Czwartek, 24 listopada 1994 roku, zapisał się tragicznie w historii Gdańska. Tego wieczoru hala widowiskowo-sportowa Stoczni Gdańskiej stała się miejscem pożaru, który odebrał życie siedmiu osobom i ranił ponad trzysta. Wydarzenie to na zawsze zmieniło życie setek młodych ludzi, którzy przyszli na koncert zespołu Golden Life połączony z transmisją nagród MTV.

Hala widowiskowo-sportowa Stoczni Gdańskiej: Historia i kontekst
Hala widowiskowo-sportowa przy ul. Jana z Kolna w Gdańsku miała bogatą historię. Była to stara, poniemiecka hala, która po wojnie została uratowana przed rozbiórką. W maju 1956 roku zorganizowano tam po raz pierwszy mecz bokserski Polska - Anglia, a miesiąc później odbył się duży koncert jazzowy. W późniejszych latach na jej scenie występowali m.in. Jan Kiepura, Josephine Baker, Charles Aznavour, Paul Anka czy „The Animals”. Fani boksu regularnie przychodzili na mecze. W obiekcie mieściło się 3 tysiące osób, choć przy okazji meczów bokserskich bywało ich nawet o tysiąc więcej. W 1994 roku, jeszcze przed tragicznym wydarzeniem, w hali zorganizowano finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Koncert Golden Life i początek tragedii
Na 24 listopada 1994 roku zaplanowano koncert rockowej grupy Golden Life, połączony z transmisją z rozdania nagród MTV w Berlinie. Organizacją imprezy zajęła się Agencja Reklamy FM, związana z Radiem Plus. Jacek Drelichowski, ówczesny zastępca szefa Agencji Securitas Service, zajmującej się zabezpieczeniem koncertu, cytowany przez „Angorę”, zapewniał, że organizatorzy słuchali wszystkich uwag, sugestii i propozycji dotyczących bezpieczeństwa i do wszystkich się dostosowali.

Tłumy młodych ludzi
Tego wieczoru w hali pojawiły się tłumy ludzi - według jednych źródeł było ich ponad 700, według innych - nawet 2 tysiące. Zdecydowana większość to młodzież w wieku 13-20 lat. Aneta Zieland, która w 1994 roku miała 16 lat, wspominała: "Wygrałam bilet w konkursie Radia Plus. Zależało mi bardzo, aby obejrzeć rozdanie nagród MTV. Stałam w pierwszym rzędzie. Chciałam być blisko ekranu, widzieć ukochaną Roxette. Takie spełnienie marzeń".
Fatalne słowa i pierwsze płomienie
Koncert Golden Life rozpoczął się o godzinie 20:00. Zespół wykonał m.in. utwór „Skrzydła” z tekstem kończącym się słowami: „jeśli tylko w twojej krwi będzie płonął ogień”, które były powtarzane cyklicznie. Lider zespołu Adam Wolski powiedział do uczestników imprezy: „Fajnie, że jesteście. Tego koncertu nie zapomnicie do końca życia”. Chwilę po tym, gdy zespół zszedł ze sceny, jedną ze znajdujących się w głębi hali drewnianych trybun zaczęły pochłaniać płomienie. Publiczność początkowo była przekonana, że to efekty pirotechniczne. Kilku z 33 zatrudnionych przy koncercie ochroniarzy próbowało ugasić ogień w zarodku, jednak bez skutku. Płomienie szybko zajęły kurtynę i sufit, a w hali zgasło światło.
Panika i walka o życie
Wybuchła panika. Uspokajające apele spikerki nie pomogły. Ludzie biegiem ruszyli w stronę jedynego znanego im wyjścia - głównego. Temperatura w hali sięgnęła 1000 stopni Celsjusza, zaczęło brakować powietrza. Ludzie, próbując wydostać się z płonącej hali, tratowali się nawzajem, potykali się o leżących. "Ludzie deptali po ludziach. Na podłodze widzieliśmy dywan z ciał. Po tym dywanie w panice uciekali najsilniejsi. Czegoś takiego nie widziałem nawet na filmach" - relacjonował strażak Maciej Białous w rozmowie z „Wieczorem Wybrzeża”.
Wspomnienia ocalałych
Ania, jedna z uczestniczek, wspomina: "Siedziałyśmy dokładnie na tej trybunie, na której zaczął się pożar. Centralnie za nami zaczęło się palić. Pamiętam, że jak później zeznawałam na prokuraturze, to powiedziałam, że czułam zapach benzyny, czy czegoś takiego. Nie wpadłam w panikę, pomyślałam tylko - o kurczę, ogień, trzeba wyjść! Zaczęłyśmy więc powoli wychodzić, bez taranowania się i przeciskania. Trybuna była po przeciwnej stronie niż wejście, więc musiałyśmy przejść przez całą halę do drzwi, dlatego byłyśmy wśród ostatnich, którzy wychodzili. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko. W pewnym momencie obejrzałam się za siebie. Paliło się już wszystko, łącznie z całym sufitem."
Iza, jej koleżanka, dodaje: "A ja całe życie plułam sobie w brodę, czemu nie poszłyśmy tym drugim wyjściem. Bo tak naprawdę można było wyjść pod trybuną, na której siedziałyśmy. Miałam wtedy taką myśl, że może jest gdzieś inne wyjście i potem się dowiedziałam, że faktycznie część ludzi się zorientowała i wyszła bezpośrednio na tereny stoczniowe."
Drzwi wychodziły na ulicę Jana z Kolna, gdzie znajdował się chodnik szerokości 2,5 metra, a za nim bariera w postaci płotu przy torach tramwajowych. Iza wspomina: "Póki szłyśmy do wyjścia, to był spokój, ale jak trafiłyśmy na zator, to już była panika. To była walka o życie, tłum na mnie napierał i miałam jedno w głowie - żeby nie upaść na ziemię, bo bym została rozdeptana." Ania dodaje ze łzami w oczach: "Ja się w tym przedsionku już żegnałam z życiem. Ludzie byli pod nami, nad nami i wokół nas. Szczerze mówiąc, myślałam, że to jest już koniec. Myślałam wtedy: naprawdę to jest już wszystko, to jest już koniec? Mam naście lat i więcej nic?"
Aneta Zieland relacjonowała: "Kiedy płomień wchodził pod sufit, zaczęłam uciekać. Niesiona z tłumem dotarłam do krat przy wyjściu i wtedy ognisty podmuch po nas przeleciał. Leżałam razem z innymi na ziemi, przy drzwiach. Wyciągnął mnie pan z gdańskiej telewizji. Dzięki niemu radiowóz zawiózł mnie na pogotowie, potem trafiłam do szpitala."
Akcja ratunkowa i ofiary tragedii
Po godzinie 21:00 doszło do potężnej eksplozji, a kilka minut później zawalił się dach hali. Akcja ratunkowa trwała do 6:00 rano następnego dnia. Rannych przewożono do szpitali w Gdańsku, ale przypadkowo przejeżdżające prywatne samochody również zatrzymywały się, żeby zabierać poszkodowanych, gdyż karetki nie nadążały. Strażacy z trudem przecinali kraty, z których wystawały dziesiątki rąk, wynosząc poszkodowanych na zewnątrz.

Siedem ofiar śmiertelnych
W wyniku pożaru zginęło siedem osób. Dwoje na miejscu: 13-letnia Dominika Powszuk, stratowana przez tłum, oraz Wojciech Klawinowski, pracownik telewizji Sky Orunia, przygnieciony belką stropową, która spadła na niego, gdy wrócił do hali po sprzęt. Tożsamość Dominiki Powszuk została zidentyfikowana dopiero w pierwszej połowie grudnia na podstawie badań DNA, jak podała „Gazeta Wyborcza” w 1994 roku. Wśród pozostałych ofiar, które zmarły później wskutek odniesionych obrażeń, byli 17-letni Robert Lipnicki, 35-letni Leszek Bronek - ochroniarz z agencji Securitas Service - oraz prezes tej firmy Ryszard Tomczak.
Bohaterstwo Ryszarda Tomczaka
Ryszard Tomczak, szef agencji ochrony Securitas Service, stał się symbolem heroizmu. Świadkowie mówili, że na własnych rękach wyniósł z płomieni kilkanaście osób, wracając do środka mimo śmiertelnego zagrożenia. Dr Zbigniew Wypych powiedział na konferencji prasowej w Ministerstwie Zdrowia: „Zmarły wielokrotnie wchodził w ogień i ratował ludzi”. Ryszard Tomczak zmarł 9 grudnia 1994 roku w szpitalu w Siemianowicach Śląskich. Jak pisał Jacek Linder w gazecie 2 stycznia 1995 roku: „Tragiczny pożar hali widowiskowej Stoczni Gdańskiej, to nie tylko bezmiar ludzkiej tragedii, ale i dowód na ludzkie bohaterstwo i solidarność w cierpieniu. Ryszard Tomczak za swoje poświęcenie zapłacił cenę najwyższą - życie”. Wniosek wpłynął, i już 12 stycznia 1995 roku Rada Miasta Gdańska przyjęła uchwałę o nadaniu imienia Ryszarda Tomczaka ulicy na Oruni. Urodzony 13 sierpnia 1952 roku Ryszard Tomczak pozostawił żonę Barbarę i dwójkę dzieci, Iwonę i Przemysława.
Kontrowersje wokół przeszłości bohatera
Anna Golędzinowska, miejska radna, upomniała się o Ryszarda Tomczaka, przypadkowo trafiając na jego grób na Cmentarzu Srebrzysko. Podkreślała, że powinien mieć biogram w Gedanopedii, by ludzie mieszkający przy ulicy Tomczaka wiedzieli, kim był patron. Jednak bohater z hali stoczni miał przeszłość, która nie wszystkim się podobała - w styczniu 1975 roku przeszedł kurs dla nowo przyjętych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa w Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Gdańsku, gdzie pracował do 1989 roku.
Leczenie, rehabilitacja i długofalowe konsekwencje
Rannych zostało ponad 300 osób. Najcięższymi przypadkami poparzeń zajmowali się lekarze z Kliniki Chirurgii Plastycznej i Leczenia Oparzeń Akademii Medycznej w Gdańsku oraz Specjalistycznego Szpitala Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich.
Droga do zdrowia i powrotu do życia
Ania trafiła na chirurgię dziecięcą w Szpitalu Wojewódzkim: "Pamiętam jak mi przecinali w szpitalu pierścionki na palcach, darli ubrania. Długie włosy miałam spalone aż do uszu. Miałam poparzone odsłonięte fragmenty ciała - twarz, rękę, w której trzymałam kurtkę, plecy, bo mi się ubranie podwinęło. Wtedy nie było telefonów komórkowych, nie miałam jak powiadomić rodziców, że żyję, więc oni dzwonili po wszystkich szpitalach. Jak mnie znaleźli, to pierwsze słowa, jakie do nich powiedziałam, to że czuję się lepiej, niż wyglądam."
Iza w Szpitalu Wojewódzkim spędziła trzy lub cztery dni, po czym została przewieziona do Specjalistycznego Szpitala Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich, gdzie spędziła dwa miesiące. "Pielęgniarki i lekarze zapewnili nam super profesjonalną opiekę. Jeszcze w szpitalu zaczęły się rehabilitacje. Rany się goiły, wszystko mnie bolało jak cholera, a fizjoterapeuci gonili, żeby robić rehabilitację, bo im szybciej, tym lepiej, bo wszystko szybko sztywnieje. Była też tam super psycholożka, starsza pani. To była jedna z najbardziej niezwykłych spraw po pożarze - ta życzliwość Ślązaków, ich empatia i gotowość do niesienia pomocy poszkodowanym z Gdańska." Iza wróciła ze szpitala akurat na studniówkę, bawiła się jeszcze w bandażach. Aneta Zieland również trafiła do Siemianowic: "Moje ręce do niczego się nie nadawały. Ponoć groziła mi amputacja. Na szczęście po dwóch dniach trafiłam do Specjalistycznego Szpitala Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. I uratowali mi je. Miałam przeszczepy na dłoniach i powyżej. Prawa ręka jest dziś prawie w 100 proc. sprawna jak kiedyś. Na lewej mam jednak usztywnione stawy."
Psychiczne rany i zmienione perspektywy
Oddzielnym rozdziałem były psychiczne rany. "Uciekając, ludzie przewracali się i wzajemnie tratowali. W przejściu leżało kilka warstw zgniecionych i duszących się osób. Po fakcie część ofiar mówiła wręcz o psychicznej śmierci, którą tam przeżyli. Byli przekonani, że stamtąd już nie wyjdą. Drugim traumatycznym doznaniem były bolesne poparzenia spowodowane zarówno płomieniami, jak i falami podmuchów żaru. Cała ta sytuacja była wystarczającym czynnikiem do powstania zespołu stresu pourazowego" - napisali eksperci w artykule „Zmiana obrazu siebie u ofiar pożaru hali Stoczni Gdańskiej”.
Po kilku latach po pożarze Ania i Iza, po wejściu do każdego lokalu, rozglądały się, gdzie są wyjścia, którędy uciekać w razie potrzeby. Izie zdarzyło się kilka razy wyjść ze spotkania, bo nie czuła się pewnie. Obie zapewniają, że z rozmową na ten temat nie mają już problemów.
Iza wspomina, że po roku zakwalifikowała się na operację plastyczną twarzy do kliniki Rolanda w Bremie, gdzie dr Hans Paschmayer bezpłatnie operował osoby poparzone w hali stoczni. Musiała wziąć roczny urlop zdrowotny, więc w wolnym czasie zaangażowała się w tworzenie Stowarzyszenia Osób Poparzonych w Hali Stoczni Gdańskiej. "Mam poczucie, że przydałoby się to jeszcze przegadać, nawet teraz z perspektywy 30 lat. Zakończył się etap leczenia, rehabilitacji, operacji plastycznych. Siłą rzeczy trzeba było iść dalej i człowiek przestał się nad tym zastanawiać. A teraz mam poczucie, że brakuje mi obgadania, jak to wpłynęło na moje życie. Bo wpłynęło ogromnie. Poza oczywistymi rzeczami, jak to, że nie poszłam na studia na chemię, bo stwierdziłam, że nie mogę się grzebać w chemikaliach. Nie wiem, czy te obgadanie coś by mi dało, czy by bardziej nie rozdrapało ran, które się uspokoiły. Mam poczucie niedomknięcia tego, trochę żal i myśl, że trzeba było na ten koncert nie iść. Ale nie da się cofnąć czasu".
Ania nigdy nie miała poczucia żalu i myśli, że nie powinna pójść na ten koncert. "Jakkolwiek jest ciężko o tym mówić, to potrafiłam znaleźć pozytywny wpływ tego wszystkiego na moją psychikę. Uświadomiłam sobie, że to nie jest oczywiste, że nic mi się w życiu złego nie przydarzy, że w każdej chwili tak naprawdę moje życie może się zakończyć. A w wieku kilkunastu lat, nikt sobie tego nie uświadamia. Od tamtej pory, cały czas mam z tyłu głowy, że nie ma co odkładać marzeń i planów na później, bo nie wiadomo jak to będzie." Dlatego Ania lubi nagrany zaraz po tragedii przez Golden Life utwór „24.11.94”, w którym znajduje przesłanie, z którym się utożsamia.
Dochodzenie i wyrok sądowy
Pożar w Hali Stoczni Gdańskiej to wynik podpalenia materacy w magazynku sportowym pod trybunami. Sprawców nigdy nie zidentyfikowano. W 1997 roku na ławę oskarżonych za nieumyślne spowodowanie tragedii trafili organizatorzy koncertu: były komendant stoczniowej straży pożarnej Jan S., ówczesny kierownik hali Ryszard G., Tomasz T. i Jacek K. z Agencji FM. Ujawniono, że z pięciu drzwi w hali w czasie koncertu otwarte były tylko trzy, co uniemożliwiło uczestnikom sprawną ewakuację. Ewakuację utrudniły też wąskie chodniki. "Zaniechali jakichkolwiek działań w celu otwarcia drzwi ewakuacyjnych" - podkreślał w uzasadnieniu wyroku sędzia Krzysztof Ciemnoczołowski.
Proces w sprawie pożaru okazał się jednym z najdłużej trwających w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości. Był dwa razy rozpoczynany od nowa, m.in. z powodu choroby Ryszarda G. Wyrok zapadł dopiero w 2010 roku, 16 lat po tragicznym pożarze. Ryszard G., który zdaniem sądu nie sprawował należycie nadzoru nad przygotowaniem technicznym hali, został skazany na dwa lata więzienia z warunkowym zawieszeniem na cztery lata. Jan S., Tomasz T. oraz Jacek K. zostali uniewinnieni. Brzmi to dość gorzko, jeśli uświadomimy sobie, że dziś nikt by takiego obiektu nie dopuścił do organizacji imprezy masowej, zwłaszcza że była to stara poniemiecka hala, wyłączona z produkcji stoczniowej i przeznaczona do rozbiórki.
[Archiwum] Pożar stoczni gdańskiej 2012-01-19 straż pożarna gasiła pożar hali stoczniowej
Pamięć i dziedzictwo tragedii
Hala Widowiskowo-Sportowa przy ul. Jana z Kolna w Gdańsku nigdy nie została odbudowana. W miejscu dawnego wejścia stoi pomnik, częściowo stworzony z tego, co po niej zostało. Na szczycie znalazł się cytat z piosenki „24.11.94” zespołu Golden Life: "Życie, choć piękne tak kruche jest. Zrozumiał ten, kto otarł się o śmierć". Niecały miesiąc po pożarze zorganizowano charytatywny koncert, z którego środki zostały przekazane na dalsze leczenie poszkodowanych. U boku Golden Life, który wykonał napisany na cześć ofiar katastrofy utwór „24.11.94”, pojawili się m.in. Grzegorz Markowski, Maryla Rodowicz i zespół IRA. W ramach pomocy poszkodowanym uruchomiono także wielką publiczną zbiórkę pieniędzy, a nawet internetowy serwis informacyjny, który umożliwiał dostęp do bieżących relacji z katastrofy, listy ofiar oraz informacji dla krwiodawców.
