Tragiczne Losy Pacjentów Polskich Szpitali Psychiatrycznych

Polska historia medycyny zna przypadki, które na długo pozostają w pamięci, rzucając światło na trudne warunki w placówkach psychiatrycznych oraz na kontrowersyjne decyzje wymiaru sprawiedliwości. Dwie takie historie, choć odmienne, łączy wspólny mianownik - cierpienie osób zmagających się z chorobami psychicznymi lub niesłusznie oskarżonych o niepoczytalność.

Pożar w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Górnej Grupie (1980)

W nocy z 31 października na 1 listopada 1980 r. doszło do tragicznego pożaru w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Górnej Grupie (obecnie województwo kujawsko-pomorskie). Ta katastrofa pochłonęła dziesiątki istnień i stała się inspiracją do napisania piosenki oraz tematem filmów dokumentalnych.

Kontekst i Warunki w Placówce

Placówka medyczna w Górnej Grupie mieściła się w dawnym klasztorze księży werbistów, odebranym im w 1952 r. i przekształconym w szpital w 1953 r. Przez lata nie przeprowadzano tam żadnych gruntownych remontów. Pomieszczenia dzielono na mniejsze za pomocą płyt pilśniowych, a wyjścia ewakuacyjne były zamurowane. Kontrola przeciwpożarowa, choć wystawiła negatywną opinię, nie doprowadziła do poprawy sytuacji. Życie i funkcjonowanie ponad 300 pacjentów cierpiących na schizofrenię, padaczkę i niepełnosprawność intelektualną było koszmarem i przypominało pobyt w zakładzie karnym. Nikogo nie dziwiło, że w jednej sali mieszkało nawet czterdziestu pacjentów, brakowało szafek na rzeczy osobiste, a niektórzy żyli w pokojach bez klamek od lat, nie widząc światła dziennego. Nocami pacjenci byli wiązani do łóżek. Prowadzono także ergoterapię, czyli leczenie przez pracę, w ramach której okoliczni mieszkańcy mogli „wynająć” osoby chore do prac polowych, często płacąc papierosami. Wśród rolników utarło się nawet powiedzenie „jeden wariat - pół traktora”.

Zdjęcie historyczne dawnego klasztoru werbistów w Górnej Grupie lub schemat pokazujący warunki w szpitalu

Wybuch Tragedii

Późnym wieczorem 31 października 1980 r., około godziny 23:00, w jednej z sal szpitala w Górnej Grupie wybuchł pożar. Bardzo prawdopodobne, że do zaprószenia ognia doszło z powodu nieszczelnego przewodu kominowego. Jak później ustalili eksperci, wypełnione łatwopalnym ociepleniem ściany (mech, igliwie, trociny) tliły się już od jakiegoś czasu. Jedna ze ścian budynku już kilka dni przed tragedią była ciepła, co świadczyło o tym, że ogień „pracował” między warstwami cegieł i powoli trawił kolejne poziomy. Gdy dotarł do drewnianego strychu, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Pierwszy ogień zauważył jeden z pacjentów zwany „Alim”. Mężczyzna wykrzyczał, że jedna z sal się pali. Niestety, jako piroman, był znany z podobnych alarmów, więc jego słowa nie zrobiły wrażenia na pielęgniarkach. Dopiero po kilku minutach jedna z nich wyczuła dym i wszczęła alarm. Personel natychmiast zaalarmował straż pożarną z Bydgoszczy, Świecia i Grudziądza, samemu ruszając długim korytarzem w kierunku największego pomieszczenia pełnego pacjentów. Było kilka minut po 23.00, a za zamkniętymi drzwiami sal na drugim piętrze oddziału C rozgrywał się dramat 125 nieuleczalnie chorych.

Chaotyczna Akcja Ratunkowa

W wyniku pożaru uszkodzeniu uległa instalacja elektryczna, w całej placówce zgasło światło, co jednak przy przerywanych dostawach energii nie było niczym niespotykanym. Ogień i duszący dym momentalnie pochłaniały kolejne metry długiego szpitalnego korytarza. Akcję ratunkową utrudniał brak wody do gaszenia, ponieważ pobliski staw zanieczyszczony był liśćmi i mułem, a pompy strażackie nie mogły pobierać wody. Na miejscu nie działał hydrant, nie było dróg ewakuacyjnych, a ratownikom brakowało podstawowego sprzętu, jak liny do asekuracji, latarek, noszy czy hełmów. Na miejscu tragedii zapanował totalny chaos. Strażacy nie byli w stanie zapanować nad przerażonymi pacjentami. Wielu z nich chowało się pod łóżkami lub wracało do płonącego budynku, ponieważ od lat mieli wbijane do głowy, że nie mogą opuszczać swojego pokoju. Przerażeni byli również pacjenci, którym ukazali się strażacy w kombinezonach; nie pozwalali sobie pomóc, chowali się pod łóżkami. Uspokoili się dopiero, gdy ktoś wpadł na pomysł, by na kombinezony narzucić białe kitle. Część chorych, przymocowana do łóżek pasami bezpieczeństwa, nie miała w ogóle możliwości ucieczki. Ich los okazał się najtragiczniejszy. „Kiedy przyjechałem na miejsce, to w pełni trwał pożar. Pacjenci biegali po terenie szpitala, strażacy w zasadzie poszukiwali wody, bo były kłopoty z wodą. Każdy chory na siłę nie chciał opuszczać tego pomieszczenia, bo to jego siedziba i cały czas tam przebywał. Po prostu siła fizyczna musiała być, żeby go złapać, wynieść...” - wspominał Grzegorz Dombek, emerytowany ekspert Wydziału Kryminalistyki w Bydgoszczy.

Zdjęcie ilustrujące chaotyczną akcję ratunkową lub walkę z pożarem

Bilans Ofiar i Konsekwencje

Niestety, mimo ofiarnego zaangażowania pracowników w akcję ewakuacyjną, w tragicznym pożarze zginęło na miejscu 55 pacjentów, a 3 zmarły wskutek obrażeń w szpitalu. 26 osób zostało ciężko poparzonych. Nawet doświadczeni ratownicy płakali i wymiotowali na widok spalonych ciał, które powyginały się wraz z metalową konstrukcją łóżek. Inne były pozbawione oczu, nosów i uszu, z wypływającymi wnętrznościami - wysoka temperatura sprawiła, że ciała pękały. Ci, których nie zabił ogień, stratowali się w panice i udusili pod drzwiami. Kolejnym etapem akcji ratunkowej było odnalezienie chorych, którym w nocy udało się uciec ze szpitalnego piekła. Niektórych pacjentów odnaleziono przerażonych, ukrytych w pobliskich wsiach. Niestety, część uciekinierów zamarzła w lasach (temperatura w nocy dochodziła do -10 stopni). Śmierć poniosło łącznie 55 osób. Dyrekcję szpitala oskarżono o zaniedbania, które miały doprowadzić do wybuchu pożaru, jednak w 1984 r. sprawa została umorzona na mocy amnestii. Zaraz po tragedii środowisko psychiatrów napisało do Komisji Zdrowia i Kultury Fizycznej Sejmu PRL: „każdy, kto zna warunki, w jakich pracuje większość szpitali psychiatrycznych w Polsce, może dziwić się, że tragedia nie pochłonęła więcej ofiar”. W podobnym duchu wypowiadali się lekarze pracujący w Górnej Grupie. Stanisław Króliczewski, p.o. ordynator oddziału XVIIIC, stwierdził: „Największą winą nas wszystkich było to, że zgodziliśmy się tam, w takich fatalnych warunkach, pracować”. 46 ofiar pożaru pochowano w zbiorowej mogile na cmentarzu szpitalnym w Świeciu. Przez następne 30 lat był to grób anonimowy - dopiero w 2010 r. odsłonięto tablicę z nazwiskami ofiar. W 2017 r. na terenie dawnego szpitala pojawił się też głaz z tablicą w hołdzie ofiarom pożaru.

Zdjęcie upamiętniające ofiary pożaru w Górnej Grupie (tablica lub głaz)

Wpływ na Kulturę

Tragiczny pożar szpitala w Górnej Grupie stał się inspiracją i tematem pieśni Przemysława Gintrowskiego do słów Jacka Kaczmarskiego „A my nie chcemy uciekać stąd!”. Piosenka stała się później metaforą Polski okresu stanu wojennego. W filmie „Ostatni dzwonek” Magdaleny Łazarkiewicz wykonuje ją Jacek Wójcicki. Historia zdarzeń i wywiady z byłymi pracownicami placówki zostały również przedstawione w wyemitowanym przez TVP Historia filmie dokumentalnym pt. „Śmierć tliła się pod podłogą” (z cyklu „Nieznane katastrofy”), a także w filmie „Szpital w płomieniach” Pawła Łopacińskiego i Leszka Wasiuty (TVP 2009). Po 1989 r. ruiny odzyskało zgromadzenie werbistów. Obecnie w odbudowanych budynkach mieści się Dom Misyjny Świętego Józefa z oddziałem dla zakonników w podeszłym wieku, głównie misjonarzy.

20 Lat Niesłusznego Uwięzienia: Historia Jana Kossakowskiego

Historia Jana Kossakowskiego, który spędził 20 lat życia w zakładzie psychiatrycznym, choć twierdzi, że był zdrowy, to kolejna opowieść o dramacie człowieka uwięzionego przez system. Okoliczności, które do tego doprowadziły, wydają się niewiarygodne.

Incydent, Który Zmienił Życie

Jan Kossakowski miał 37 lat, gdy trafił do zakładu psychiatrycznego. Mężczyzna zajmował się remontami i sam opiekował się rodzinnym domem w Niedrzwicy Dużej pod Lublinem, nie mając bliższej rodziny. W 1996 roku, podczas porządków w stodole, rzucony przez niego niedopałek papierosa zaprószył ogień. Spaliło się jedynie kilka starych gazet, było za to dużo dymu. W zdarzeniu nikt nie ucierpiał.

Zdjęcie opuszczonego drewnianego domu pana Jana Kossakowskiego w Niedrzwicy Dużej

Diagnoza i Przymusowe Leczenie

Pan Jan został zatrzymany. Sąd w Lublinie, powołując się na opinię biegłych, postawił mu zarzut próby podpalenia, uznając, że nie jest w pełni zdrowy. Podobno tylko tyle wystarczyło lekarzom, by uznali go za niepoczytalnego. Uznano, że choruje na dwubiegunowość (choroba afektywna dwubiegunowa charakteryzuje się naprzemiennymi fazami manii i depresji), chciał podpalić swoje gospodarstwo i na wolności uczyni to ponownie. Sąd postanowił umieścić mężczyznę w szpitalu psychiatrycznym. To był początek jego koszmaru - najbliższe 20 lat spędził w zamknięciu.

Życie w Zamknięciu

„Na początku próbowałem się bronić, ale użyto wobec mnie siły i się poddałem. Kiedy co jakiś czas próbowałem protestować, dostawałem podwójną dawkę tabletek” - mówił pan Jan. Przez kolejnych 20 lat przekonywał wszystkich, że nie jest niebezpieczny dla otoczenia. Wysyłał pisma nawet do kolejnych prezydentów RP, prosił o pomoc sądy, lekarzy, lecz bezskutecznie. Ciągle przedłużano jego pobyt w psychiatryku, a próby znalezienia pomocy były przez lekarzy uznawane za objawy manii. Po kilku próbach ucieczki ze szpitala do rodzinnej Niedrzwicy, pan Jan został przeniesiony na zamknięty Oddział Psychiatrii Sądowej. „Kraty w oknach. Godzina spaceru dziennie. Został prawie sam. Odwiedzał go jedynie stary znajomy ze wsi - pan Czesław. Jan wysyłał sąsiadom listy. - Tęskniłem za domem” - przyznaje. „W końcu straciłem nadzieję” - wspominał.

Zdjecie ogólne szpitala psychiatrycznego lub oddziału zamkniętego

Walka o Wolność i Kontrowersje

Przełom nastąpił dzięki przyjacielowi pana Jana, panu Czesławowi, który zauważył jego zły stan spowodowany smutkiem i postanowił walczyć o jego wyjście ze szpitala. „Znamy się z młodych lat, razem graliśmy w piłkę w Orionie Niedrzwica. Nie mogłem go zostawić samego w potrzebie” - mówił pan Czesław, który poprosił o pomoc Piotra Wojtaszaka, mecenasa z Krakowa. Adwokat zajął się tym przypadkiem w grudniu i od razu zauważył, że opinie biegłych lekarzy na temat zdrowia pana Jana są regularnie powielane. „Szpital powinien co pół roku sprawdzać stan zdrowia pacjenta. Jednak tego nie robił i dlatego bezbronny człowiek musiał tyle lat żyć w zamknięciu” - wyjaśniał Wojtaszak. Według adwokata, biegli zarzucili jego klientowi chorobę dwubiegunową, której objawy, takie jak częste zmiany nastroju i szybkie przechodzenie z depresji w stan euforii, u pana Jana nie występowały. O komentarz w tej sprawie poproszono przedstawiciela Szpitala Neuropsychiatrycznego w Lublinie, w którym przebywał mężczyzna. Dr medycyny Marek Domański, zastępca dyrektora ds. lecznictwa, wyjaśnił, że oprócz nowego zespołu biegłych, opinię wydali też biegli z jego zakładu - ci sami, którzy przez lata twierdzili, że pan Jan powinien być poddawany leczeniu. Na pytanie, dlaczego nagle zmienili zdanie, odpowiedział: „Wcześniej mieli podstawy, by twierdzić, że pacjent powinien przebywać w szpitalu. Teraz uznali, że jego stan uległ poprawie i może on zakład opuścić. Taką samą opinię wydali biegli z innej placówki, którzy zostali powołani przez sąd”. Dr Domański dodał również: „Nie widzimy żadnych błędów ze strony naszych lekarzy. Najprawdopodobniej tych dwadzieścia lat leczenia w szpitalu było koniecznych. Totalną bzdurą jest to, że pacjent nie był u nas badany, a opinia co pół roku była kopiowana. Na pewno, zgodnie z procedurą, był badany przed wydaniem opinii sądowej i również częściej, tak, jak każdy pacjent na oddziale”. Mecenas Wojtaszak uważał, że wyjaśnienia dyrektora to jedynie próba obrony: „Kwestia powielanych opinii była w grudniu przedstawiona przeze mnie przed sądem. Sąd zauważył nieprawidłowości i dlatego zdecydował się powołać nowy skład biegłych, którzy stwierdzili, że nie ma potrzeby, by pan Jan pozostawał w szpitalu”. Za całą sytuację adwokat obwinił zarówno biegłych lekarzy, jak i wymiar sprawiedliwości. „Za zaprószenie ognia grozi kara jedynie 5 lat. Decyzja sądu sprzed 20 lat o skierowaniu mężczyzny na przymusowe leczenie była nieuzasadniona” - uważał mecenas. Starania prawnika pozwoliły powołać nowych biegłych, a ci stwierdzili, że pan Jan powinien szpital opuścić.

Powrót do Rzeczywistości i Przyszłość

Jan Kossakowski opuścił mury Szpitala Neuropsychiatrycznego w Lublinie po 20 latach. Nie ukrywał, że myślał, iż nigdy już nie opuści murów zakładu. „Człowiek w takiej sytuacji przechodzi z jednego świata w diametralnie inny. Potrzebuje zatem wsparcia zewnętrznego - od rodziny czy przyjaciół. Ważne, by miał przewodnika, który go wprowadzi w zupełnie nową rzeczywistość” - komentowali specjaliści. Zgodnie z prawem, pan Jan może się starać teraz o odszkodowanie, jednak on sam zastanawia się jeszcze, czy chce wyruszać na kolejną sądową batalię. Na razie trafi do domu pomocy społecznej. „Może potem sprzedam ziemię, której jestem właścicielem i po jakimś czasie kupię sobie mieszkanie. Cieszę się, że już stąd wychodzę” - mówił ze wzruszeniem. Zobaczy świat całkiem inny od tego, który pamięta, gdy trafiał do zamknięcia.

Zdjęcie przedstawiające otwarte drzwi lub symbolicznie reprezentujące wolność i nowy początek

tags: #lozy #trafil #do #psychiatryka #za #podpalenie