Tragiczne podpalenie w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej w Makowie

Do jednej z najtragiczniejszych zbrodni w historii polskiej pomocy społecznej doszło w poniedziałek, 15 grudnia 2014 roku, przed godziną 13:00. 62-letni Leszek G., mieszkaniec sąsiedniej wsi, wtargnął do budynku Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej (GOPS) przy ulicy Głównej w Makowie (koło Skierniewic, województwo łódzkie), gdzie dokonał celowego podpalenia pomieszczeń, w wyniku którego śmierć poniosły dwie pracownice ośrodka.

zdjęcie zniszczonego budynku GOPS w Makowie po pożarze

Przebieg ataku

Wczesnym popołudniem Leszek G. zaczaił się na pobliskim przystanku autobusowym, czekając na powrót urzędniczek z terenu, w tym pani Renaty Białkowskiej, która wielokrotnie go obsługiwała. Przed godziną 13:00 wszedł do budynku. Wpadł do pokoju na piętrze tuż przy schodach i rozlał łatwopalną ciecz - prawdopodobnie benzynę - chlustając nią również na obecne w środku dwie urzędniczki: Małgorzatę Kowalczyk i Renatę Białkowską (trzecia pracownica chwilę wcześniej wyszła). Następnie podpalił je.

Jak ustalono, napastnik nie tylko oblał benzyną i podpalił kobiety, ale również zamknął drzwi od zewnątrz i przytrzymywał je, uniemożliwiając pracownicom wydostanie się z płonącego pokoju. Na miejscu tragedii policjanci zabezpieczyli trzy plastikowe nadpalone butelki, w jednej z nich znajdowała się resztka benzyny, co potwierdzało, że sprawca wniósł łatwopalny materiał na teren ośrodka.

Sprawca i motywy

Sprawcą okazał się 62-letni Leszek G., który doraźnie korzystał z pomocy makowskiego ośrodka. Utrzymywał się z ponadtysiąc-złotowej renty z KRUS, a GOPS refundował mu m.in. zakup leków. Wiosną 2014 roku rozpoczął starania o umieszczenie go w domu pomocy społecznej, chcąc spędzić tam zimę, ponieważ twierdził, że sam nie jest w stanie sobie poradzić. Ośrodek dwukrotnie wydał decyzję odmowną, którą podtrzymało Samorządowe Kolegium Odwoławcze, a następnie sąd administracyjny, nie dopatrując się podstaw do umieszczenia go w placówce.

Jak wyjaśniła Barbara Jakubowska, kierownik GOPS, nie było wskazań medycznych do umieszczenia go w DPS. Według ustaleń prokuratury, ostatnią zimę Leszek G. spędził w szpitalu, który bardzo niechętnie opuścił. W rozmowach z różnymi osobami twierdził, iż żywi żal do GOPS i wójta w związku z odmową umieszczenia go w domu pomocy społecznej.

Mężczyzna leczył się psychiatrycznie, a jego wizyty w ośrodku nierzadko kończyły się wygrażaniem, krzykami i wyzwiskami pod adresem pracowników socjalnych. Mieszkaniec tej samej wsi scharakteryzował Leszka G. jako osobę nieobliczalną, pamiętliwą i mściwą, z którą „lepiej było nie mieć do czynienia”. Wszystko wskazuje na to, że chciał zemścić się na pracownicach pomocy społecznej za nieotrzymanie oczekiwanego skierowania.

Planowanie ataku

Śledczy zgodnie wskazali, że napastnik zaplanował atak na pracownice ośrodka. Jeszcze tego samego poniedziałku o godzinie 10:00 był widziany w sklepie w swojej miejscowości (Słomkowie). Miał ze sobą dużą torbę, w której prawdopodobnie niósł butelki z benzyną. Później był widziany w Makowie. Akt oskarżenia, a także wyrok sądu, potwierdziły, że zbrodnia była drobiazgowo zaplanowana i zrealizowana.

Działania ratunkowe

Kierownik GOPS Barbara Jakubowska relacjonowała: „Nastąpił jakby wybuch i szyba w drzwiach mojego pokoju nagle wypadła. Wybiegłyśmy z koleżanką na korytarz. Otworzyłyśmy drzwi pokoju, gdzie były Gosia i Renata, ale buchnął gęsty, żrący dym, a gdy dobiegłyśmy do okna w następnym pokoju, dym był już wszędzie. Wiedziałam, że w środku zostały dwie dziewczyny i krzyczałyśmy, żeby je ratować.”

Słysząc przeraźliwy krzyk, pan Piotr Markowicz ze Słomkowa, który przebywał w okolicy, wyskoczył na ulicę. Na dachu zobaczył trzy krzyczące kobiety. „Nawet się nie zastanawiałem, tylko wskoczyłem do środka przez bibliotekę, a ze mną jakiś młody chłopak i ktoś jeszcze. Wszędzie dużo dymu. Wbiegłem po schodach i w drzwiach zobaczyłem tą dziewczynę. Wyczołgała się z płonącego pokoju i sama też się paliła.” Pan Piotr, mając 45 lat, nie poddał się i wrócił do płonącej kobiety. Ktoś przyniósł materac i na nim ściągnięto po schodach 41-letnią Małgorzatę Kowalczyk. Była przytomna i powiedziała, że z koleżanką zostały podpalone przez Leszka G. Na ratunek rzucili się też pracownicy urzędu, włącznie z sekretarką Aleksandrą Czechowską.

Kłęby dymu wydobywające się z budynku uniemożliwiały przypadkowym przechodniom wejście do środka. Przedstawiciel Ochotniczej Straży Pożarnej relacjonował, że strażacy weszli do środka dopiero w aparatach tlenowych. Gdy na miejsce przyjechała straż pożarna, większość pracowników GOPS opuściła już gmach. W środku pozostała jedna osoba, Renata Białkowska, którą strażakom udało się wynieść na zewnątrz, ale po 45 minutach reanimacji kobieta zmarła w karetce. Z pokoju, gdzie zaatakował sprawca, zostały zgliszcza, a pozostała część ośrodka również została zniszczona. Wysokość strat materialnych oceniono na prawie 80 tys. zł.

Dochodzenie i proces sądowy

Niedługo po zdarzeniu Leszek G. został zatrzymany. Po podpaleniu wsiadł w autobus - zapamiętał go kierowca, miał też w kieszeni bilet - i wrócił na gospodarstwo w Słomkowie, gdzie mieszkał z młodszym bratem. 62-latek został zatrzymany w swoim domu, był trzeźwy, lecz z relacji policjantów wynikało, że czuć było od niego zapach benzyny. Nie stawiał oporu.

Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania poinformował, że podejrzany usłyszał zarzut zabójstwa i usiłowania zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, a także zarzut spowodowania pożaru, który zagrażał życiu wielu osób. W związku ze śmiercią drugiej ofiary sprawcy postawiono kolejny zarzut. Prokurator wystąpił do sądu z wnioskiem o jego aresztowanie.

Podczas przesłuchań Leszek G. twierdził, że nie pamięta całego zdarzenia, zasłaniając się niepamięcią. Pamiętał jedynie, że został przewieziony do prokuratury. Szczegółowo natomiast opisał swoje starania o umieszczenie go w domu pomocy społecznej. Z dużymi emocjami, płacząc, opowiadał o tym, że nie otrzymał spodziewanej i należnej mu pomocy z opieki społecznej, użalając się nad sobą, jakby nie pamiętając o swoich ofiarach.

Ze względu na uzasadnione wątpliwości co do poczytalności podejrzanego, prokurator zdecydował o poddaniu go badaniom sądowo-psychiatrycznym, a następnie sąd zarządził jego obserwację w szpitalu więziennym Zakładu Karnego nr 2 w Łodzi. Po jej zakończeniu biegli stwierdzili, że poczytalność podejrzanego w chwili czynów była ograniczona, ale jedynie w stopniu nieznacznym, co oznaczało, że może on ponosić odpowiedzialność karną za swoje działania.

Ofiary i ich pamięć

W wyniku podpalenia życie straciły dwie pracownice socjalne: 40-letnia Renata Białkowska i 41-letnia Małgorzata Kowalczyk. Renata Białkowska, ratując życie, prawdopodobnie schowała się pod biurkiem, gdzie nieprzytomną znaleźli ją strażacy. Mimo prób ratowników, którzy z trudem dotarli do niej z powodu wysokiej temperatury, na ratunek było za późno. Po 45 minutach reanimacji kobieta zmarła w karetce. Wstępne ustalenia po sekcji zwłok wskazały, że kobieta „zmarła w płomieniach” na skutek działania ognia.

Małgorzata Kowalczyk została przetransportowana śmigłowcem LPR do szpitala w Warszawie, gdzie zmarła po trzech dniach. Jedna z urzędniczek, która cudem uratowała życie, wychodząc z pokoju tuż przed atakiem, znalazła się w szoku.

Renata Białkowska przez 11 lat wykonywała społecznie zaszczytny zawód pracownika socjalnego, osierociła dwie córki w wieku 3 i 15 lat. Małgorzata Kowalczyk przez 10 lat pracowała w miejscowym Ośrodku Pomocy Społecznej, angażując się także w życie społeczne i charytatywne społeczności Makowa. Współpracownicy i bliscy wspominali ją jako osobę ciepłą i skromną. Na biurku w pokoju, przez który urzędniczki uciekały na dach, jedna z kobiet zostawiła niedojedzoną kanapkę i kubek z herbatą.

zdjęcie portretowe Małgorzaty Kowalczyk i Renaty Białkowskiej

Uroczystości pogrzebowe i odznaczenia

Uroczystości pogrzebowe Renaty Białkowskiej odbyły się 20 grudnia 2014 roku w Kościele pod wezwaniem Św. Wojciecha w Makowie. W pogrzebie, oprócz rodziny, znajomych, mieszkańców Makowa i okolic, a także przedstawicieli władz państwowych i samorządowych, licznie uczestniczyli pracownicy socjalni i pracownicy pomocy społecznej z wielu miejsc Polski. Podczas wzruszającej uroczystości podkreślano, że zmarła „wypełniała wartości związane z niesieniem pomocy innym i właśnie podczas pełnienia swojej misji jej życie zostało brutalnie przerwane”. Ówczesny Minister Pracy i Polityki Społecznej, pan Władysław Kosiniak-Kamysz, w słowie pożegnalnym stwierdził, że zmarła „wypełniła prawdy ewangeliczne. Gdy ktoś był głodny, to go karmiła. Gdy był spragniony, dała mu pić. Gdy był nagi, to go przyodziała”.

W dniu 23 grudnia 2014 roku pożegnano drugą z ofiar podpalenia - Małgorzatę Kowalczyk. Podczas uroczystości pogrzebowych obecne było liczne grono mieszkańców Makowa, przedstawiciele instytucji rządowych i samorządowych, a także pracownicy socjalni i pracownicy pomocy społecznej z Polski. W wygłoszonej homilii padły słowa, że Małgorzata Kowalczyk, pomagając innym, „czyniła tylko to, co jest maleńką kroplą w ogromie oceanu, ale właśnie Jej czyny stały się tym, co nadało znaczenie Jej życiu”.

Renata Białkowska i Małgorzata Kowalczyk zostały pośmiertnie odznaczone przez Prezydenta RP Złotym Krzyżem Zasługi. Cześć Ich Pamięci!

Reakcja społeczna i pomoc

Zabójstwo w Makowie wstrząsnęło całą Polską oraz środowiskiem pracowników pomocy społecznej. W makowskim urzędzie starano się pracować normalnie. Już następnego dnia po tragedii ruszyła pomoc. Czwórkę pracowników socjalnych oddelegował ośrodek pomocy ze Skierniewic, ich pracę codziennie osobiście doglądała w Makowie dyrektor Janina Wawrzyniak. Pomoc zadeklarował też MOPS w Łowiczu. Pomimo zniszczeń, wypłata świadczeń socjalnych nie została zagrożona, a pracownicy zajęli się odtwarzaniem zniszczonych dokumentów.

Wyrok sądu

Łódzki sąd okręgowy skazał 64-letniego Lecha G. (podczas wyroku był już w tym wieku) na karę dożywotniego więzienia za oblanie benzyną i podpalenie dwóch urzędniczek ośrodka pomocy społecznej w Makowie. Sąd skazał również oskarżonego na 10 lat pozbawienia praw publicznych oraz zarządził od niego w sumie 500 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz rodzin ofiar.

Uzasadniając wyrok, sędzia Agnieszka Boczek przyznała, że sąd nie miał żadnych wątpliwości, iż doszło do zbrodni ze szczególnym okrucieństwem. Stwierdzono, że Leszek G. działał z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia pracownic ośrodka, musząc zdawać sobie sprawę, że oblanie kobiet benzyną i podpalenie ich może doprowadzić do ich śmierci. Sąd uznał również, że oskarżony działał z motywacji zasługującej na szczególne potępienie, a całe zdarzenie było zaplanowane i drobiazgowo zrealizowane.

Atak na GOPS w Makowie – jedna ofiara śmiertelna pożaru

tags: #podpalenie #domu #w #makowie