Zgorzelec to niewielkie przygraniczne miasto położone na Dolnym Śląsku, zaledwie 15 minut drogi od Republiki Czeskiej i jeszcze bliżej Niemiec. Właśnie w tym mieście, w kwietniu 2015 roku, doszło do tragicznego wydarzenia, które wstrząsnęło całą Polską - podpalenia w kasynie, w wyniku którego zginęło dwóch młodych mężczyzn. Sprawa ta była szeroko komentowana, również w programie "Państwo w Państwie", gdzie podjęto próbę rzucenia światła na kontrowersje związane ze śledztwem i procesem.
Podpalenie w zgorzeleckim kasynie
Wczesnego, niedzielnego poranka, 13 kwietnia 2015 r., o godzinie 6:32, Komenda Powiatowa Policji w Zgorzelcu przyjęła zgłoszenie o eksplozji, do której doszło w jednym z kasyn przy ulicy Daszyńskiego. Na miejscu zdarzenia jako pierwsi pojawili się funkcjonariusze policji, a zaraz potem strażacy i pogotowie ratunkowe.

Budynek przypominał kasyno jedynie z nazwy. Był to mały lokal o powierzchni ośmiu metrów kwadratowych, znajdujący się na parterze odrestaurowanej kamienicy, wyposażony w zaledwie dwa automaty do gry. W lokalu panował smród spalenizny i oparów benzyny, a drzwi były zamknięte od wewnątrz. Wybite od środka okno sugerowało, że stanowiło ono drogę ucieczki poszkodowanych. Potwierdzili to świadkowie. Jeden z nich relacjonował w mediach: "Zobaczyłem, jak czterech mężczyzn wyskakuje stamtąd przez okno. Trzech się paliło. Rzuciłem się do gaszenia. Jeden, by stłumić płomienie, turlał się po ulicy. Przykryłem go kurtką. Drugi ściągał z siebie palące się ubrania".
Ofiary i świadkowie tragedii
W wyniku wybuchu ucierpiało dwóch mężczyzn, którzy ulegli poparzeniom trzeciego stopnia. Menadżer lokalu, 22-letni Tomasz K., doznał obrażeń sięgających 75-80 proc. powierzchni ciała. Jego rówieśnik i zarazem kolega, Pascal Bąk, student prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, doznał poparzeń sięgających 95-97 proc. ciała. Mimo rozległych obrażeń, obaj mężczyźni w chwili przyjazdu funkcjonariuszy byli przytomni. Niezwłocznie zostali przetransportowani helikopterem medycznym na oddział leczenia oparzeń do Wielospecjalistycznego Szpitala w Nowej Soli. Niestety, wkrótce utracili świadomość, a rokowania na ich przeżycie od początku wyglądały bardzo źle. Tomasz i Pascal zmarli w szpitalu w wyniku ostrej niewydolności wielonarządowej, będącej następstwem rozległych poparzeń.

Przed utratą przytomności, Tomasz wyznał jednemu z policjantów, że podpalenia dokonał jego znajomy - Piotr G. Ratownicy medyczni, którzy przybyli na wezwanie do mieszkania Piotra G., byli zastanowieni brakiem jakichkolwiek oznak wypadku, które mogłyby wytłumaczyć tak rozległe oparzenia dłoni i nóg. Piotr G. nie doczekał się odpowiedzi na ich pytania, a jedynym powtarzającym się z jego ust zdaniem było "co on zrobił, co on mi k... zrobił". Nie wyjawił jednak, kogo konkretnie miał na myśli.
Aresztowania i zeznania sprawców
Wkrótce 29-letni Piotr G. został przewieziony na oddział oparzeń nowosolskiego szpitala, gdzie zatrzymali go funkcjonariusze policji. W tym samym miejscu zatrzymany został 27-letni Mateusz K., który okazał się czwartym uczestnikiem zajścia. On również miał poparzenia dłoni, choć nie były tak rozległe, jak w przypadku Piotra G. Szybko okazało się, że obaj zatrzymani się znają i są znani miejscowej policji. Piotr miał podstawowe wykształcenie z przyuczeniem do zawodu stolarza. Nie miał stałego zatrudnienia, utrzymywał się z kradzieży oraz prac dorywczych. Był uzależniony od alkoholu oraz substancji psychoaktywnych, a sąsiedzi i znajomi, którzy bali się jego porywczości, określali go jako osobę wysoce zdemoralizowaną i agresywną. Był wielokrotnie karany, a w 2013 r. opuścił więzienie po dwuipółletniej odsiadce za rozbój. Mateusz utrzymywał się z drobnych kradzieży, miał na koncie pobyty w poprawczaku i więzieniu.
Obaj zatrzymani zdawali sobie sprawę, że ciążące na nich podejrzenia i ewentualne zarzuty mogą zagwarantować im kolejne pobyty w więzieniu, tym razem na zdecydowanie dłuższy okres. Ponadto podczas pierwszych przesłuchań nie mieli świadomości, jakiego uszczerbku na zdrowiu doznali poszkodowani oraz tego, że jeden z nich wskazał Piotra jako sprawcę podpalenia. Jako osoby wielokrotnie wcześniej zatrzymywane, przesłuchiwane i karane, postanowili kłamać w obecności funkcjonariuszy. Nie mieli jednak możliwości skonsultowania swoich zeznań.
Fałszywe zeznania Piotra G.
Według wersji Piotra, pracownicy kasyna winni mu byli pieniądze z wygranej. Dzień wcześniej wygrał w salonie 300 zł, z czego odebrał jedynie połowę, a po drugą część należności przyjechał w niedzielę nad ranem. W lokalu pojawił się także właściciel kasyna, który zaczął mu grozić. W pewnym momencie, drzwi zostały otwarte, po czym jakiś nieznany człowiek wylał do wnętrza benzynę, którą podpalił. Gdy nastąpił wybuch i Piotr zaczął płonąć, próbował wybiec przez drzwi, które w tym momencie były już zamknięte. Następnie wybił szybę i wydostał się z budynku oknem, po czym wrócił do swojego mieszkania. Na kolejnym przesłuchaniu podtrzymał swoje wyjaśnienia, a w późniejszych etapach śledztwa odmawiał składania zeznań, zachowując milczenie do czasu procesu.
Zmienne zeznania Mateusza K.
Mateusz, który został przesłuchany niespełna trzy godziny po zajściu, złożył zgoła odmienne oświadczenie. Wyjawił śledczym, że w godzinach porannych przebywał w kasynie wraz z nieznanymi sobie osobami. Około godziny 6:00 do lokalu wszedł Piotr, który trzymał w dłoniach łom i kanister z benzyną. Następnie zaczął wygrażać się Tomaszowi, chcąc odebrać od niego zaległą wygraną w wysokości 150 zł i jakieś aparaty telefoniczne, które ten rzekomo mu ukradł. Gdy menadżer kasyna odpowiedział Piotrowi, że otrzymał już wszystkie pieniądze, ten miał mu odpowiedzieć, że "obiecał, że go spali". Następnie oblał benzyną stojącego za ladą Tomka oraz obecnego obok Pascala. Gdy agresor wyciągnął z kieszeni zapalniczkę, Mateusz postanowił opuścić lokal, co okazało się niemożliwe, gdyż drzwi były zamknięte. Chwilę później Piotr trzykrotnie odpalił zapalniczkę, po czym nastąpiła eksplozja i wnętrze budynku stanęło w płomieniach. Przesłuchiwany najpierw próbował gasić podpalone osoby, a następnie wydostać się z kasyna oknem. Uciekający Piotr odepchnął go, w wyniku czego Mateusz wyskoczył jako drugi. Jako kolejni z salonu wydostali się Tomasz i Pascal. Według powyższych zeznań Mateusz próbował gasić jednego z nich, lecz gdy zorientował się, że postronni świadkowie ruszyli z pomocą, postanowił udać się do domu, skąd następnie pojechał na pogotowie.

Jeszcze tego samego dnia Mateusz zmienił swoje zeznanie i przyznał, że do kasyna przyjechał wraz z Piotrem oraz ich wspólnym kolegą. Wcześniej cała trójka postanowiła dokonać drobnego rabunku w jednym ze sklepów za czeską granicą. Następnie wszyscy mężczyźni wsiedli do białego fiata cinquecento, należącego do Piotra, a za kierownicą usiadł ich znajomy. W trakcie jazdy Piotr zasugerował, by zatrzymali się przy salonie, w którym miał do załatwienia jakąś sprawę, nie wspominając konkretnie, o co mu chodziło. Na miejscu poprosił Mateusza, by sprawdził, kto znajduje się w środku, lecz gdy ten przekroczył próg kasyna, okazało się, że Piotr stał tuż za nim. Dalsza część opowieści była zbieżna z jego wcześniejszym zeznaniem. Niemniej Mateusz stale utrzymywał, że nie znał zamiarów Piotra. Nie potrafił też jednoznacznie wyjaśnić, w jaki sposób we wnętrzu obiektu znalazł się kanister z benzyną. W ostatecznej wersji zeznań, którą powtórzył przed sądem, przyznał, że Piotr zabrał go z bagażnika samochodu i wniósł do środka. Dodał także, że Pascal próbował opuścić kasyno, lecz Piotr uniemożliwił mu to, przytrzymując go i zamykając drzwi od środka. Dopełnił też wiedzę śledczych z zakresu użytej przez Piotra zapalniczki, która jak się okazało, była zapalniczką z długą rączką, służącą do podpalania kuchenek gazowych. Przesłuchiwany zaznaczył, że Piotr nie przykładał jej do ofiar i odpalał ją w odległości około 30 cm od nich, a zapłonowi najprawdopodobniej uległy opary benzyny. Ponadto kolejny raz powtórzył, że na zewnątrz uczestniczył w akcji gaszenia jednego z podpalonych mężczyzn, a gdy usłyszał syreny radiowozów, udał się w stronę miejsca zamieszkania.
Rekonstrukcja zdarzeń według prokuratury
Wielomiesięczne śledztwo i przesłuchania kolejnych świadków pozwoliły śledczym na stworzenie ostatecznej rekonstrukcji zbrodni. Prawdą okazało się, że Piotr G. był w konflikcie z Tomaszem i Pascalem, których oskarżał o kradzież telefonu komórkowego, co miało wydarzyć się w dniu poprzedzającym podpalenie. Według ustaleń prokuratury, telefon ten był niezwykle cenny dla Piotra, gdyż zawierał dane osób, którym oskarżony sprzedawał narkotyki. Około pierwszej w nocy, czyli pięć godzin przed tragicznymi wydarzeniami, Piotr odbył wizytę w kasynie. Trzech świadków będących na miejscu zeznało później, że oskarżony domagał się od Tomasza zwrotu telefonu, wyraźnie zaznaczając, że jeśli zaginiony aparat nie znajdzie się w ciągu paru godzin, to wróci i spali Tomasza oraz salon gier.
O godzinie 4 nad ranem Piotr przebywał w swoim mieszkaniu, gdzie wspólnie ze swoim sąsiadem planowali rabunek jednego ze sklepów w Republice Czeskiej. Chwilę później skontaktowali się z Mateuszem, który chętnie przystał na propozycję włamania i łatwego zarobku. W ciągu godziny trzej mężczyźni znaleźli się w samochodzie Piotra. Ponieważ właściciel pojazdu był pod wyraźnym wpływem alkoholu, za kierownicą usiadł jego sąsiad. W trakcie podróży Piotr zasugerował swoim kompanom, by zatrzymali się w pobliżu kasyna. Wyjaśnił im, że poprzedniego dnia wraz z Tomaszem i Pascalem udali się na przejażdżkę po mieście, a gdy ta dobiegła końca, zauważył brak telefonu. Teraz podejrzewał obu mężczyzn o jego kradzież. W bagażniku auta znajdował się kanister z benzyną. Sąsiedzi Piotra zeznali później przed sądem, że widzieli przez okna swoich mieszkań, jak oskarżony umieścił go tam trzy dni wcześniej. Przed kasynem Piotr spotkał swojego wujka, z którym delikatnie mówiąc, nie utrzymywał dobrych stosunków. Podczas krótkiej wymiany zdań, powiedział mu: "Ty będziesz następny". Świadkowie, znajdujący się wówczas w pobliżu salonu, zaznaczali w swoich zeznaniach, że Piotr był agresywny oraz w jednej dłoni trzymał łom, a w drugiej butelkę wódki.
Drzwi do kasyna były zamknięte, wobec czego mężczyźni w wulgarny sposób zmusili Tomasza do ich otwarcia, po czym weszli do środka. We wnętrzu znajdował się jeszcze jeden klient, który zresztą szybko opuścił lokal. Podobnie zachował się sąsiad Piotra, który uznał, że sytuacja robi się zbyt nerwowa i lepiej będzie, jeśli wyjdzie z kasyna. Przed wyjściem, zarejestrował fakt, że Piotr wygrażał się Tomaszowi i Pascalowi, domagając się zwrotu telefonu, a w dłoni trzymał kanister z benzyną. Zaraz po wyjściu obojga mężczyzn, drzwi zostały zamknięte na klucz. Parę minut później nastąpił wybuch, a chwilę po zdarzeniu, trzej mężczyźni ponownie znaleźli się w samochodzie i odjechali w stronę miejsca zamieszkania Piotra, a następnie się rozdzielili. Rekonstrukcja zdarzeń wykluczyła, by Mateusz brał udział w akcji ratunkowej poszkodowanych.
Proces i wyrok
Oskarżony Piotr G. stale utrzymywał o swojej niewinności, a podczas procesu opowiedział nową wersję zdarzeń, według której to Mateusz wylał na podłogę zawartość kanistra z benzyną, a następnie bawiąc się zapalniczką, wzniecił eksplozję oparów. Piotr miał nawet próbować temu zapobiec, krzycząc do niego "co ty kur… robisz?". Sąd nie dał wiary tej tezie. Zarówno Piotr, jak i Mateusz mieli obrażenia dłoni spowodowane wybuchem. Jak opisali biegli, różnica polegała na tym, że Mateusz miał oparzenia zewnętrzne, co świadczyło o pozycji obronnej, jakby w momencie eksplozji zakrywał i chronił twarz. U Piotra były to obrażenia wewnątrz dłoni, które świadczyły o tym, że był bliżej źródła wybuchu, a wybuch oparów ewidentnie go zaskoczył.
Piotra próbowała bronić także jego żona, która zeznała, że po powrocie do domu, mężczyzna opisał jej całe zajście, którego sprawcą był Mateusz. Ale w takie wyjaśnienie sąd nie uwierzył. Kompletnie wykluczało się ono z pierwszymi zeznaniami kobiety, które złożone zostały bezpośrednio po zatrzymaniu oskarżonego. Sąd nie dał wiary tezie, że nieprawdziwość jej pierwotnych wyjaśnień wynikała z obawy o życie dzieci. Jak zaznaczono w argumentacji wyroku "obawy te były bezpodstawne, a narracja świadka zmieniła się w momencie postawienia Piotra w stan oskarżonego".

Piotr miał złą opinię w miejscu zamieszkania, sąsiedzi bali się go. Wielokrotnie groził mieszkańcom, że spali ich kamienicę, co również zostało powtórzone podczas rozprawy. Biegły sądowy z zakresu pożarnictwa opiniował, że podpalenie mężczyzn było umyślne. Oskarżony powinien zdawać sobie sprawę, że nawet opary benzyny mogą spowodować eksplozję. Co więcej, uznano, że Piotr przygotował się do tego działania. Miał ze sobą zapalniczkę do gazu, z długą rączką, co wskazywało na jego obawy przed ewentualnym poparzeniem. Odrzucono też tezę, że oskarżony chciał jedynie nastraszyć swoje ofiary. Gdyby do tego dążył, by przyspieszyć zwrot telefonu, wystarczyłby mu łom, który trzymał w dłoni i nie musiał wylewać zawartości kanistra na obu mężczyzn. Zwrócono też uwagę na jego wcześniejsze groźby względem Tomasza. Na jego niekorzyść świadczył także fakt, że jako pierwszy udał się do wyjścia okiennego, nie zważając na tym na innych uczestników zdarzenia. Biegli psychiatrzy uznali oskarżonego za zdrowego na umyśle i zdolnego do wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny.
Sąd skazał podpalacza Piotra G. na dożywocie z możliwością zwolnienia po 35 latach. Mateusz K. został uznany za winnego jedynie współudziału, a sąd skazał go na dwa lata więzienia. Rodziny ofiar złożyły apelację, a Sąd Apelacyjny uznał Mateusza K. również winnym morderstwa. Rodzina Pascala Bąka zarzuciła prokuraturze szereg błędów, twierdząc, że "nie chciano znaleźć wszystkich winnych", i że śledczy nie ustalili motywu, dlaczego chłopcy zginęli, oraz dlaczego tylko jednemu mężczyźnie postawiono zarzuty.
Inne przypadki podpaleń i kontrowersji prawnych
W programie "Państwo w Państwie" poruszono również inne sprawy, w tym przypadek podpalenia dwóch samochodów pod domem Aleksandra Jacka w kwietniu 2013 roku. Izabela Nisiewicz-Jacek, żona Aleksandra Jacka, wspominała: "Przypuszczalnie miało być to tylko nastraszenie, ale bałam się, że chcą nas spali". Po trzech dniach słupska policja w piśmie do Prokuratury Rejonowej w Słupsku napisała, że to Czesław M. i Jurij M. są sprawcami tego czynu. Śledczy dysponowali także zdjęciami z monitoringu, na którym widać było, jak kupowali oni materiały łatwopalne: "Cztery podpałki i cztery denaturaty, dokładnie takie, jakie zostały użyte do zbudowania tych ładunków zapalnych, i które były podłożone pod wnęki koła dwóch samochodów. Stwierdzono, że właśnie te materiały były nabyte w dniu, kiedy doszło do podpalenia i właśnie w tej ilości" - wspomina Aleksander Jacek. Dopiero po roku śledztwa zatrzymano jednego z mężczyzn - Jurija M. Drugiego z braci, pomimo nagrania z monitoringu, gdzie widać było obydwu podpalaczy, nie zatrzymano. Sam Czesław M. po pewnym czasie nawet przyznał się do dokonania przestępstwa i złożył oświadczenie o tym informujące. Poinformował o tym także Prokuraturę Rejonową w Słupsku, która jednak odmówiła przyjęcia jego zeznań. Zeznania sprawcy przyjęła dopiero policja w Lęborku. Dzięki jej determinacji oraz determinacji Aleksandra Jacka, słupscy prokuratorzy zainteresowali się w końcu treścią zeznań mężczyzny.
Podpalenie ekskluzywnego klubu w Warszawie
16 września 2019 roku spłonął ekskluzywny klub w centrum stolicy, kilka dni przed jego planowanym otwarciem. Straty sięgnęły niemal 6 milionów złotych. Dzięki zainstalowanemu monitoringowi nie było wątpliwości - doszło do podpalenia. Jak wynikało ze śledztwa, "to było podpalenie na zlecenie, okazało się, że miała zlecić to konkurencja". Szybko doszło do serii zatrzymań, w tym Krzysztofa U. szerzej znanego pod pseudonimem "Fama". To on, zdaniem śledczych, miał kierować akcją podpalenia. Mógł to zrobić dzięki pobłażliwości wymiaru sprawiedliwości - w czasie, gdy doszło do podpalenia, powinien przebywać w zakładzie karnym, był skazany na 9 lat za rozboje. Decyzja sądu o udzieleniu przerwy w karze mogła dziwić ze względu na przestępczy życiorys Krzysztofa U., który był uznawany za najgroźniejszego przestępcę stolicy. Miał dokonać wielu brutalnych napadów na agencje towarzyskie i kilkunastu na właścicieli prywatnych mieszkań. Wchodził do nich, podając się za policjanta lub agenta Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Mimo tak poważnych przestępstw na koncie, Krzysztof U. został umieszczony w półotwartym zakładzie karnym. Miał sobie z niego zrobić prywatny folwark, między innymi dzięki bliskim relacjom z ówczesnym dyrektorem ośrodka. Program "Państwo w Państwie" podjął próbę wyjaśnienia, dlaczego groźny gangster mógł liczyć na tak łagodne traktowanie przez wymiar sprawiedliwości i kto odpowiada za to, że dopuścił się kolejnych przestępstw.