Choć nie występują upały ani palące słońce, pożar lasu może wybuchnąć wbrew pozorom stosunkowo łatwo. Nawet przy wiosennej pogodzie wystarczy chwila nieuwagi, by doprowadzić do tragedii. Zagrożenie wynika między innymi z faktu, że świeża trawa często nie zdążyła jeszcze przerosnąć starej, suchej roślinności. Wystarczy kilka dni bez deszczu, aby wilgotność ściółki leśnej znacząco spadła. Niewłaściwe obchodzenie się z ogniem, takie jak wyrzucenie niedopałka papierosa, może skutkować powstaniem pożaru i ogromnymi stratami.
Sezon ochrony przeciwpożarowej, obejmujący między innymi monitoring z leśnych wież obserwacyjnych, rozpoczął się w połowie marca. W ramach systemu ochrony przeciwpożarowej funkcjonują zintegrowane punkty alarmowo-obserwacyjne, wyposażone w kamery z nadleśnictw, które pozwalają na szybką lokalizację miejsca powstania pożaru. Leśnicy współpracują ze strażakami, a w pogotowiu pozostają piloci samolotów patrolowych i gaśniczych.

Wielki pożar lasu w Orlinie - przebieg zdarzeń
3 czerwca 1992 roku w miejscowości Orlina, w gminie Gizałki, wybuchł pożar, który objął ogromne obszary leśne. Żywioł strawił 700 hektarów lasów państwowych i 50 hektarów lasów prywatnych. Akcja gaśnicza trwała do 15 czerwca.
Przyczyny i okoliczności powstania pożaru
Pożar rozpoczął się około godziny 14:15, jednak pierwsze zgłoszenie do straży pożarnej i leśników dotarło dopiero o 14:50. Rozprzestrzenianiu się ognia sprzyjała długotrwała susza, wysokie temperatury powietrza oraz silny wschodni wiatr. Był to słoneczny, wietrzny dzień, a temperatura osiągnęła 24 stopnie Celsjusza. Przelotne opady deszczu w poprzednich tygodniach wystąpiły zaledwie dwa razy.
Pierwsze zastępy straży pożarnej ruszyły do akcji kilkadziesiąt sekund po otrzymaniu zgłoszenia. Na miejscu okazało się, że pali się las, a potrzebna jest pomoc. Rozpoczęła się wielogodzinna walka z żywiołem.
Skala i przebieg akcji gaśniczej
W kulminacyjnym momencie z ogniem walczyło 590 strażaków, pochodzących nie tylko z powiatu pleszewskiego, ale również z Jarocina, Krotoszyna, Kalisza, Ostrowa, Poznania i Sycowa. Wspierało ich 90 pracowników Lasów Państwowych z ciężkim sprzętem, a także śmigłowiec i samoloty gaśnicze. Tylko 4 czerwca samoloty wykonały 108 zrzutów wody.
Pożar udało się opanować 4 czerwca około godziny 19:00. Przez kolejne dni prowadzono działania zabezpieczające i dogaszające, które zakończyły się 15 czerwca. W sumie spłonęło 700 hektarów lasów państwowych i 50 hektarów lasów prywatnych.

Trudności i wyzwania podczas akcji
Akcję gaśniczą utrudniały trudne warunki terenowe, panujące upały oraz silny wiatr, który sprzyjał szybkiemu rozprzestrzenianiu się ognia. Piaszczysta nawierzchnia i pagórkowaty teren sprawiały, że wiele pojazdów, nawet o napędzie 4x4 i 6x6, miało problemy z przejazdem. Strażacy, pilarze i pracownicy leśni musieli utwardzać drogi i usuwać przeszkody.
Łączność w tamtych czasach wyglądała zupełnie inaczej niż obecnie. Alarmowanie odbywało się głównie przez telefony stacjonarne, a powiadamianie osób funkcyjnych za pomocą gońca. Tylko nieliczne jednostki OSP posiadały łączność radiową. System selektywnego alarmowania posiadała jedynie OSP w Choczu.
Sprzęt, którym dysponowali strażacy, nie był tak zaawansowany technicznie jak dzisiaj. Niektórzy ochotnicy jechali ciągnikiem, a na wozie mieli jedynie motopompę z wężami. Brak zbiorników z wodą na wozach bojowych znacznie utrudniał działania. Najbliższy punkt czerpania wody stanowiła rzeka Prosna, oddalona o około 10 km.
Rola lokalnych strażaków ochotników
Miejscowi ochotnicy, mimo braku nowoczesnego sprzętu, odegrali kluczową rolę w akcji. Znali teren jak własną kieszeń, co pozwalało im na efektywne kierowanie działań i wskazywanie najlepszych dróg dojazdu. Druhowie z Białobłot i Wierzchów działali nieprzerwanie, a na zmianę przyjeżdżały kolejne jednostki.
Andrzej Andrzejak z OSP Kolonia Ostrowska-Świerczyna wspominał, jak prywatnymi "żukami" przewozili sprzęt, a motopompa pracowała przy stawie, podając wodę do wozów. Działania strażaków trwały 13 dni, z czego 7 dni zajęła akcja gaśnicza, a pozostały czas to dogaszanie i obserwacja terenu.
Kazimierz Broniarczyk, członek OSP Wierzchy, wspominał o dysponowaniu przez ich jednostkę pojazdem nazywanym "czołgiem", który był w stanie dojechać wszędzie. Roman Frąckowiak, który był jednocześnie ochotnikiem z OSP Białobłoty i pracownikiem nadleśnictwa, walczył z pożarem od początku do końca, uczestnicząc w nocnych dyżurach i dogaszaniu.

Wnioski i refleksje po 30 latach
W 30. rocznicę pożaru strażacy, którzy brali udział w akcji, dzielili się swoimi wspomnieniami. Podkreślali, jak ogromne znaczenie ma nowoczesny sprzęt i dobra organizacja działań. Gdyby wówczas dysponowali wyposażeniem dostępnym dzisiaj, być może ogień nie rozprzzeniłby się na taką skalę.
Dariusz Strzykalski, który w 1992 roku miał niespełna 18 lat i brał udział w akcji jako strażak ochotnik, opowiadał o trudnych warunkach pracy. Brak masek i aparatów tlenowych, ogromne zadymienie i brak możliwości precyzyjnej lokalizacji ognia stanowiły poważne wyzwania. Wspominał o strachu, zwłaszcza gdy wysłano ich w głąb lasu w nocy, a wąskie, zarośnięte dróżki stwarzały ryzyko awarii pojazdu.
Podkreślał również zaangażowanie innych służb, w tym wojska, które wspierało strażaków, pilnując dróg i okopując teren. Mimo ogromnego wysiłku i poświęcenia, nie wszystko dało się uratować. Widok ognia przeskakującego przez korony drzew i szybko zmieniający się kierunek wiatru sprawiały, że strażacy byli często zaskakiwani rozwojem sytuacji.
Po tak dramatycznych wydarzeniach, jak pożar w Orlinie, człowiek zaczyna inaczej podchodzić do pewnych spraw w życiu, z większą pokorą. Wspomnienia te przypominają o sile natury i potrzebie ciągłego doskonalenia systemów ochrony przeciwpożarowej.