W Gostycynie i jego okolicach miały miejsce tragiczne wydarzenia, które dotknęły lokalną społeczność, w tym środowisko strażackie. Artykuł przedstawia okoliczności śmierci prezesa OSP Gostycyn, Henryka Łożycy, szczegóły wypadku w wykopie kanalizacyjnym, w którym uczestniczyli strażacy z Gostycyna, a także skutki nawałnicy w Wielkiej Kloni, gdzie ranny został strażak zawodowy.
Śmierć Prezesa OSP Gostycyn, Henryka Łożycy
We wtorek 26 stycznia, w godzinach popołudniowych, zmarł Henryk Łożyca, prezes gminnego zarządu OSP Gostycyn. W tym dniu, ubrany na galowo, uczestniczył w zebraniach sprawozdawczych ochotniczych straży pożarnych w gminie Gostycyn. Po takim spotkaniu w Wielkiej Kloni, fiatem punto jechał jeszcze przez Gostycyn ulicą Słoneczną w kierunku Bydgoskiej.
Prawdopodobnie zasłabł za kierownicą, ponieważ bez śladów hamowania wjechał w betonowy płot. Na miejscu zdarzenia natychmiast pojawili się jego koledzy ze straży pożarnej, którzy próbowali go reanimować. Niestety, pomimo podjętych prób, 61-letniego kierowcy nie udało się uratować.
Początkowo mogło się wydawać, że przyczyną śmierci był wypadek samochodowy, jednak wstępne ustalenia wskazywały, że to zasłabnięcie było powodem jego śmierci, a zderzenie z płotem było jej tragiczną konsekwencją. Mężczyzna jechał sam. Przyczyny zdarzenia ustalali miejscowi policjanci pod nadzorem prokuratora.

Tragedia w wykopie kanalizacyjnym: Interwencja OSP Gostycyn
W Gostycynie doszło do kolejnej tragedii, w której dwaj mężczyźni zginęli w wyniku obsunięcia się ziemi w wykopie kanalizacyjnym. Do zdarzenia doszło przy ośrodku zdrowia, za Urzędem Gminy, gdzie mężczyźni - mieszkańcy Bydgoszczy w wieku 47 i 55 lat - wykonywali prace przy budowie instalacji kanalizacyjnej.
Szczegóły wypadku i akcji ratunkowej
Pracownicy pogłębiali wykop w miejscu, gdzie użycie koparki było niemożliwe. W pewnym momencie osunęła się warstwa gliny i piasku, przysypując mężczyzn. Jak relacjonowali świadkowie i służby, „przysypało ich po szyję, jednak na skutek obrażeń wewnętrznych, prawdopodobnie w wyniku zmiażdżenia klatek piersiowych, nie mogli oddychać”.
Na ratunek pospieszyli od razu mieszkańcy, a także wezwano pogotowie ratunkowe i straż pożarną. Krzysztof Łangowski, dowódca Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej PSP w Tucholi, potwierdził: „Przybyliśmy po kilku minutach, razem z nami zespoły medyczne. Dotarliśmy do poszkodowanych, odkopaliśmy i wydostaliśmy ich z miejsca tragedii.” Podjęte próby przywrócenia czynności życiowych przy pomocy nowoczesnego sprzętu, elektrowstrząsów i innych zabiegów, nie przyniosły jednak skutku. Po około 40 minutach akcji ratowniczej stwierdzono zgony mężczyzn.
W akcji ratowniczej udział brały 3 zastępy straży pożarnej: jeden z JRG PSP w Tucholi oraz dwa z OSP Gostycyn, a także dwa zespoły ratownicze i policja. Na miejsce przyleciał również śmigłowiec ratunkowy, lecz jego pomoc nie była już potrzebna.

Wójt gminy Gostycyn, Jacek Czerwiński, dzień po tragedii wyraził swoje przytłoczenie: „Jestem przytłoczony tym, co się stało, nie wiem co powiedzieć.” Mieszkańcy z niedowierzaniem przyglądali się całej sytuacji, komentując: „Zasypało ich? Zginęli na takiej głębokości? Wierzyć się nie chce, że do tego doszło.” Współpracownicy ofiar nie chcieli komentować sytuacji na miejscu wypadku, prosząc o zrozumienie, że to dla nich „wielka tragedia”.
Niezabezpieczony wykop i nieprawidłowości w zatrudnieniu
Kluczowe fakty w sprawie ujawniła Kamila Dzierzyk, rzecznik prasowy tucholskiej komendy policji, potwierdzając: „Wykop nie był zabezpieczony.” Informację tę potwierdził również Krzysztof Łangowski z JRG, dodając: „Ze wstępnych oględzin wyglądało na to, że na górze znajdowała się warstwa gliny, a poniżej warstwa piasku.”
Na miejsce zdarzenia przybył także nadinspektor Grzegorz Łukaszewski z Okręgowego Inspektoratu Państwowej Inspekcji Pracy w Bydgoszczy. Stwierdził on, że miejsce pracy nie było zabezpieczone, a także ujawnił, że „te osoby nie były bezpośrednio zatrudnione, były po prostu wzięte do pomocy”. Nadinspektor Łukaszewski po dokonaniu wstępnego rozeznania i przesłuchaniach świadków oraz współpracowników, skierował do Okręgowego Inspektora Pracy.
Krzysztof Adamski, Okręgowy Inspektor Pracy, zaznaczył, że „prace były wykonywane niezgodnie z przepisami, istniało zagrożenie dla życia człowieka”. Inspekcja Pracy miała 30 dni na przeprowadzenie czynności i ustalenie, czy występował stosunek pracy oraz w jaki sposób poszkodowani znaleźli się w wykopie.
Bezpieczeństwo pracy w wykopie
Skutki nawałnicy w Wielkiej Kloni i wypadek strażaka Krystiana Frelke
Wielką Klonie nawiedziła potężna nawałnica, która spowodowała ogromne zniszczenia i obrażenia. Krystian Frelke z Wielkiej Kloni, zawodowy strażak z bydgoskiej JRG 3, jednostki ratownictwa wysokościowego, uchodzącej za jedną z najlepszych w Polsce, doznał poważnych obrażeń nogi. Blacha z zerwanego dachu rozpłatała mu łydkę.
W Wielkiej Kloni prawie każdy budynek został uszkodzony w wyniku tej, jak to określono, największej nawałnicy w historii tych terenów. Strażacy wciąż poprawiali i wzmacniali tymczasowe zabezpieczenia dachów. Dom rodziny Frelków, liczący ponad wiek i zamieszkiwany przez osiem osób, w tym dzieci z rodziny zastępczej, ucierpiał bardzo poważnie, a mieszkańcy nazywali go „dworkiem” lub „pałacykiem”. Od strony szosy leżały hałdy gruzu.
Mirosław Frelke, ojciec Krystiana, wspominał: „Wtedy, w piątek wieczorem była ładna pogoda. Siedzieliśmy wszyscy na zewnątrz. Zaczęło się błyskać, ale delikatnie, w oddali. Weszliśmy do środka, kiedy zaczęło padać. Około 22 zerwał się potężny wiatr.” Krystian, wychodząc przestawić samochód, zdołał o własnych siłach wrócić do domu, ale rana jego nogi wyglądała „okropnie”.
W związku z trudnościami w dotarciu na miejsce, z powodu zablokowanej drogi do wsi (leżące drzewa i gruz na odcinku półtora kilometra), był problem z dodzwonieniem się na pogotowie i dotarciem karetki. Wiatr zerwał większość dachu z domu, a całkowicie zniszczył dach budynku gospodarczego i chlewu, pozostawiając gołe mury. Pod gruzami zginęło osiem tuczników, a trzy zostały ranne. Rodzina Frelków straciła również magazyn na zboże, dwa samochody i maszynę rolniczą.

Krystian spędził kilka dni w szpitalu. We wtorek do Wielkiej Kloni przyjechali jego koledzy z bydgoskiej jednostki, aby pomóc w porządkowaniu. Gospodarstwo wyglądało, „jakby się przez nie przetoczył wojenny front”. Mimo wsparcia ze strony około 30 osób ze wsi i gminy oraz zasiłku w wysokości 6 tys. zł i najpotrzebniejszych rzeczy, łączna kwota szkód wynosiła 300 tysięcy złotych, a ubezpieczenie pokryło tylko część strat. Najbardziej palącą potrzebą był jednak dostęp do prądu.