Tragiczne zdarzenia strażackie i wyzwania w walce z pożarami w USA

Stany Zjednoczone, ze względu na rozległe tereny leśne i często występujące trudne warunki atmosferyczne, regularnie mierzą się z potężnymi pożarami lasów, które stanowią ogromne wyzwanie dla służb ratunkowych. Historia amerykańskiego pożarnictwa naznaczona jest zarówno heroizmem strażaków, jak i tragicznymi stratami. 30 czerwca 2013 roku zapisał się jako jeden z najtragiczniejszych dni w historii amerykańskich służb pożarniczych od czasu zamachów z 11 września 2001 roku.

Pożar Yarnell Hill i tragedia Granite Mountain Hotshots (2013)

Elitarne jednostki strażackie w USA

W walce z rozległymi pożarami lasów w USA kluczową rolę odgrywają specjalistyczne jednostki. Spośród wielu załóg strażackich jednymi z najlepszych są załogi Hotshots. Są to dwudziestoosobowe grupy strażaków, specjalizujące się w gaszeniu pożarów lasów i na bezdrożach (wildland fires). Ich zadaniem jest dotarcie na front pożaru drogą lądową lub przez desant z helikoptera, a następnie wykonanie pasa przeciwpożarowego. Obejmuje to przecinanie drzewostanu, usuwanie traw, krzewów i wszelkiego palnego materiału, tworząc w ten sposób barierę dla ognia. Ich liczący 20 kg ekwipunek nie zawiera wody do gaszenia, lecz specjalne motyki, kilofy, łopaty i siekiery, którymi usuwają materiał palny z ziemi, a także pilarki do drewna wraz z osprzętem i paliwem.

Obecnie na terenie USA działa około 110 takich ekip, większość zatrudnionych przez Służbę Leśną (US Forest Service).

zdjęcie zespołu Hotshots w akcji gaśniczej

Hotshotsów nie należy mylić z innym elitarnym oddziałem - Smokejumpersami, których zadania polegają na błyskawicznym przemieszczeniu się samolotem w pobliże pożaru, skoku ze spadochronem i podjęciu próby ugaszenia lub ograniczenia rozprzestrzeniania się pożaru.

Drużyny takie jak Hotshots i Smokejumpers były odpowiedzią na konkretne potrzeby. Liczne wielkopowierzchniowe pożary lasów angażowały zbyt duże siły lokalnych departamentów straży pożarnej, które musiały przecież reagować na typowe wezwania, jak wypadki, zdarzenia medyczne i pożary budynków. Podstawowe załogi służby leśnej gasiły pożary blisko dróg, zabezpieczały obrzeża lasów, czyszcząc tereny z palnego materiału i edukowały mieszkańców, jak przygotować swoje posesje na nadciągający ogień. Do tego dochodziło tworzenie pasów przeciwpożarowych w pobliżu miast i ważnych obiektów. W najbardziej niebezpieczne miejsca, by operować w bezpośredniej bliskości frontu pożaru, mogą być rzucane tylko certyfikowane jednostki. Takie grupy muszą być gotowe do przemieszczania się wiele mil między odcinkami bojowymi, a także do prowadzenia kilkudniowych działań, z nocowaniem w lesie włącznie.

Zespół Granite Mountain Hotshots

Ekipa Granite Mountain Hotshots z Prescott była uznawana za jedną z najlepszych. Zespół tworzyli zarówno strażacy doświadczeni, jak i nowicjusze - tylko sześciu z nich było zawodowymi strażakami, resztę stanowili pracownicy zatrudniani sezonowo (jak większość tego typu strażaków-leśników w kraju). Tym, co ich wyróżniało, był hart ducha i ciała. Najstarszym z nich (43 lata) był kierownik i założyciel zespołu Eric Marsh. Człowiek ambitny, o trudnej przeszłości, który w całości poświęcił się swojej jednostce i sprawie. Rekrutował ludzi o silnym charakterze, szkolił ich, nieustannie ćwiczył i dbał o wytrzymałość fizyczną.

Grupa została założona w 2002 roku jako podstawowa jednostka leśna (Handcrew Type III). Dwa lata później byli już ekipą pomocniczą (Type II), ale nie spoczęli na laurach. Marsh nie chciał jedynie czekać na kolejne zgłoszenia i nieustannie trenował swoich podwładnych. Wysiłek się opłacił. W 2008 roku, po 4 latach intensywnych treningów i działań gaśniczych na poziomie podstawowym, ekipa z Prescott uzyskała najwyższą certyfikację i tytuł Hotshotsów. Wiosną 2013 roku Eric Marsh wygłosił manifest do mieszkańców o pracy swojego zespołu: „Dlaczego chcemy być tak bardzo poza domem, pracować wiele godzin, ryzykować życie i spać na gołej ziemi przez 100 nocy w roku? Po prostu jest to najbardziej satysfakcjonująca rzecz, którą kiedykolwiek robiliśmy w życiu”.

Przebieg pożaru Yarnell Hill

Lato 2013 roku nie oszczędzało mieszkańców Arizony. Temperatura powietrza w ciągu dnia sięgała 40°C. Długotrwała susza i piekące słońce przygotowały mnóstwo wyschniętego, organicznego paliwa, wyciskając wilgoć z drzew, krzaków i gałęzi. Co gorsza, materiał ten gromadził się od prawie 45 lat, kiedy wystąpił tu ostatni wielki pożar. Rokrocznie strażacy obserwowali też, jak wydłuża się sezon pożarowy - susza zaczynała się wcześniej i była coraz bardziej uciążliwa. Okolice nawiedzały często letnie burze z piorunami i to właśnie jedna z nich była przyczyną pożaru.

W piątek 28 czerwca około 17:40 piorun uderzył w szczyt wzgórza w pobliżu Yarnell, małego pogórniczego miasteczka na południowy zachód od Prescott. Gdy pierwsze zgłoszenie o słupie dymu dotarło do władz, wysłano samolot zwiadowczy w celu potwierdzenia zdarzenia. Pilot zauważył jednak wytwarzający niewielkie ilości dymu, dopalający się pożar o powierzchni mniejszej niż pół hektara. Z uwagi na niedostępność terenu, niewielkie rozmiary, brak obiektów zagrożonych i nadchodzącą noc odstąpiono od działań.

Nad ranem następnego dnia ogień obejmował już prawie hektar. Dowodzący ze służby leśnej opracowywali plan natarcia na pożar - szybko wysłali załogi strażaków z okolicznych miejscowości oraz małe samoloty gaśnicze. Ogień zajmował wysuszone tereny pełne organicznego paliwa i szybko rozrósł się do powierzchni 40 ha. Władze zdecydowały się wysłać duże samoloty gaśnicze i zmobilizować kolejne zespoły. Dokonano również serii zrzutów wody ze środkiem inhibicyjnym (retardant drop) w celu odgrodzenia pożaru od miasta. Ponadto ustalono trzy punkty krytyczne: jeśli ogień osiągnie pierwszy punkt - należy ewakuować Yarnell; drugi - wszystkie ekipy strażackie ze wzgórza; trzeci (najgorszy wariant) - ogień strawi Yarnell i konieczne będzie wycofanie wszystkich sił również stamtąd. Lokalna policja przygotowywała mieszkańców do ewakuacji, ale działania gaśnicze szły dobrze i ogień został opanowany. Do czasu. Popołudniu, około 16:00, wzmógł się wiatr. Ogień przeskoczył przez linie obrony i zaczął się gwałtownie rozszerzać, podpalając kolejne powierzchnie.

mapa obszaru pożaru Yarnell Hill z zaznaczonymi punktami krytycznymi

Ostatnie chwile Granite Mountain Hotshots

Załoga Granite Mountain dotarła na miejsce 30 czerwca o 8:00 z zadaniem przygotowania tzw. punktu zakotwiczenia na wzgórzu po południowo-zachodniej stronie pożaru i wykonania pasa bezpieczeństwa na wschód. Ekipa wystawiła osobę, która miała monitorować pogodę i zachowanie pożaru, a w razie niebezpieczeństwa ostrzec pracujące zespoły. Jako obserwatora wyznaczono Brendona McDonougha - najmłodszego członka zespołu, a jako punkt skałę około kilometra na wschód od ich pozycji. W tym czasie ogień rozprzestrzeniał się głównie na północny wschód, zagrażając miejscowościom Model Creek i Peeples Valley.

Załoga miała ustalone ścieżki ewakuacyjne, a także dwie strefy bezpieczne - jedną na ranczu Boulder Springs (wokół tego miejsca wykarczowano zawczasu wszystkie drzewa i trawę), drugą zaś stanowił obszar na zachodnim wzgórzu, gdzie pożar już się wcześniej wypalił.

Odbudowa po pożarze Yarnell

Około 15:50 warunki meteorologiczne gwałtownie się pogorszyły. Nad las naciągnęła silna burza - wiatr znacznie wezbrał na sile i zmienił kierunek na południowy wschód - prosto na Yarnell. Pożar szybko osiągnął pierwszy punkt krytyczny. Większość sił wycofywano już do ochrony miast. Jedynie Granite Mountain zostali na swojej pozycji. McDonough zameldował gwałtowną zmianę i konieczność swojej ewakuacji - ogień w szybkim tempie zmierzał w jego stronę. Nie było mowy, żeby dołączył do zespołu. Brendan uciekał pieszo w kierunku miasta. Szczęśliwie dla niego został znaleziony przez kierownika innego zespołu Hotshots, który nasłuchiwał korespondencji i wyruszył mu samochodem na ratunek. Wraz ze swoją grupą Blue Ridge Hotshots chciał jeszcze dotrzeć samochodami do zespołu Marsha, ale warunki pożarowe zmusiły ich do odwrotu do miasta.

Pierwotnym zadaniem Granite Mountain było przeciągnięcie pasa bezpieczeństwa od zachodu. Gdy pożar zmienił kierunek i obszedł ich pozycję, nie miało to już sensu. Byli też obecnie jedyną ekipą pracującą w pobliżu frontu. O 15:55 jeden z członków załogi GM wysłał wiadomość do rodziny: „Ogień kieruje się w stronę Yarnell!”. Krótko po tym, jak kierownik Blue Ridge zabrał McDonougha, Marsh zgłosił przez radio do dowodzącego służby leśnej: „… zamierzamy dotrzeć do naszej ścieżki ewakuacyjnej”. W odpowiedzi usłyszał: „Jesteście na czarnym, tak?”, „Tak… przedzieramy się przez czarne. Idziemy prosto do rancza”. Dowodzący dopytywał, starał się upewnić, gdzie dokładnie są. Później Marsh jeszcze potwierdził: „Schodzimy ścieżką ewakuacyjną do strefy bezpiecznej”. „Czy wszystko dobrze?”.

Około 16:20 dotarli do miejsca, gdzie zaczynał się kanion. Od tego momentu kolejne decyzje GM miały kluczowe znaczenie. Mogli pozostać w bezpiecznej strefie na wzgórzu, wycofać się do autostrady na południowym zachodzie albo wędrować na północ na czarne. Z pewnością jednak zobaczyli skrót prowadzący do rancza przez kanion, bo ostatecznie zdecydowali się zejść nim w jego kierunku. Ścieżkę otaczały wysokie skaliste ściany porośnięte krzakami. Po około 10 minutach schodzenia doszło do kolejnej gwałtownej zmiany pogody. Nadchodząca od północy burza wywołała silne podmuchy wiatru, do 80 km/h, które spotęgowały rozwój pożaru i raptownie pchnęły masy powietrza na południe. Wysokość płomieni podwoiła się, prędkość rozprzestrzeniania na froncie potroiła. Ogień sięgnął trzeciego punktu krytycznego. Kolejne 10 minut później pożar pochłaniał budynki wspólnoty religijnej Glean Ilah i docierał do bezpiecznej strefy na ranczu.

Ludzie z załogi Marsha zorientowali się, że są w pułapce. Zza północnego zbocza kanionu i przed nimi zaczął wydobywać się gęsty dym przesuwający się w ich kierunku. Chwilę później z tych samych miejsc wyłoniły się płomienie, a silny wiatr spychał je w dół wąwozu, podpalając wszystko na swej drodze. Nie mając żadnej drogi ucieczki, Marsh wydał rozkaz przygotowania się do rozłożenia osłon przeciwogniowych (fire shelters). To specjalne namioty z niepalnego brezentu, stosowane jako ostateczna deska ratunku w skrajnych warunkach, gdy szansa na przeżycie wynosi zaledwie 50 procent. Około 16:40 nadał swój ostatni dramatyczny komunikat radiowy do jednostek powietrznych: „Uwaga Arizona 16, tu Granite Mountain Hotshots, jesteśmy przed frontem pożaru”. A później: „Nasza ścieżka ewakuacyjna została odcięta”. W trakcie nadawania komunikatu w tle słychać było pracujące pilarki. Załoga w ciągu kilkudziesięciu sekund musiała wykonać to, co ćwiczyli przez lata: oczyścić teren z palnych materiałów, odrzucić daleko plecaki, piły, zbiorniki z paliwem - wszystko, co mogło się przy nich zapalić, a następnie schować się pod niepalnymi płachtami. Mając przed sobą płomienie o temperaturze 1000°C, wysokości kilkunastu metrów i na prawie kilometr wysoką kolumnę dymu, do końca trzymali się razem, rozkładając osłony - ich ostatnią deskę ratunku.

Kierownicy załóg nawoływali Marsha i jego ludzi przez radio. Na próżno. Piloci samolotów próbowali zrobić zrzut wody na ich pozycję, ale nie udało się to z powodu gęstego dymu i słabej widoczności. Do odnalezienia zaginionych Hotshotsów została wyznaczona załoga helikoptera z medykiem na pokładzie. Gdy front pożaru przesunął się dalej na południe, załodze udało się dostrzec to miejsce. Ratownik zastał kompletnie wypalony wąwóz, spalony porozrzucany sprzęt i kilkanaście zniszczonych osłon przeciwogniowych. W sumie śmierć poniosło dziewiętnastu z dwudziestu członków elitarnej strażackiej załogi Granite Mountain Hotshots.

zdjęcie zniszczonych osłon przeciwogniowych po tragedii

Śledztwo i konsekwencje

Po kilku dniach od tragedii powołano zespół złożony ze specjalistów ds. bezpieczeństwa oraz ekspertów w dziedzinie pożarów lasów. Ich zadaniem było zrozumienie, co zaszło na miejscu zdarzenia, tak by móc zapobiec podobnym incydentom w przyszłości. Po trzech miesiącach śledztwa Departament Lasów w Arizonie upublicznił raport, w którym nie stwierdzono, aby do tragedii przyczyniły się niedbałość lub brawura strażaków. Przyznano za to, że podczas akcji pojawiły się liczne problemy z łącznością i precyzyjnym określaniem lokalizacji pracujących ekip. Sąd w USA ukarał Służbę Leśną wypłatą odszkodowań dla rodzin strażaków. W następstwie tych wydarzeń systemy GPS wprowadzono jako standardowe wyposażenie ekip gaśniczych.

Odtworzono krok po kroku prawdopodobny przebieg zdarzeń. Granite Mountain komunikowali przez radio, że wycofują się wzdłuż szlaku, jednak nie były to precyzyjne informacje. Pozostałe ekipy i dowodzący spodziewali się, że GM cały czas poruszają się wzdłuż wzgórza, przy drodze. Jedno z nagrań korespondencji ujawniło rozmowę między nimi: „Słyszałem o załodze w strefie bezpiecznej, czy mam zrobić przerwę w nalotach?”, „Nie, oni są w dobrym miejscu. Są bezpieczni i to przecież Granite Mountain”.

Punktem zwrotnym było dotarcie do kanionu. Z tego miejsca strefa bezpieczna na ranczu w Boulder Springs wydawała się wręcz na wyciągnięcie ręki. Tak naprawdę była kilometr od nich, a trasa naokoło, którą mieli się pierwotnie udać, była dwukrotnie dłuższa. Mając na uwadze fakt, że ich dotychczasowe wysiłki na niewiele się zdały, prawdopodobne jest, że skoro ogień i tak przemieszczał się do Yarnell, chcieli stanąć na jego drodze i podjąć walkę od strony bezpiecznego rancza. Ponadto, kiedy ekipa Marsha zaczęła schodzić w dół kanionu, wiatr ciągle wiał w kierunku północno-wschodnim, a południowa linia pożaru była jeszcze daleko od kanionu.

Po tragedii pojawiło się jednak wiele głosów, że Marsh złamał podstawowe zasady bezpieczeństwa wpajane strażakom od pokoleń - szczególnie punkty mówiące o utracie pożaru z pola widzenia i braku obserwatorów. Na tamtą chwilę i w tamtych okolicznościach decyzje te wydawały mu się jednak słuszne. Być może była to jedyna szansa, by zatrzymać ogień i obronić Yarnell. Nagła zmiana warunków pogodowych i szalejący żywioł zaprzepaściły jednak ich starania.

Bilans pożaru Yarnell Hill

W akcji gaszenia pożaru na wzgórzach przy Yarnell brało udział ponad 400 strażaków. W jego wyniku spłonęło ponad 200 domów w kilku miejscowościach i szacunkowo 3400 hektarów lasów. Łącznie ewakuowano około 1000 mieszkańców. Pożar, który pierwotnie „miał małe szanse na rozprzestrzenianie się”, został ugaszony ostatecznie dopiero 10 lipca, po prawie dwóch tygodniach.

Inne znaczące incydenty pożarowe w USA

Wielkopowierzchniowe pożary na południowym wschodzie USA

Poza tragicznym wydarzeniem w Arizonie, Stany Zjednoczone regularnie doświadczają potężnych pożarów. Ponad 150 pożarów objęło południowo-wschodnie USA, głównie Florydę i Georgię. W walce z żywiołem zginął strażak, a zniszczono ponad 120 domów. Trwa ewakuacja mieszkańców z obszarów zagrożonych przez ogień - informują amerykańskie media.

W południowo-wschodniej Georgii dwa duże pożary spowodowały największe zniszczenia, ewakuowano setki mieszkańców. Jeden z pożarów objął teren około 12 950 hektarów, czyli obszar ponad dwukrotnie większy niż Manhattan. Drugi żywioł, w hrabstwie Brantley, rozprzestrzenił się na około 2 070 hektarów i został opanowany jedynie w 15 proc.

Gubernator Georgii Brian Kemp ocenił, że skala zniszczeń może okazać się największa w historii stanu. Przyznał: „Nie ma sposobu, by zatrzymać ten pożar”. W jego opinii, w obecnych warunkach atmosferycznych strażacy mogą jedynie ograniczać jego rozprzestrzenianie i liczyć na nadejście deszczu. Według dziennika „USA Today”, w całym regionie odnotowano co najmniej 20 dużych, nieopanowanych pożarów, a tylko w ciągu jednej doby pojawiło się 90 nowych ognisk. Gazeta podkreśliła, że służby ratunkowe pracują w ekstremalnie trudnych warunkach, priorytetowo traktując zabezpieczenie korytarzy ewakuacyjnych dla ludności cywilnej.

płonący las w Georgii z widocznym dymem

Największy pożar w Georgii - Pineland Road Fire - objął ponad 12 550 hektarów i został opanowany w zaledwie 10 proc., podczas gdy inny, Highway 82 Fire, spalił ponad 2 000 hektarów. Lokalny urzędnik Joey Cason ostrzegał: „To wciąż dynamiczna sytuacja pożarowa” i apelował do mieszkańców o natychmiastowe podporządkowanie się nakazom ewakuacji i opuszczenie zagrożonych terenów.

Na Florydzie w piątek płonęły co najmniej 134 pożary na obszarze ponad 10 500 hektarów. Ogień zmusił władze do zamykania kluczowych dróg i wydawania ostrzeżeń dotyczących jakości powietrza, ponieważ dym przemieszcza się setki kilometrów od źródeł ognia. Eksperci wskazują, że za skalę katastrofy odpowiadają dotkliwa susza, silny wiatr oraz martwe drzewa powalone wcześniej przez huragan Helene, które stanowią doskonałe paliwo dla płomieni.

W północnej Florydzie podczas akcji gaśniczej zmarł ochotniczy strażak James "Kevin" Crews. Jak poinformował dziennik „Los Angeles Times”, przyczyną śmierci był nagły problem medyczny, który wystąpił w trakcie działań operacyjnych. Szef miejscowej straży Jerry Johnson, na którego powołał się „Los Angeles Times”, powiedział: „Kevin był uosobieniem odwagi i poświęcenia. Jego ofiara nigdy nie zostanie zapomniana”.

strażacy walczący z płomieniami w gęstym dymie

Śmiertelny atak na strażaków w Idaho

Tragedie strażackie nie zawsze są związane wyłącznie z samym żywiołem ognia. Dwóch strażaków zginęło, a jeden został ciężko ranny w wyniku strzelaniny w stanie Idaho w USA. Biuro szeryfa hrabstwa Kootenai, które znajduje się na północy stanu, poinformowało, że strażacy zareagowali na pożar lasu w Canfield Mountain. Na miejsce przybyli w niedzielę ok. godz. 13:30. Lokalna policja poinformowała, że odnaleziono ciało mężczyzny, który prawdopodobnie jest odpowiedzialny za zdarzenie. W poniedziałek poinformowano, że znaleziono zwłoki mężczyzny, który prawdopodobnie był odpowiedzialny za strzelaninę. Nie podano, kim był napastnik, ani jaką broń znaleziono przy jego zwłokach. Incydent ten był „ohydnym, bezpośrednim atakiem na naszych dzielnych strażaków”.

tags: #zdarzenia #strazackie #w #usa