W grudniu 2019 roku Łódź doświadczyła tragicznego pożaru w kamienicy przy ul. Łącznej na Górnej, który doprowadził do śmierci jednej osoby i konieczności ewakuacji wielu mieszkańców. Główną oskarżoną w sprawie jest Bogusława W., której proces sądowy rzucił światło na okoliczności tego dramatycznego zdarzenia.
Okoliczności zdarzenia i ofiara
Do pożaru w kamienicy przy ul. Łącznej w Łodzi na Górnej doszło 14 grudnia 2019 roku. Podczas tego zdarzenia zginął konkubent oskarżonej, 40-letni Michał K. Z budynku trzeba było ewakuować 25 mieszkańców.
Monika Pawłowska-Radzimierska, rzecznik prasowy ds. cywilnych Sądu Okręgowego w Łodzi, poinformowała, że sąd uznał Bogusławę W. za winną tego, że nieumyślnie sprowadziła zdarzenie w postaci pożaru zagrażającego życiu i zdrowiu wielu osób przebywających w czterokondygnacyjnej kamienicy. Nastąpiło to poprzez niezachowanie należytej ostrożności podczas palenia w piecu grzewczym typu „koza”. Kobieta doprowadziła do zajęcia płomieniami znajdujących się w pobliżu drewnianych elementów wyposażenia i do rozprzestrzenienia się pożaru, czego następstwem była śmierć w wyniku zatrucia tlenkiem węgla przebywającego w tym mieszkaniu pokrzywdzonego.
Michała K. niestety nie udało się uratować.

Przebieg procesu sądowego
Proces 50-letniej Bogusławy W. rozpoczął się w Sądzie Okręgowym w Łodzi. Prokuratura zarzuciła jej nieumyślne spowodowanie pożaru ze skutkiem śmiertelnym oraz spowodowanie zagrożenia dla zdrowia i życia mieszkańców kamienicy. Oskarżonej grozi do ośmiu lat więzienia.
Oskarżona przebywa w areszcie śledczym. Odpowiadając na pytania sędziego Piotra Wzorka, Bogusława W. przyznała, że z zawodu jest szwaczką, natomiast przed osadzeniem za kratami była bezrobotną i utrzymywała się ze zbierania surowców wtórnych. Kobieta przyznała się do winy i wyraziła skruchę, oznajmiając łamiącym się głosem: - Bardzo żałuję tego co się stało. Nie chciałam nikogo skrzywdzić. Brioniąca ją adwokat Maria Janik prosiła ją, aby się uspokoiła. Oskarżona odmówiła składania zeznań, w związku z czym sędzia Wzorek odczytał jej zeznania ze śledztwa.
Warunki życia i bezpośrednie okoliczności pożaru
Z zeznań wynikało, że Bogusława W. i pokrzywdzony znali się od 11 lat. Mieszkali skromnie w małym, jednopokojowym mieszkaniu należącym do syna Bogusławy W. Z mediów mieli tylko wodę. Dlatego palili świece, zaś posiłki gotowali za pomocą butli gazowej. W mieszkaniu - według 50-latki - znajdowały się trzy butle gazowe o wadze 2 kg każda. Dwie były puste, ale jedna została niedawno napełniona. To oznaczało, że podczas pożaru mogło dojść do wybuchu i jeszcze większej tragedii, co - na szczęście - nie nastąpiło.
Wspomniane lokum było ogrzewane piecykiem na węgiel typu „koza”. To właśnie on sprawił, że doszło do pożaru. Płomienie pojawiły się nagle między piecykiem a drewnianą szafką. Z pomocą przybiegła sąsiadka, która próbowała gasić płomienie gaśnicą, ale nie dała rady. W tym czasie Michał spał na wersalce.
Oskarżona zeznała w śledztwie: - Wzięłam ze sobą telefon i wyszłam z mieszkania. Gdy byłam już na dole, poprosiłam strażaków, aby ratowali mojego konkubenta. Ja zaś usiadłam na schodach pod kamienicą.
