Marek Edelman, jeden z przywódców powstania w getcie warszawskim, wybitny kardiolog i działacz opozycyjny, to postać nierozerwalnie związana z tragicznymi wydarzeniami II wojny światowej oraz powojennej historii Polski. Pamięć o nim jest szczególnie pielęgnowana, a jego słowa i czyny stanowią świadectwo wartości człowieczeństwa w obliczu niewyobrażalnego zła. Jak sam mówił: "Nie wiem, co to jest bohaterstwo i przyzwoitość. Każdy robi, co może."

Początki Życia i Działalność Przedwojenna
Marek Edelman urodził się 1 stycznia 1919 roku w Homlu na Białorusi. Po tym, jak bolszewicy rozstrzelali jednego dnia jedenastu braci jego matki, rodzina przeprowadziła się do Warszawy. Rodzice szybko go osierocili: jego ojciec, Natan Feliks, związany z socjalistycznymi rewolucjonistami rosyjskimi (tzw. eserowcami), zmarł około 1924 roku, a dziesięć lat później odeszła jego matka, Cecylia Edelman z domu Percowska, która była działaczką Bundu. Marek Edelman należał do Powszechnego Żydowskiego Związku Robotniczego (Bund).
Marek Edelman w Getcie Warszawskim i Powstaniu
Życie w Getcie i Konspiracja
Kiedy rozpoczęła się II wojenna światowa, Marek Edelman mieszkał w Warszawie w okolicach więzienia Pawiak. Był tuż po skończonym gimnazjum i miał zaledwie 17 lat. Na początku września 1939 roku wyjechał z Warszawy, ale wrócił po miesiącu i zatrudnił się jako goniec w Szpitalu Dziecięcym Bersohnów i Baumanów. W listopadzie 1940 roku jego mieszkanie znalazło się w granicach getta. Pracował jako goniec szpitalny, który przewoził krew do stacji epidemiologiczno-sanitarnej znajdującej się poza murami getta. Posiadał przepustkę uprawniającą do opuszczania dzielnicy zamkniętej, niezbędną do dostarczania kart chorobowych i próbek krwi do Urzędu Higieny. W rzeczywistości ta praca była tylko przykrywką; jego głównym zadaniem była działalność konspiracyjna.

Na Umschlagplatzu Niemcy początkowo dowoziły w pociągach żywność dla mieszkańców getta. Zmieniło się to dwa lata później, kiedy pociąg zaczął jeździć w odwrotną stronę - to wtedy przystąpiono do masowych wywozów ludzi do obozów zagłady, najczęściej do Treblinki. Do wagonów pędzono codziennie około 10 tysięcy Żydów. Jak przekonywał Marek Edelman, mało który z nich zdawał sobie sprawę, że jedzie na śmierć. "Myślę, że nawet na samym miejscu w Treblince jeszcze nie wszyscy sobie z tego zdawali sprawę. Mówili tam ciągle o łaźni, że idą do kąpieli, że po drugiej stronie tej łaźni jest obóz pracy." Wierzyli, że ludzie, którzy są potrzebni do produkcji zbrojeniowej, nie zostaną zniszczeni, a masowa zagłada w Warszawie jest niemożliwa. Edelman opowiadał, że tylko Adam Czerniakow, prezes Judenratu, miał wystarczający autorytet, by reszta ludzi chciała zdać sobie sprawę, że czeka ich zagłada. Sam popełnił samobójstwo, co miało być dowodem na to, że nie będzie uczestniczył w masowym zabijaniu Żydów. Niemcom zależało, by ludzie wierzyli, że nie wszyscy wyjadą z getta. Przez to pokutowały różne przekonania wśród mieszkańców, którzy szukali sposobów na przetrwanie: od zawierania małżeństw po dbanie o wygląd, by nie wyglądać na schorowanych. W rzeczywistości jednak Niemcy nie mieli żadnych reguł, według których selekcjonowali Żydów.
Z Umschlagplatzu udawało się czasem uratować pojedyncze osoby przez zabranie ich do ambulatorium albo szpitala, a następnie wyprowadzano ich ponownie do getta. Była to jednak często walka z wiatrakami, ponieważ wyprowadzony pacjent przy następnej łapance znowu mógł wrócić na plac. "Oni nie sprawdzali niczego, ich to nie interesowało. Przecież wiedzieli, że wszystko i tak idzie dalej, to nie dziś, to jutro. Oni mieli swoje 10 tysięcy dziennie i to im wystarczało" - przekonuje Edelman. Czasem, pomimo tego, w lekarzach i tak żyła obawa, że któregoś dnia Niemcy mogą coś sprawdzić, i aby zagipsować pacjenta, łamali mu na przykład nogę. Uratowanych ludzi były tylko jednostki, trudne do policzenia.
Powstanie w Getcie Warszawskim
W 1942 roku Marek Edelman był wśród założycieli Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB). W tym samym roku powstał tzw. drugi ŻOB z Mordechajem Anielewiczem na czele, a Edelman był jednym z pięciu zastępców Anielewicza. Uczestniczył w powstaniu w warszawskim getcie od 19 kwietnia do 10 maja 1943 roku. Podczas powstania dowodził powstańcami na terenie tzw. szopu szczotkarzy w rejonie ulic: Świętojerskiej, Wałowej i Franciszkańskiej. Po śmierci Mordechaja Anielewicza został ostatnim przywódcą bojowników ŻOB podczas powstańczych walk.
10 maja 1943 roku Marek Edelman wraz z grupą żydowskich bojowników przedostał się kanałami na ulicę Prostą. "W tych warunkach w kanale, wysokim na siedemdziesiąt centymetrów, gdzie nie można się wyprostować, a woda sięga do ust, czekamy 48 godzin na wyjście. Co chwilę ktoś mdleje. Najbardziej męczy pragnienie. Niektórzy piją gęstą, szlamowatą wodę kanału. Sekundy wydają się miesiącami" - wspominał Edelman. Tego dnia około godziny 10:00 rano przed właz na ulicy Prostej, róg Twardej, podjechały dwa ciężarowe samochody, a ukrywający się - na oczach zdumionych gapiów - wyszli z kanału z bronią w ręku. Kazik Ratajzer „Rotem” mówił o nim: "Marek był wspaniałym dowódcą, bardzo zdecydowanym i opanowanym. To jego opanowanie dawało poczucie bezpieczeństwa i oznaczało życie. Miał też inną, wyjątkową zaletę - umiał słuchać i milczeć."

Po Wojnie: Lekarz i Opozycjonista
Udział w Powstaniu Warszawskim i Ukrywanie się
W 1944 roku Edelman wziął udział w Powstaniu Warszawskim jako członek ŻOB w szeregach Armii Ludowej na Starym Mieście, a następnie, po ewakuacji kanałami, na Żoliborzu. Po upadku powstania Marek Edelman wraz z grupą powstańców (m.in. Cywią Lubetkin i kilkoma przyjaciółmi) ukrywał się na Żoliborzu w willi przy ulicy Promyka 43. W połowie listopada, gdy po sześciu tygodniach zabrakło im wody i żywności, zdecydowali się opuścić zburzoną Warszawę. Wywiezieni z miasta przez przyjaciół z AK, trafili do obozu w Pruszkowie, a następnie do szpitala w Boernerowie. Alina Margolis, przyszła żona Marka, wspominała, że transportowanego na noszach Edelmana trzeba było przykryć całkowicie, bo "ze swoim nieszczęsnym żydowskim wyglądem nie nadawał się do pokazania." Kiedy Niemcy podeszli, by unieść koc, jedna z dziewczyn krzyknęła: „Achtung! Fleckfiber” (tyfus plamisty), co sprawiło, że Niemcy odskoczyli. Końca wojny doczekał w podwarszawskim Grodzisku Mazowieckim.
Kariera Medyczna
Po wojnie Marek Edelman osiadł na stałe w Łodzi od 1946 roku, gdzie ożenił się z Aliną Margolis, również lekarką, z którą miał dwoje dzieci: syna Aleksandra i córkę Annę. W 1951 roku ukończył studia na Akademii Medycznej w Łodzi, specjalizując się w kardiologii. Pracę lekarza kardiologa w szpitalu w Łodzi traktował jako sposób na robienie czegoś wbrew naturze - ratowanie życia. W 1966 roku z powodu nagonki antysemickiej został zwolniony z pracy w Szpitalu im. S. Sterlinga, dwa lata później ze szpitala wojskowego, a w 1968 roku z powodów politycznych nie przyjęto jego habilitacji. Podjął pracę w Szpitalu im. Madurowicza, a w 1972 roku został ordynatorem oddziału intensywnej terapii łódzkiego Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala im. Pirogowa. Razem z profesorem Janem Mollem opracował metodę przeprowadzania operacji kardiologicznych w stanie rozległego zawału. W 1971 roku wprowadził w Polsce rewolucyjną metodę leczenia schorzeń sercowych polegającą na połączeniu krążenia żylnego z tętniczym. Dzięki niej uratowano wiele osób, które bez takiej operacji nie przeżyłyby zawału. W maju 2009 roku, czyli niecałe pół roku przed śmiercią, napisał jeszcze pismo zatytułowane „Rady dla pielęgniarek pracujących na oddziałach intensywnej terapii na podstawie własnych doświadczeń”. Zwracał w nim uwagę, że do działań czysto medycznych niezbędne jest okazywanie pacjentowi zainteresowania, serdeczności i bliskości, umożliwiające kontakt fizyczny i bliski kontakt wzrokowy. Był uważany za bardzo dobrego lekarza, który patrzył na całość organizmu, a nie ograniczał się do fragmentarycznej refleksji nad pacjentem. Wiadomo z relacji jego znajomych i pacjentów, że Edelman zawsze wypowiadał się w kierunku pewnego optymizmu medycznego, nie zgadzając się na łatwe rozwiązania i poddawanie się siłom ciążenia rzeczywistości.

Działalność Opozycyjna i Polityczna
Z powodu nastrojów antysemickich w 1968 roku jego żona i dzieci wyjechali z Polski, ale Marek Edelman zdecydował się pozostać. Działalność opozycyjną rozpoczął w połowie lat 70., podejmując współpracę z Komitetem Obrony Robotników (KOR). Od początku lat 80. działał w "Solidarności", m.in. jako członek Zarządu Regionu Ziemia Łódzka. W stanie wojennym był internowany. W latach 80. w Komitecie Obywatelskim przy Lechu Wałęsie przewodniczył Komisji Współpracy z Mniejszościami Narodowymi. W kwietniu 1989 roku był przewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu Obywatelskiego w Łodzi, organizującego kampanię wyborczą do parlamentu. Władze komunistyczne uniemożliwiły mu, zamykając w areszcie domowym, wzięcie udziału w obchodach 50. rocznicy powstania w getcie warszawskim. Po 1990 roku prowadził działalność polityczną w ramach ROAD, a następnie Unii Demokratycznej, Unii Wolności oraz Partii Demokratycznej. Był członkiem Komitetu Budowy Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. W latach 90. XX wieku Edelman angażował się wielokrotnie na arenie międzynarodowej w obronie zagrożonej demokracji, protestował przeciwko zbrodniom ludobójstwa, m.in. w Czeczenii i Kosowie. Aktywny był nadal na arenie krajowej, podejmując z jednoznacznych pobudek moralnych aktualne tematy, np. gdy w Warszawie niszczono buldożerami należące do Romów slumsy.
Filozofia i Rola Strażnika Pamięci
Marek Edelman po wojnie został w Polsce, "żeby być strażnikiem żydowskich grobów", ale nigdy nie wystawiał Polakom rachunków, a Polska pozostała jego ojczyzną. Jak słusznie zauważył Krzysztof Kozłowski, Edelman "sam siebie określał jako strażnika pamięci". Prof. Jan Grosfeld podkreślał, że "ludzkie życie miało dla Marka Edelmana wartość niepodważalną. Nie, Edelman się nie zgadzał na taką śmierć - uważał, że lepiej umrzeć sprzeciwiając się złu, sprzeciwiając się poniżeniu". Stawiał swoje życie na szali, by sprzeciwić się temu, co uznawał za niegodny sposób pozbawiania życia. Podobny sprzeciw był widoczny w jego pracy lekarskiej - chęć ratowania życia nawet wtedy, kiedy był już stary i nie mógł normalnie praktykować. "Życie jest szalenie ważne, uważał Edelman, ale ważne jest też to, jak żyjemy, w jakich warunkach zewnętrznych, ale też wzywał, by żyć w wolności wewnętrznej. Także w wolności do popełniania błędów."
Maciej Zięba O.P. stwierdził, że Marek Edelman "po pierwsze jest świadkiem - to znacznie więcej niż bycie tylko strażnikiem pamięci. Strażnikiem bowiem w pewnym sensie może być każdy." Greckie słowo martyr znaczy i „świadek” i „męczennik”. "Edelman to był martyr - heroiczny świadek straszliwej epoki, wielki bohater najczarniejszych czasów." Udział w powstaniu w getcie i powstaniu warszawskim uwiarygadniał jego późniejszą rolę jako strażnika pamięci, "bo najważniejsze, dające gwarancję autentyczności, jest osobiste, bohaterskie świadectwo." Podczas wystąpienia na uroczystej sesji otwierającej polską prezydencję Task Force for International Cooperation on Holocaust Education, Remembrance and Research w 2005 roku mówił: "Za mną jest nicość, w którą odeszły setki tysięcy ludzi. (...) Mam obowiązek, żeby pamięć o nich nie zaginęła. (...) Nienawiść jest łatwa. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia."
Profesor Jan Hartman zauważył, że Marek Edelman "w szczególny sposób zadaje kłam polskim stereotypom Żyda. Był dla nas - Żydów polskich - postacią szczególną z wielu powodów. Marek Edelman był Żydem walczącym - ludziom na ogół się wydaje, że Żydzi walki unikali. Marek Edelman był na bakier z religią - kiedy ludzie są przekonani, że Żydzi to wyznawcy judaizmu. Marek Edelman nie był syjonistą i nie lubił Izraela - a ludzie myślą, że Izrael jest drugim domem dla każdego Żyda." Podkreślał jego nieustraszoność i to, że "w każdej sytuacji miał własne zdanie i nikogo się nie bał."
Pamięć i Dziedzictwo
W każdą rocznicę wybuchu powstania w getcie, 19 kwietnia, Marek Edelman pamiętał o poległych w walce przyjaciołach i o wszystkich zamordowanych w Holokauście Żydach. Przez pół wieku co roku jeździł do Warszawy, aby stanąć przed Pomnikiem Bohaterów Getta. "Na początku ludzi pamiętających 19 kwietnia o dacie wybuchu powstania było niewielu. Teraz uroczystości pod Pomnikiem Bohaterów Getta i marsz szlakiem najważniejszych miejsc w getcie gromadzi tych, którzy chcą oddać hołd walczącym i zamordowanym."
Edelman jest autorem książek: "Getto walczy. Udział Bundu w obronie getta warszawskiego" (Wydawnictwo CK Bund, Łódź 1945), która w drugim obiegu doczekała się wznowień, oraz "I była miłość w getcie" (spisana przez Paulę Sawicką - wyd. Świat Książki 2009). Jego losy opisała również Hanna Krall w wywiadzie pt. „Zdążyć przed Panem Bogiem”. Okładka najnowszego, trzeciego wydania książki "Edelman. Życie do końca" (wyd. Agora 2009), autorstwa Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki, to świadectwo trwającego zainteresowania jego osobą. Jego pamięć upamiętnia także mural Dariusza Paczkowskiego na ulicy Bonifraterskiej w Warszawie.

Ostatnie Lata i Śmierć
Przez ostatnie dwa lata życia Marek Edelman mieszkał w Warszawie u swojej przyjaciółki, Pauli Sawickiej, która mawiała o nim: "W gruncie rzeczy był nieśmiałym człowiekiem, wcale nie był tupeciarzem." Gdy jego racja zwyciężała, zwykł mawiać o sobie: "Bo ja jestem mądry Żyd." W pewnym momencie zaczął dodawać: "stary, mądry Żyd." Do końca życia tkwił w nim chłopiec - przekorny, zbuntowany i chodzący własnymi drogami. Zmarł w piątkowy wieczór, w szabat, 2 października 2009 roku w Warszawie z powodu niewydolności oddechowej. Jak wspomina jeden z jego przyjaciół, "Odszedł tak, jak sobie życzył. Wśród bliskich." Pochowany został 9 października 2009 roku na Cmentarzu Żydowskim przy ulicy Okopowej w Warszawie.
Marek Edelman został odznaczony m.in.:
- Orderem Orła Białego (17 kwietnia 1998 roku, najwyższe polskie odznaczenie państwowe)
- Francuską Legią Honorową (Komandoria)