W 2007 roku miejscowość Studzianki, położona w okolicach Białegostoku, doświadczyła dwóch poważnych incydentów związanych z pożarami, które wstrząsnęły lokalną społecznością. Jednym z nich był rozległy pożar na wysypisku śmieci, a drugim tragiczny pożar domu mieszkalnego, w którym zginęły dwie osoby.
Pożar na wysypisku śmieci w Studziankach
Strażacy zmagali się z pożarem na wysypisku śmieci w Studziankach. Pożar wybuchł po południu i objął hałdy śmieci wysokie na 20 metrów, o powierzchni blisko dwóch hektarów. Z ogniem walczyło 40 strażackich zastępów, polewając palące się składowisko wodą. Ogień udało się na tyle opanować, że na hałdy mogły wjechać pierwsze pojazdy, by lać wodę z góry. Tomasz Gierasimiuk z podlaskiej straży pożarnej informował, że gdy ogień jeszcze bardziej przygaśnie, strażacy zamierzają zasypywać składowisko żwirem, który jest już zwożony, by w ten sposób zdusić ostatecznie ogień.
Akcja gaśnicza na wysypisku śmieci w Sulnówku
Wysypisko, na którym wybuchł pożar, jest wykorzystywane przez kilka samorządów i prowadzone przez spółkę, której właścicielem jest związek podbiałostockich gmin: Wasilków, Supraśl, Czarna Białostocka i Dobrzyniewo Duże. W Studziankach znajduje się także inne składowisko odpadów, zlokalizowane przy instalacji do przetwarzania odpadów komunalnych prowadzonej przez prywatną firmę. W ostatnich latach kilkukrotnie doszło tam do dużych pożarów składowanych, sprasowanych odpadów. Ostatni z nich miał miejsce w czerwcu tego roku, kiedy ogień objął około 2 tysiące metrów kwadratowych składowiska. Przyczyna tego pożaru nie jest na razie znana, trwa śledztwo w tej sprawie.
Tragiczny pożar domu mieszkalnego
Starsze małżeństwo zginęło nad ranem w pożarze drewnianego domu w miejscowości Studzianki przy ulicy Supraskiej. Pożar wybuchł około godziny 4 nad ranem i objął drewniany dom oraz dobudowany do niego budynek gospodarski. Strażacy natychmiast rozpoczęli gaszenie wodą. Od sąsiadów dowiedzieli się, że w budynku mogą przebywać ludzie. Ze względu na wielkość pożaru i trudności z zaopatrzeniem wodnym do akcji przyjechały cztery ciężkie samochody gaśnicze. Po opanowaniu ognia i oddymieniu pomieszczeń ratownicy przystąpili do przeszukania budynków. Niestety, potwierdziły się przypuszczenia o przebywających w nim ludziach - znaleziono zwęglone zwłoki dwóch osób.
Pożar w kamienicy przy Pułaskiego 25C
W 2007 roku miała miejsce również inna tragiczna sytuacja - pożar w kamienicy przy ulicy Pułaskiego 25C, w wyniku którego zginęła Monika K., jej dwie córki i nienarodzone dziecko. Monika nie mogła doczekać się poniedziałku 25 czerwca, kiedy miała urodzić swoje trzecie dziecko poprzez cesarskie cięcie. Tydzień przed tą tragedią opuściła szpital i z trudem dźwigała swój brzemienny brzuch na trzecie piętro. Od kilku tygodni wcześnie kładła się spać, by jak najwięcej odpoczywać.
Grażyna Małycha, sąsiadka z podwórka, opowiada, że rozmawiała z Moniką przed wieczorem, a ta skarżyła się na opuchnięte nogi i cieszyła się na to nowe dziecko. W piątek starszej Klaudynce zaczynały się wakacje, a młodsza, trzyletnia Natalia, również nie mogła doczekać się zabaw na podwórku z mamą i nowym maluszkiem.
Przebieg tragedii
Około godziny 19:00 pan Janek, sąsiad z naprzeciwka, zaniepokoił się dziwnym smrodem. Po chwili dym walił już ze wszystkich stron. Monika stała w oknie kuchni na trzecim piętrze i krzyczała, żeby ratować jej dzieci. Ktoś z dołu zawołał, by wyrzuciła je przez okno, w nadziei, że ludzie je złapią. Pan Janek relacjonuje, że wszystko trwało błyskawicznie krótko - może półtorej minuty. Po chwili Monika zachwiała się w oknie, wielki płomień przeleciał po całej chałupie i już nie wyjrzała. Mężczyzna z tatuażem dodaje, że najprawdopodobniej cała rodzina od razu zatruła się czadem, skulając się pod ścianą w oczekiwaniu na pomoc, która nie nadeszła na czas.
Szesnastoletnia Anka, która odwiedzała ciotkę w mieszkaniu obok, widząc ogień zaglądający do ich okien, wyskoczyła z trzeciego piętra. Spadła na beton, doznając licznych urazów kończyn i kręgosłupa. W ciężkim stanie została odwieziona do szpitala w Konstancinie. Zapytana przez dziennikarza, dlaczego skoczyła, odpowiedziała, że wolała umrzeć w ten sposób, niż spalić się żywcem.
Akcja ratunkowa
Nie wiadomo dokładnie, kto pierwszy zadzwonił po pomoc. Ludzie mówią, że to sama Monika zadzwoniła, zanim ogień wdarł się do całego mieszkania. Około godziny 20:00 przy Pułaskiego zaroiło się od strażaków i policjantów. Dojazd wozu strażackiego z drabiną do kamienicy pod numerem 25C przez bramę był niemożliwy ze względu na nisko położony przejazd. Próbowano przecisnąć się koło budynku urzędu pracy, ale przeszkadzał daszek w wąskim gardle przejścia. Pan Janek, znający okolicę, poprowadził strażaków przez podwórka, od strony zakładu Goławskich.
Adam Dziura, rzecznik straży pożarnej w Siedlcach, nie pamięta takiej tragedii. Do gaszenia ognia przy Pułaskiego zmobilizowano wszystkie siły - 13 wozów wspieranych przez jednostkę OSP. Akcja była bardzo trudna nie tylko z powodu niemożności bezpośredniego dojazdu samochodów pod palący się budynek, ale także z powodu braku wody w hydrantach. Trzeba było ciągnąć ją spod budynku Centrum Kultury i Sztuki.

Rzecznik podkreślił, że zarzuty o spóźnionym przyjeździe straży są nieprawdziwe i że robili, co w ich mocy. Problem z dojazdem istniał od lat, co jest specyfiką tej dzielnicy. Nie mogli też podjechać z wozem zaopatrzonym w drabinę, a zanim dotarły podnośniki z zakładu energetycznego i firmy Zeltech, minęło trochę czasu. Drabina, która sięga 37. piętra, chwiała się. Dziura zaznaczył, że akcja uwypukliła mankamenty w planach zagospodarowania przestrzennego miasta i że do wielu punktów w razie pożaru straż nie może dojechać. Po tej akcji wystosowano wniosek do komendanta z apelem o zakup odpowiedniego podnośnika na drabinę.
Reakcja społeczna i hipotezy
Pożar był wydarzeniem na całą okolicę, przyciągając tłumy gapiów. Pani Irena z parteru, którą sąsiad wyciągnął z płonącego mieszkania, dzień w dzień siedzi pod mirabelką na środku podwórka. Opowiada, że leżała w łóżku, gdy zaczęło się palić, a korytarz był już zajęty ogniem. Wspomina Monikę jako porządną i czystą kobietę, której dzieci były super, ładne i grzeczne. Lamentuje nad losem rodziny i prosi miasto o nowe mieszkanie.
Dwa dni po tragedii na forum internetowym jednej z gazet pojawiła się informacja, że przyczyną pożaru był wybuch kuchenki gazowej. Beata Borkowska, rzecznik policji, zdementowała te plotki, informując, że powołano sztab biegłych, którzy drobiazgowo pracują nad sprawą. Pobrano wiele materiałów do szczegółowych ekspertyz. Rodzina Moniki K. nie była znana policji. Męża Moniki K. nie było wtedy w domu; kiedy przybiegł, kamienica stała już w ogniu. Skoczył w ogień, ale strażacy i sanitariusze go odciągnęli i podali zastrzyki uspokajające.
Krystyna Gołąbek, rzecznik prokuratury rejonowej, poinformowała, że najbardziej prawdopodobną przyczyną pożaru było zaprószenie ognia w pomieszczeniu kuchennym, zgodnie z opinią biegłego z zakresu pożarnictwa. Biegły nie wykluczył, że ogień mógł się rozprzestrzenić od strony drzwi, co sugerowałoby podpalenie. Wykluczono natomiast hipotezę zwarcia instalacji elektrycznej. Sekcja zwłok ofiar wykazała, że uległy zaczadzeniu.
Sąsiedzi Moniki wywiesili na drzwiach domów i pobliskich sklepów karteczki z prośbą o pomoc dla poszkodowanych. Ludzie przynosili ubrania, jedzenie i słodycze dla maluchów. Władze miasta natychmiast pojawiły się na miejscu tragedii, podstawiając autobusy dla poszkodowanych. Prezydent miasta spędził całą noc na miejscu, obiecując szybkie znalezienie mieszkań zastępczych dla poszkodowanych.
Opustoszała, osmolona kamienica z rozebranym dachem i szczątkami nadpalonych stropów, rozrzuconymi na trawniku, robiła wrażenie. Okna na parterze były zabite deskami, a tam, skąd Monika wołała o pomoc, ogień wyżłobił czarne dziury. Codziennie wieczorem ludzie zapalali znicze za cztery dusze.