Tragiczne przypadki podpaleń i ich konsekwencje

Czyny polegające na podpaleniu, szczególnie z użyciem łatwopalnych substancji takich jak denaturat, stanowią jedne z najbardziej brutalnych i tragicznych przestępstw, prowadzących często do poważnych obrażeń, a nawet śmierci. Poniżej przedstawiamy serię zdarzeń, które miały miejsce w Polsce, ukazując ich przebieg i konsekwencje.

Zamość, budynek sądu lub prokuratury

Brutalne pobicie i podpalenie denaturatem w Łęcznej

Do dramatycznych wydarzeń doszło w parku przy ul. Lubelskiej w Łęcznej, kiedy dyżurny policji otrzymał sygnał o pobiciu. Na miejscu funkcjonariusze zastali dwóch mężczyzn w wieku 51 i 47 lat. Starszy z nich miał widoczne obrażenia twarzy, natomiast u młodszego zauważono ślady spalonego naskórka, zaczerwienienia na barkach, tułowiu i przedramionach. Obok poszkodowanego leżała zwęglona koszulka. Obaj mężczyźni wyjaśnili, że wspólnie spożywali alkohol w parku, a po zaśnięciu zostali obudzeni przez sprawców, którzy ich bili. W momencie, gdy sprawcy opuszczali park, 18-letni Adam G. wrócił, oblał denaturatem jednego z poszkodowanych i go podpalił.

Wezwane pogotowie ratunkowe udzieliło pomocy 47-letniemu mężczyźnie, który doznał oparzeń 1, 2 i 3 stopnia w okolicy pleców, klatki piersiowej oraz prawej ręki. Oparzenia te objęły około 15% powierzchni ciała. Tego samego dnia zatrzymano trzech sprawców, a ostatniego podejrzanego o podpalenie ujęto dzień później. Wszyscy sprawcy, mieszkańcy gminy Milejów, byli w wieku od 18 do 23 lat. Dwóch z nich, bracia Jarosław (22 lata) i Adam G. (18 lat), mieli już wcześniej konflikty z prawem. Za udział w pobiciu grozi im kara pozbawienia wolności do 3 lat, a w przypadku ciężkiego uszczerbku na zdrowiu - do 8 lat. Kwalifikacja w zakresie odpowiedzialności 18-latka za podpalenie była jeszcze nierozstrzygnięta.

Tragedia rodzinna w Wandzinie: Bratobójstwo z użyciem denaturatu

W Sądzie Okręgowym w Lublinie toczył się proces 37-letniego Mariusza T., oskarżonego o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Zgodnie z ustaleniami śledczych, podczas alkoholowej libacji Mariusz T. oblał swojego brata Piotra denaturatem, a następnie podpalił go. Proces, który mógł zakończyć się wcześniej, został przedłużony w celu wezwania kolejnego biegłego. Obrońca Mariusza T., mec. Grzegorz Puszkarski, podniósł kwestię wpływu znieczulenia ogólnego, zastosowanego przez lekarza Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, na pogorszenie stanu zdrowia Piotra T. Sąd zdecydował o powołaniu anestezjologa do oceny sposobu znieczulenia rannego.

Mariusz T. nie przyznał się do zbrodni, twierdząc: „Oblałem brata denaturatem, ale go nie podpaliłem”. Bracia mieszkali razem w Wandzinie niedaleko Lubartowa i od lat nadużywali alkoholu, a alkoholowe „ciągi” trwały nawet po trzy miesiące. Między nimi regularnie dochodziło do bójek; Mariusz T. odbył już wcześniej blisko dwuletni wyrok za zranienie brata nożem. We wrześniu ubiegłego roku doszło do kolejnej awantury. Siostra mężczyzn, Edyta G., zeznała przed sądem, że usłyszała przeraźliwy krzyk Piotra, a po przybiegnięciu zobaczyła go płonącego przed progiem. Ciężko poparzony mężczyzna zdołał jeszcze wejść do domu. Piotr T. został przetransportowany śmigłowcem do szpitala w Łęcznej, gdzie stwierdzono poparzenia blisko 70% powierzchni ciała. Zmarł w grudniu. Jedyny świadek awantury, wujek braci, zmarł przed rozpoczęciem procesu, po tym jak w śledztwie obciążał Mariusza T., a później zmieniał wersję wydarzeń.

Podpalenie partnerki i dziecka w Łabuniach z zamojskim wątkiem

Wstrząsająca historia miała miejsce w Łabuniach (województwo lubelskie), gdzie 19-letni Przemysław G., ojciec 15-miesięcznego Konradka, w akcie chorobliwej zazdrości o Edytę S. (17 lat), matkę dziecka, dopuścił się przerażającego czynu. Groził partnerce słowami: „Spalę cię!”, a następnie zrealizował swoje groźby w Zamościu, gdzie Edyta i malutki Konradek mieszkali z dziadkami. Przemysław G. chlusnął denaturatem na Edytę, nie oszczędzając również leżącego na tapczanie synka, po czym podpalił substancję.

Według relacji, na twarzy sprawcy nie pojawił się nawet grymas, gdy patrzył, jak płonie jego syn. Przeraźliwy płacz malutkiego dziecka nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Edyta płonęła jak pochodnia, ogień pożerał jej włosy, piersi i ręce, a płonąca skóra schodziła z niej płatami. Dziadkowie, usłyszawszy przeraźliwy krzyk wnuczki, szybko przybiegli na ratunek. Konradka w ostatniej chwili pochwycił w swoje ramiona brat Edyty, gdyż ogień zaczął już trawić tapczan. Przemysław G. przyznał, że chciał „oszpecić Edytę, żeby nikt inny na nią już nie spojrzał”, o synku nie wspomniał. Edyta i jej synek trafili do szpitala. Konradek miał poparzoną buzię i rączkę, Edyta, choć znacznie bardziej poparzona, również przeżyła. Sprawca został aresztowany.

Wizerunek sali sądowej lub symboliczna waga sprawiedliwości

Zabójstwo w Zamościu: Podpalenie w piwnicy

Sąd Okręgowy w Zamościu skazał 21-letniego Przemysława L. na 25 lat pozbawienia wolności za brutalne zabójstwo swojego kolegi. Od wyroku odwołały się obie strony. Adwokat oskarżonego argumentował, że kara jest zbyt surowa dla tak młodego mężczyzny, zwłaszcza że Przemysław L. był pod wpływem alkoholu i nie miał zamiaru zabić. Prokurator natomiast uważał, że za tak brutalną zbrodnię należy się dożywocie. Wszystko wydarzyło się w styczniu ubiegłego roku przy ul. Polnej w Zamościu. Przemysław L. i 26-letni Tomasz B. spożywali alkohol. Gdy upojony Tomasz B. leżał na podłodze w piwnicy jednego z bloków, 21-latek podpalił jego ubranie. Mieszkańcy, zauważywszy dym, zaalarmowali straż pożarną. Świadkowie próbowali ratować mężczyznę, a strażacy dogasili ogień, niestety Tomasza B. nie udało się uratować.

Policjanci zatrzymali Przemysława L., który jako ostatni miał kontakt z ofiarą. W momencie zatrzymania był nietrzeźwy, miał ponad promil alkoholu w organizmie. Sekcja zwłok wykazała, że bezpośrednią przyczyną śmierci Tomasza B. były rozległe oparzenia 3 i 4 stopnia praktycznie całej powierzchni ciała. Przemysław L. usłyszał zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Podczas przesłuchania przyznał się do podpalenia kolegi, jednak zaprzeczył, aby chciał go zabić.

Samopodpalenie z tragicznym skutkiem w Zamościu

Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie samopodpalenia mężczyzny przed Starostwem Powiatowym w Zamościu, do którego doszło 27 lutego tego roku. Henryk Sz., mieszkaniec gminy Skierbieszów, po otrzymaniu niekorzystnej decyzji scaleniowej z Urzędu Marszałkowskiego w Lublinie, która informowała go, że Marszałek Województwa Lubelskiego nie jest organem właściwym do rozpatrzenia jego sprawy, podjął desperacki krok. Około południa Henryk Sz. pojawił się w budynku Starostwa, gdzie podniesionym głosem zapytał pracownika, co oznacza otrzymane pismo, po czym wybiegł.

Niedługo potem został zauważony przez świadków na schodach zewnętrznych. Miał na sobie palącą się górną część garderoby. Wbiegł do holu Starostwa, gdzie natychmiast rozpoczęto akcję gaśniczą. Poszkodowany, przytomny, trafił do zamojskiego szpitala, a następnie do Wschodniego Centrum Leczenia Oparzeń w Łęcznej. Mężczyzna miał poparzone 31% powierzchni ciała, oparzenia dróg oddechowych, wstrząs oparzeniowy, niewydolność oddechową i krążeniową oraz uszkodzenie nerek i posocznicę. Henryk Sz. zmarł 17 marca. Sekcja wykazała, że przyczyną zgonu była niewydolność krążeniowo-oddechowa spowodowana oparzeniami. Badania zabezpieczonych przedmiotów wykazały obecność węglowodorów charakterystycznych dla częściowo odparowanej benzyny silnikowej na resztkach spalonej odzieży. Resztki benzyny ujawniono także w pojemniku zabezpieczonym w samochodzie, którym pokrzywdzony przyjechał do Starostwa. Prokuratura Rejonowa w Zamościu uznała, że brak było innej osoby, która namówiłaby pokrzywdzonego do samobójstwa lub udzieliła mu pomocy. Henryk Sz. był niezadowolony z wyników postępowania scaleniowego i sam targnął się na swoje życie poprzez oblaniem się benzyną i podpalenie. Bezpośrednią przyczyną śmierci było zapalenie płuc, będące następstwem rozległych oparzeń ciała.

tags: #podpalenie #denaturatem #zamosc