie szli spokojnie i godnie. W tym sensie ich nieświadomość czyniła czekającą ich śmierć jeszcze bardziej tragiczną. Edelman podkreśla, jak bardzo są dla niego ważni pacjenci i że każdego z nich traktuje bardzo jednostkowo.
Marek Edelman - Lekarz - Okiem Kamery
Kompozycja i recepcja dzieła
Reportaż Hanny Krall składa się z piętnastu nienumerowanych fragmentów, które podzielono większymi spacjami, tworząc mozaikową strukturę narracji. W tekście funkcjonują dwa plany czasowe: pierwszy obejmuje wydarzenia związane z powstaniem w getcie warszawskim, drugi - lata powojenne, kiedy Edelman pracował jako lekarz. Hanna Krall splata te wątki w sposób nielinearny, dzięki czemu czytelnik dostrzega głębokie paralele między walką o życie w getcie a walką o życie przy stole operacyjnym. Wydarzenia nie są ułożone chronologicznie - nadrzędną zasadą w strukturze „Zdążyć przed Panem Bogiem” jest zasada luźnych skojarzeń i nawiązań do wspomnień głównego bohatera.
Po publikacji pierwszego wywiadu z Markiem Edelmanem, zarzucano mu, „że tak odarł wszystko z wielkości”. Za najbardziej kontrowersyjne uznano wspomnienie Anielewicza. Edelman spotkał się jednak także z odwrotną reakcją - list przysłał mu pewien Niemiec ze Stuttgartu, który w czasie wojny jako żołnierz Wehrmachtu przebywał na obszarze getta. Edelman tłumaczył się z wieloletniego milczenia, zrozumiał, że człowiek, który nie przeżył potworności getta i powstania, nie może zrozumieć kogoś jego pokroju. W końcu zgodził się na istnienie legendy, mówiąc: „No dobrze - mówi - Antek chce, żeby nas było pięciuset, literat S. chce, żeby ryby farbowała matka, wy chcecie, żeby siedział miesiąc. Więc niech będzie miesiąc, przecież to już nie ma żadnego znaczenia”. Doktor wie, że w taki sposób powstają legendy i nie ma praktycznie możliwości, aby z nimi walczyć, gdyż ludzie zawsze chętniej, mimo faktów, będą wierzyć w mit niż w prawdę.
„Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall to dzieło, które łączy w sobie siłę dokumentu historycznego z głębią filozoficznej refleksji nad sensem istnienia. Reportaż ten uczy, że heroizm nie polega na spektakularnych gestach, lecz na codziennej walce o życie - czy to w getcie warszawskim, czy przy stole operacyjnym. Marek Edelman, poprzez swoją rzeczową, pozbawioną patosu narrację, daje świadectwo prawdzie, która jest ważniejsza niż jakakolwiek legenda.