Sprawa Podpalenia w Jastrzębiu-Zdroju: Tragedia Rodziny P.

Tragiczna śmierć pięcioosobowej rodziny z Jastrzębia-Zdroju w maju 2013 roku była jedną z najbardziej makabrycznych spraw w historii polskiej kryminalistyki. Żyła nią cała Polska. Jej bohaterem jest Dariusz P., 46-letni mąż i ojciec pięciorga dzieci, który został skazany na dożywocie za podpalenie własnego domu i zabicie w ten sposób najbliższych.

Przebieg Tragedii

Noc Pożaru

Jest 10 maja 2013 roku. Tuż przed drugą w nocy w domu państwa Perzyńskich, zlokalizowanym w Jastrzębiu-Zdroju, wszyscy już spali. Wieczorem 9 maja Dariusz P. przekazał swoim bliskim, że w nocy będzie pracował w swoim warsztacie, znajdującym się w oddalonych o około 12 kilometrów Pawłowicach, gdzie miał kończyć montowanie elementów kuchni dla klientów. Jak się okazało, było to kłamstwo. Gdy wszyscy spali, mężczyzna przeciął kabel zasilający w salonie i ułożył w tym miejscu martwą, rozkładającą się mysz. Następnie podłożył ogień w pobliżu uszkodzonego kabla, jednak nadpaliła się tylko część dywanu. Dariusz P. podkładał ogień jeszcze w dwóch innych miejscach tego pokoju, nie doszło jednak do rozprzestrzenienia się pożaru na cały budynek.

Szkic domu z zaznaczonymi miejscami podłożenia ognia

Wtedy Dariusz P. zdecydował się zadziałać inaczej. Udał się na piętro, na którym spali jego żona oraz trójka dzieci, i podłożył ogień pod ubrania w szafie znajdującej się na korytarzu. Chwilę później pożar rozprzestrzenił się na górną część korytarza, zaczęły odpadać panele sufitowe. Pojawił się dym, który dotarł do pokojów na piętrze oraz na poddaszu, gdzie spała pozostała dwójka dzieci P. Oskarżony po podłożeniu ognia w salonie i na piętrze wyszedł z domu, zamykając dokładnie drzwi wejściowe. Przed wyjściem przyłożył jeszcze źródło ognia do dwóch polarów (koloru szarego i niebieskiego) wiszących na garderobie przy wejściu i worka wypełnionego plastikowymi butelkami typu PET. Żaluzje w domu były zamknięte i zablokowane w taki sposób, by nie można ich było otworzyć. Duża ilość dymu i słaby dostęp powietrza, z uwagi na praktycznie wszędzie pozamykane okna i zaciągnięte w nich żaluzje, spowodował wypalenie się tlenu, który znajdował się w domu, co doprowadziło do samoczynnego przygaszenia się miejsc, gdzie ogień został przez oskarżonego podłożony.

Akcja Ratunkowa i Ofiary

17-letni Wojciech P. obudził się tuż przed drugą w nocy. Poczuł dym i usłyszał krzyk siostry, Justyny, która wołała: "co się dzieje?". Młodsza siostra piszczała, tak jak zwykle, gdy panikowała. Chłopak nie mógł wyjść z pokoju, bo na korytarzu panowała już za wysoka temperatura. Zadzwonił na numer alarmowy 112, a potem, gdy zgłoszenie o pożarze zostało przyjęte, próbował dodzwonić się do swoich rodziców. Dariusz P. nie odebrał wtedy telefonu od syna. Połączenia nie odebrała też matka nastolatka, Joanna P., najprawdopodobniej już nieprzytomna. Dane ze stacji przekaźnikowych wykazały, że Dariusz P. nie był wtedy w warsztacie, choć właśnie tam powinien był się znajdować.

Straż pożarna przyjechała po kilku minutach. Strażacy wyważyli drzwi wejściowe, a także przystawili drabinę do okna na poddaszu, przy którym znajdował się wołający o pomoc 17-letni Wojciech. Chłopak został uratowany. Dymu było tyle, że - jak wskazał jeden ze strażaków - "nie było widać wyciągniętej ręki". W pokoju obok znaleziono nieprzytomną 18-letnią Justynę. Sprawiała wrażenie, jakby spała i się nie obudziła, jakby pożar zastał ją we śnie. Była reanimowana, jednak lekarz pogotowia ratunkowego stwierdził zgon.

Na parterze ognia praktycznie nie było, a na piętrze pożar niemal już przygasł z powodu braku tlenu. Główne źródło pożaru nie było duże, ale ogień sięgał sufitu. Strażacy dogasili jeszcze m.in. palące się elementy, spadające na dół. Na progu swojego pokoju leżał nieprzytomny 10-letni Marcin. W sypialni znaleziono z kolei żonę Dariusza P., 40-letnią Joannę oraz 4-letnią Agnieszkę. Obie leżały na podłodze. Ślady dłoni na żaluzji wskazywały, że kobieta próbowała ostatkiem sił wypchnąć ją od środka i zapewnić dostęp świeżego powietrza. Agnieszka była przykryta kocem, co było najwyraźniej próbą uchronienia jej przed dymem lub ogniem. W pobliskim pomieszczeniu, również na podłodze, leżała 13-letnia Małgorzata. Dariusz P. oddzwonił do Wojciecha dopiero po kilkudziesięciu minutach od rozpoczęcia akcji gaśniczej. Przyjechał na miejsce, miał na sobie spodnie robocze. Zapytał obecnego na miejscu komendanta "co z jego dziećmi". Biegał między noszami, aż w pewnym momencie złapał się za serce, powiedział, że źle się czuje, i jego także zawieziono do szpitala.

Agnieszka zmarła w karetce. Joanna i Marcin zmarli następnego dnia w szpitalu, a Małgorzata - po kolejnych kilku dniach. U zmarłych Joanny, Justyny, Małgorzaty, Agnieszki i Marcina stwierdzono oparzenia drugiego lub trzeciego stopnia, a także zatrucie tlenkiem węgla, które było przyczyną śmierci ofiar. Tylko 17-letni Wojciech przeżył pożar. Jeszcze tego samego dnia wyszedł ze szpitala.

Zdjęcie miejsca pożaru w Jastrzębiu-Zdroju

Pogrzeb i Obraz Rodziny

Cała piątka spoczęła w jednym grobie na cmentarzu w Jastrzębiu-Zdroju. Żegnali ich członkowie rodziny, mieszkańcy miasta i metropolita katowicki abp Wiktor Skworc. Rodzina P. była stawiana za wzór, była bardzo wierząca i blisko związana z Kościołem. Abp Skworc wspominał zaangażowanie rodziny w życie Kościoła - 10-latek był ministrantem, jego starsze siostry działały w stowarzyszeniu Dzieci Maryi, a rodzice byli związani z ruchem „Światło-Życie”. Joanna P. pracowała w przeszłości jako katechetka, zrezygnowała jednak z pracy zawodowej, by zająć się domem i dziećmi. Dariusz P. produkował meble, wcześniej próbował swoich sił w budowlance. Poza tym był szafarzem w kościele, czyli osobą upoważnioną do udzielania komunii świętej. Uchodził za bardzo religijną osobę.

W reportażu wyemitowanym w "Magazynie Ekspresu Reporterów" w grudniu 2013 roku, Dariusz P. opowiadał o zmarłych bliskich ciepło i z czułością: "Asia urodziła mi pięcioro wspaniałych dzieci. Radosnych, pogodnych, mądrych. Sami żeśmy się w tej rodzinie uświęcali, wzrastali, wzbogacali, było dużo radości. Były też takie głośniejsze dni, kiedy to między rodzeństwem były małe sprzeczki, jak to wśród rodzeństwa, ale było gwarno, było po prostu w domu życie". Wspominał córkę Justynkę, która "skończyłaby w tym roku 18 lat. Była bardzo piękną dziewczyną, wysoką, szczupłą, w tym roku pisałaby maturę". O Gosi mówił, że "była bardzo podobna do mojej żony. Wypisz, wymaluj, dwie krople wody". Marcinek "taką sylwetkę miał konkretną, może po mnie, taki dobrze zbudowany, konkretny chłopak. Bardzo lubił na perkusji grać". A Agusia "nasza najmłodsza, cztery latka by skończyła w lipcu. Trafiła się nam, to był taki nasz cukiereczek".

Śledztwo i Zbieranie Dowodów

Początkowe Oględziny i Podejrzenia

Strażacy początkowo zakładali, że mogło dojść do zwarcia instalacji elektrycznej. Pierwsze oględziny w domu z udziałem policji, straży i prokuratora przeprowadzono już kilka godzin później, rano. Powtarzano je później kilkukrotnie. Dariusz P. w tych oględzinach również uczestniczył, chętnie zabierał głos, odpowiadał na pytania. Wspominał, że jego 17-letni syn interesował się pożarnictwem, co zostało odebrane jako próba zrzucenia odpowiedzialności na nastolatka. W trakcie śledztwa jednoznacznie wykluczono, by Wojciech miał jakikolwiek związek z podpaleniem. Przeszukano też pomieszczenia gospodarcze.

Szybko ustalono, że ktoś celowo w nocy podpalił dom i to aż w sześciu miejscach. Trop zaprowadził do głowy rodziny - Dariusza P.

Kluczowe Dowody

Opinia biegłego z zakresu pożarnictwa jednoznacznie wskazywała na podpalenie. Ogień podłożono w domu w sześciu miejscach. Żaluzje były zamknięte i zablokowane w taki sposób, by nie można ich było otworzyć. Opinia z zakresu mechanoskopii potwierdziła, że w domu nie było śladów włamania. Z innej opinii biegłych, którzy badali logowania telefonu podejrzanego, wynikało, że Dariusz P. - wbrew swym twierdzeniom - w czasie pożaru był w pobliżu domu, a nie w pracy w Pawłowicach. Śledczy mieli pewność, że Dariusz P. nie znajdował się w Pawłowicach w warsztacie, gdyż stacja przekaźnikowa, do której logował się jego telefon, nie objęła tych terenów.

Ważnym elementem śledztwa były również sms-y z pogróżkami, które Dariusz P. pokazywał śledczym, aby skierować śledztwo na fałszywe tory - chodziło o zasugerowanie, że podpalaczem jest inna osoba, która miała mu grozić. Podczas śledztwa znaleziono przy nim telefon, z którego wysyłano te wiadomości. Udało się ustalić, że Dariusz P. używał dwóch telefonów i czterech kart, z których sam do siebie pisał te SMS-y. Ich treść porównywano też m.in. z tekstem wywiadu, którego P. udzielił dziennikarzom. Jednym z fragmentów wiadomości było: "SZKODA, ZE CIE NIE BYŁO W DOMU, MIELIBYŚMY CIE Z GŁOWY. ZNACIE GORYCZ POŻARU SPRZED KILKU LAT, WIEC CHCIELIŚMY WAS TROCHĘ NASTRASZYC, ALE NA DOLE NIC SIE NIE CHCIAŁO PALIĆ, JAKBY KTOS OBOK STAL I GASIŁ. (...) DLA LEKKIEJ ZADYMY PODPALILIŚMY NA PIETRZE JAKIEŚ UBRANIA, ALE ZAPALONE SZMATY PRZEWRÓCIŁY SIĘ I W MOMENCIE SZAFA STANĘŁA W OGNIU. LEDWIE ZESMY UCIEKLI". Dariusz P. przyznał się do utrudniania śledztwa, sam wysyłał sobie SMS-y z pogróżkami.

Grafika przedstawiająca schemat logowania telefonu i zasięgu stacji przekaźnikowej

W śledztwie przeprowadzono sekcję zwłok myszy, którą oskarżony podłożył, by upozorować przypadkowe powstanie pożaru. Chodziło o zasugerowanie, że gryzoń przegryzł kable, doprowadzając do zwarcia. Okazało się jednak, że mysz zdechła wcześniej, niż doszło do pożaru, na skutek urazu mechanicznego. Lekarz weterynarii oszacował, że mysz nie żyła od 3-5 dni. Niezależnie od tego stwierdzono, że kabel został przecięty.

Motywy i Problemy Finansowe

Motywem przestępstwa miała być chęć uzyskania pieniędzy z polis ubezpieczeniowych. Według ustaleń śledztwa Dariusz P. na krótko przed pożarem zawarł szereg umów ubezpieczeń majątkowych i osobistych na wysokie kwoty. W kwietniu, na miesiąc przed tragedią, Joanna P. została ubezpieczona na kwotę 260 tysięcy złotych, a kilka tygodni później jeszcze na dodatkowe 300 tysięcy (umowy zakładały, że w przypadku śmierci w wyniku nieszczęśliwego wypadku kwoty miały być podwojone). Na początku kwietnia ubezpieczył też dom na 300 tysięcy, między innymi od ryzyka pożaru, a także domowe sprzęty na 100 tysięcy złotych. Dariusz P. chciał ubezpieczyć też synów i córki, kontaktował się w tej sprawie z agentem pod koniec marca, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Z domu usunął również wartościowe przedmioty.

Z wiedzy prokuratury wynika, że oskarżony miał poważne długi. Chodziło o znaczne zadłużenie w Urzędzie Skarbowym, a także z tytułu obowiązków alimentacyjnych. Dariusz P. co jakiś czas pożyczał drobne kwoty od swojej matki. Niewiele osób wiedziało, że rodzina borykała się z dużymi problemami finansowymi. Mężczyzna miał także doświadczenie z innymi incydentami, które mogły mieć charakter oszustw ubezpieczeniowych: kilka lat wcześniej miał ulec wypadkowi samochodowemu, w wyniku którego zniknęły firmowe pieniądze, a on sam miał stracić na jakiś czas pamięć. Policja umorzyła wówczas sprawę, twierdząc, że nie ma dowodów na to, że rzeczywiście doszło do przestępstwa. W 2011 roku w domu rodziny P. doszło do pożaru. Szczęśliwie nikogo nie było wtedy w środku. Małżeństwo miało potem kłopoty z uzyskaniem odszkodowania od ubezpieczyciela. Dariusz P. opowiadał potem, że do pożaru przyczyniło się spięcie w domofonie.

Zatrzymanie i Obserwacja Psychiatryczna

W marcu 2014 roku, niemal rok po tragedii, Dariusz P. został zatrzymany i aresztowany, gdy zebrano wystarczającą liczbę dowodów i gdy gotowa była już opinia biegłego z zakresu pożarnictwa. Gliwicka prokuratura zarzuciła mu zabójstwo pięciu osób, a także usiłowanie zabójstwa szóstej - najstarszego syna, Wojciecha, który dzięki akcji ratowniczej ocalał z pożaru. Dla sąsiadów i bliskich rodziny P. było to szokiem.

Zdjęcie sądowe Dariusza P. lub jego portret

Oskarżony nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu czynu. Jego wyjaśnienia były zmienne w toku procesu. Mężczyzna konsekwentnie nie przyznawał się do zabójstwa, choć przyznał, że próbował skierować śledztwo na fałszywe tory (wysyłając sobie SMS-y). Twierdził, że rodzina stanowi dla niego wartość najwyższą, a ewentualne odszkodowanie tylko w niewielkiej części pokryłoby jego długi. Sugerował, że do pożaru mogła przyczynić się lampka od terrarium (zasilana baterią), w którym mieszkał żółw. Dariusz P. podczas przesłuchania przyznał, że sam wysyłał sobie SMS-y z pogróżkami, czyli do utrudniania postępowania. Po zdarzeniu podjął szereg czynności mających na celu odwrócenie podejrzeń od swojej osoby.

Od kwietnia do października 2014 roku Dariusz P. był na obserwacji sądowo-psychiatrycznej w Szpitalu Psychiatrycznym przy Areszcie Śledczym we Wrocławiu. Biegli stwierdzili u oskarżonego cechy osobowości psychopatycznej. Uznano, że w chwili zdarzenia był poczytalny. Mężczyzna próbował przekonać psychiatrów, że słyszy głos wyimaginowanej postaci, że ma halucynacje, niekiedy wymuszał u siebie płacz. Doszli oni jednak do wniosku, że gdyby rzeczywiście u Dariusza P. występowały wszystkie wymienione przez niego objawy, to w praktyce nie byłby w stanie funkcjonować i doszłoby wręcz do chorobowego rozpadu osobowości.

Stwierdzono, że mężczyzna jest egocentrykiem, ma przesadne poczucie własnej wartości, ma "powierzchowny urok osobisty", skłonność do manipulowania swoim wizerunkiem. U Dariusza P. dopatrzono się też braku wyrzutów sumienia, płytkiej uczuciowości, braku empatii, wysokiej skali kłamliwości i wysokiej podatności na społeczną aprobatę. Dariusz P. poczuł się skrzywdzony opinią psychiatryczną, uważał ją za jednostronną i podkreślał, że wcale nie jest egoistą.

Wobec Dariusza P. prowadzone były wcześniej inne sprawy karne o charakterze gospodarczym. Podczas zleconych w ich ramach badań, przeprowadzonych w warunkach ambulatoryjnych, biegli uznali go za niepoczytalnego. Dariusz P. najprawdopodobniej symulował niepoczytalność m.in. czerpiąc wiedzę ze znalezionej u niego w domu książki „Psychiatria kliniczna i pielęgniarstwo psychiatryczne”. W jednym ze swoich listów Dariusz P., relacjonując swoje dolegliwości, opierał się na znajdującym się w tym podręczniku opisie pacjentki ze schizofrenią. Oskarżony podejmował działania, które miały wskazywać, że jest osobą niepoczytalną. W pewnym momencie swoich wyjaśnień wskazywał, że do pewnych działań nakłaniał go nieistniejący Waldi.

Proces i Prawomocny Wyrok

Prokurator przyznał, że proces Dariusza P. będzie poszlakowy, zaznaczając jednak, że ciąg tych poszlak tworzy zamknięty łańcuch tak, że pozostałe wersje (w śledztwie szczegółowo sprawdzone) są nieprawdopodobne. Obecnie nie ma podstaw dla ewentualnego wniosku o wyłączenie jawności procesu. Gliwicka prokuratura nie miała wątpliwości, że to Dariusz P. podłożył ogień w domu, w którym spała jego żona i dzieci. Dowody wskazywały, że oskarżony działał "w zamiarze bezpośrednim pozbawienia życia członków swojej rodziny".

W grudniu 2016 roku w sprawie zapadł pierwszy wyrok. Sąd Okręgowy w Gliwicach (Zamiejscowy Ośrodek w Rybniku) skazał Dariusza P. na dożywocie z możliwością przedterminowego warunkowego zwolnienia najwcześniej po upływie 35 lat. Wliczając areszt, oznacza to 2050 rok, kiedy Dariusz P. będzie zbliżał się do osiemdziesiątki. Sąd zaznaczył, że "zgromadzony materiał dowodowy pozwolił na ustalenie stanu faktycznego, który ponad wszelką wątpliwość wskazywał na sprawstwo oskarżonego i w tym zakresie nie pozostawiał żadnych niedomówień". Sąd ocenił, że "każda inna kara byłaby zbyt łagodna dla człowieka, który nie wahał się skazać na tak okrutną śmierć żonę i swoje dzieci".

Zdjęcie sali sądowej lub symboliczna waga sprawiedliwości

Zdaniem sądu motywem działania oskarżonego była nie tylko chęć uzyskania pieniędzy z odszkodowań, które by mu przysługiwały w chwili uznania, że śmierć żony nastąpiła w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Motywem działania była również chęć uwolnienia się od rodziny. Pieniądze, które uzyskałby z tytułu odszkodowań, byłyby środkiem do korzystania z tej wolności w pełni. Warto przypomnieć, że oskarżony dysponował paszportem, który jako jedyny odnaleziono poza domem. Paszporty innych członków rodziny, w tym Wojciecha, znaleziono w spalonym domu. Ustalenia sądu I instancji zasadniczo podtrzymał później katowicki sąd apelacyjny, który zdecydował, że o warunkowe zwolnienie skazany będzie mógł ubiegać się najwcześniej po 35 latach, czyli wyjdzie na wolność najwcześniej w marcu 2049 roku. Będzie miał wtedy 77 lat. W styczniu 2018 roku Sąd Najwyższy oddalił kasację wniesioną w tej sprawie przez obrońcę skazanego. Tym samym wyrok stał się ostateczny.

Orzeczenie w sprawie niegodności dziedziczenia jest skutkiem powództwa wywiedzionego przez Prokuratora Rejonowego w Jastrzębiu-Zdroju. Zgodnie z art. 928 Kodeksu cywilnego, spadkobierca może być uznany przez sąd za niegodnego m.in. jeżeli dopuścił się umyślnie ciężkiego przestępstwa przeciwko spadkodawcy. Spadkobierca niegodny zostaje wyłączony od dziedziczenia, tak jakby nie dożył otwarcia spadku.

Życie Po Tragedii i Poszukiwanie Związków

Miesiąc po pożarze Dariusz P. poznał kobietę, z którą nawiązywał coraz bliższe kontakty. W okolicach listopada i grudnia dał jej jasno do zrozumienia, że chciałby się z nią związać. Ta jednak nie była zainteresowana. W podobnym okresie Dariusz P. spotykał się z inną znajomą, którą odwiedzał w mieszkaniu i której mówił nawet, że kocha jej dzieci i nie wyklucza, że w przyszłości mogliby być parą. Zdarzało się, że tu u mnie, w mieszkaniu, płakał po jednej stronie stołu, a ja po drugiej, gdy rozmawialiśmy o jego rodzinie - zeznawała kobieta. Pojawiła się też trzecia osoba, którą Dariusz P. poznał podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej w październiku 2013 roku. Po trzech miesiącach oświadczył się jej. Kobieta uznała, że nie może podejmować tak ważnej decyzji na tak krótkim etapie znajomości. Poza tym wydawało jej się to nieprzyzwoite, bo przecież jeszcze trwała żałoba. Odniosła też wrażenie, że pierścionek, który jej wtedy podarował, należał wcześniej do żony lub córki, bo były na nim rysy. Jedna z uczestniczek pielgrzymki wspominała potem, że rodzinną tragedię Dariusz P. tłumaczył w rozmowach "wolą Bożą".

tags: #podpalenie #na #osinskiej #jastrzebie #zdroj