24 listopada 1994 roku, o godzinie 21:00, Gdańsk oraz całą Polskę obiegła porażająca wiadomość: wybuchł pożar w hali Stoczni Gdańskiej przy ulicy Jana z Kolna, gdzie koncertował zespół Golden Life. W tamtym chwilowym momencie nikt nie zdawał sobie sprawy, jak wielki dramat rozegrał się tego wieczoru. To miało być zwykłe wydarzenie muzyczne, które zgromadziło około 2 tysięcy osób, głównie młodzieży w wieku 13-20 lat. W wyniku tragedii życie straciło siedem osób, a blisko trzysta zostało rannych.

Geneza i przebieg wydarzeń
Koncert i początek tragedii
Hala Widowiskowo-Sportowa przy ul. Jana z Kolna w Gdańsku, otwarta 1 maja 1956 roku, była historycznym miejscem, gdzie przemawiał m.in. I sekretarz PZPR Władysław Gomułka i śpiewały takie gwiazdy jak Charles Aznavour, Joséphine Baker, Marlena Dietrich czy Jan Kiepura. Mogła pomieścić 3 tys. osób, a przy okazji meczów bokserskich bywało ich tam nawet o tysiąc więcej.
W 1994 roku w hali zorganizowano finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a 24 listopada tego samego roku zaplanowano koncert rockowej grupy Golden Life, połączony z transmisją z rozdania nagród MTV w Berlinie. Organizacją imprezy zajęła się Agencja Reklamy FM. Koncert rozpoczął się o godzinie 20:00. Zespół promował najnowszą płytę "Natura" i wykonywał m.in. utwór "Skrzydła" z tekstem kończącym się słowami: "jeśli tylko w twojej krwi będzie płonął ogień". Lider Golden Life, Adam Wolski, wspominał, że te słowa były wykrzyczane siedem czy osiem razy na koniec utworu, a do uczestników imprezy powiedział: "Fajnie, że jesteście. Tego koncertu nie zapomnicie do końca życia".
Chwilę po zejściu zespołu ze sceny, jedną ze znajdujących się w głębi hali drewnianych trybun zaczęły pochłaniać płomienie. Publiczność początkowo była przekonana, że to efekty pirotechniczne, jakaś dodatkowa atrakcja lub pokaz sztucznego ognia. Kilku z 33 zatrudnionych przy koncercie ochroniarzy próbowało ugasić ogień w zarodku, jednak bez skutku. Ogień szybko się rozprzestrzenił, zajmując kurtyny i drewniany sufit, co wywołało panikę.
Panika i ewakuacja
W hali zgasło światło, a temperatura wewnątrz osiągnęła niewyobrażalne 1000 stopni Celsjusza. Ludzie rzucili się do wyjść ewakuacyjnych, wzajemnie się depcząc. Nie pomogły uspokajające apele spikerki. Ludzie biegiem ruszyli w stronę jedynego znanego im wyjścia - głównego. Dwa z pięciu wyjść ewakuacyjnych były zamknięte, a wąskie chodniki dodatkowo utrudniały ewakuację. Główne wejście szybko się zatamowało.
W tej krwawej ucieczce zginęła pierwsza ofiara - 13-letnia Dominika Powszuk, stratowana przez tłum. Chwilę później zginął Wojciech Klawinowski, operator telewizji Sky Orunia, który wracał do hali po sprzęt i zginął pod ciężarem stropowej belki. Jego ciało zostało zidentyfikowane dopiero w pierwszej połowie grudnia, na podstawie badań DNA.
Akcja wyprowadzenia z budynku uczestników imprezy trwała około 20 minut. Strażacy, z trudem przecinający kraty, z których wystawały dziesiątki rąk, wynosili poszkodowanych na zewnątrz. Strażak Maciej Białous relacjonował: „To był prawdziwy horror, ludzie deptali po ludziach. Na podłodze widzieliśmy dywan z ciał. Po tym dywanie w panice uciekali najsilniejsi. Czegoś takiego nie widziałem nawet na filmach”.
Po godzinie 21:00 doszło do potężnej eksplozji, a kilka minut później zawalił się dach hali. Akcja ratunkowa zakończyła się następnego dnia rano. Akcję ratunkową utrudniała sąsiadująca z halą linia tramwajowa.

Świadectwa ocalałych
Relacja Anny Golędzinowskiej
Wśród uczestników koncertu była ówczesna 16-letnia Anna Golędzinowska, obecnie radna miasta Gdańska. Jak wspominała, na początku myślała, że to pokaz pirotechniczny, ale bardzo szybko poczuła, że sytuacja jest poważna, a ogień zaczął rozprzestrzeniać się po drewnianym wnętrzu. Tłum gęstniał, ludzie napierali na siebie, a inne wyjścia z budynku były zamknięte. Ogień i dym podążały w kierunku wyjścia, potęgując grozę sytuacji.
Anna Golędzinowska, będąc po przeciwległej stronie sali, dość daleko od wyjścia, miała absurdalną myśl o płaszczu zostawionym na trybunach, ale szybko zdała sobie sprawę, że musi uciekać jak najszybciej. Udało jej się stłoczyć w przedsionku, gdzie komuś udało się zamknąć drzwi, które oddzielały ich od głównej sali. „W tym momencie zawalił się dach. Gdyby on się zawalił kilkanaście minut wcześniej, byłoby po nas. Gdyby on się nie zawalił, również byłoby po nas. Bo dzięki temu, że dach się zawalił, ogień zaczął rozchodzić się w górę, a przestał bezpośrednio smagać nas po głowach i rękach wewnątrz przedsionka” - relacjonowała.
Po wydostaniu się z hali Anna Golędzinowska trafiła do szpitala. Miała poparzone ręce (co było dość powszechne, gdyż ludzie chronili się nimi), twarz, szyję i trochę również nogi. Łącznie około 30 procent jej ciała było poparzonych, a w przypadku rąk potrzebne były przeszczepy skóry. Lekarze wyjaśnili jej, że szansa na wyleczenie zależała od ukrwienia danej części ciała. To było chwilę przed jej 16. urodzinami, które niestety spędzała w szpitalu.
Wspomnienia Anety Zieland
Podobne doświadczenia miała Aneta Zieland, która również w listopadzie 1994 roku miała 16 lat. Wygrała bilet w konkursie Radia Plus, marząc o zobaczeniu rozdania nagród MTV. Stała w pierwszym rzędzie, chcąc być blisko ekranu i ukochanej Roxette. Jak wspominała, kiedy płomień wchodził pod sufit, zaczęła uciekać. „Niesiona z tłumem dotarłam do krat przy wyjściu i wtedy ognisty podmuch po nas przeleciał. Leżałam razem z innymi na ziemi, przy drzwiach” - relacjonowała. Została wyciągnięta przez pana z gdańskiej telewizji i przewieziona radiowozem na pogotowie, a następnie do szpitala. Po wyjściu z hali spotkała koleżankę, która na jej widok powiedziała: „Aniu... twoja twarz”, co było kolejnym sygnałem, że sytuacja jest poważna.
Aneta Zieland, podobnie jak wiele innych ofiar, doświadczyła "psychicznej śmierci", jak to opisali eksperci. „Wycieńczenie w tym momencie było już tak silne, że ledwo trzymałam się na nogach. Bałam się, że jeśli się osunę to tłum po mnie przejdzie” - zwierzyła się po latach.
Wielka hala spłonęła w 16 minut! | Największe polskie katastrofy
Skutki tragedii i rehabilitacja
Obrażenia i długotrwałe leczenie
Wskutek pożaru rannych zostało ponad 300 osób. Do Szpitala Akademii Medycznej w Gdańsku trafiło około 80 osób, gdzie zmarło pięć z powodu poparzeń. Dodatkowe 24 osoby przetransportowano helikopterami do Specjalistycznego Szpitala Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Anna Golędzinowska po kilku dniach leżenia w Gdańsku została przewieziona do Siemianowic Śląskich. Jej pobyt w szpitalu trwał około półtora miesiąca, z krótką przepustką na Święta. Rehabilitacja w trybie codziennym trwała około półtora roku.
Aneta Zieland również trafiła do Siemianowic Śląskich, gdzie uratowano jej ręce przed amputacją. Miała przeszczepy na dłoniach i powyżej. Prawa ręka jest dziś prawie w 100 procentach sprawna, jednak na lewej ma usztywnione stawy.
Wsparcie psychologiczne i powrót do normalności
Finał procesu sądowego nie zakończył traumy uczestników koncertu. Po wyjściu ze szpitali poszkodowanych czekała długa rehabilitacja, kolejne zabiegi chirurgiczne i często trwałe kalectwo. Oddzielnym, trudnym rozdziałem były rany psychiczne. Anna Golędzinowska wspominała, że w Gdańsku mieli okazję poznać psychologa Bogusława Borysa, obecnie profesora, który organizował spotkania, gdzie mogli swobodnie mówić o swoich obawach i lękach. Profesor Borys porównywał ich sytuację do nauki języka obcego, mówiąc, że większość ma zespół stresu pourazowego i to naturalna reakcja organizmu. Rozmowy te nie obiecywały stuprocentowego powrotu do stanu sprzed pożaru, ale dawały nadzieję i pozwalały na stawianie sobie celów w życiu.
Poszkodowani byli w trudnym wieku - koniec szkoły podstawowej lub liceum - kiedy naiwnie marzy się o nowym, dorosłym życiu. Pożar był dla nich brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Anna Golędzinowska, dzięki pomocy kolegów i nauczycieli, zdołała podtrzymać rok szkolny, a koledzy wysyłali jej kserówki notatek z lekcji, co świadczyło o ogromnym wsparciu.
Bohaterowie tragedii i solidarność
Poświęcenie Ryszarda Tomczaka
W pożarze zginął między innymi Ryszard Tomczak, prezes agencji ochroniarskiej Securitas Service, który wykazał się wielką odwagą, wracając do płonącej hali i wynosząc kolejnych ludzi. Anna Golędzinowska co roku zatrzymuje się przy jego grobie w Gdańsku, by oddać hołd i modlić się za tego człowieka.
Niesamowita mobilizacja i wsparcie
Anna Golędzinowska podkreśla, że mimo traumatycznych wydarzeń, najtrwalszym uczuciem jest wdzięczność za solidarność, jaką ludzie okazali w dramatycznej sytuacji. Wśród bohaterów wymienia:
- Lekarzy i personel medyczny, w tym doktor Tosińską-Okrój, doktor Honory z kliniki Chirurgii Plastycznej w Gdańsku, nieżyjącego już doktora Sakiela i cały zespół Oddziału Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Wspomina też doktora Paschmayera z Bremy, który wraz ze społecznością polonijną organizował dla nich wieloletnią pomoc, w tym bezpłatne, wysokospecjalistyczne operacje.
- Służby mundurowe - strażaków i policjantów, którzy ryzykowali swoje życie podczas akcji ratunkowej.
- Mieszkańców Śląska, którzy okazali ogromne wsparcie, odwiedzając poszkodowanych w szpitalach, przynosząc jedzenie i oferując namiastkę domu.
- Honorowych krwiodawców, osoby zaangażowane w zbiórki w Polsce, artystów, którzy występowali na rzecz ofiar, oraz Polonię z angielskiego Sefton i wielu innych ludzi dobrej woli.
W ramach pomocy poszkodowanym uruchomiono wielką publiczną zbiórkę pieniędzy, a także internetowy serwis informacyjny, technologiczny novum tamtych czasów, który umożliwiał dostęp do relacji, listy ofiar i informacji dla krwiodawców.

Śledztwo i odpowiedzialność
Przyczyna pożaru i proces sądowy
Prokuratura ustaliła, że przyczyną pożaru było podpalenie materacy w magazynku sportowym pod trybunami. Sprawcy lub sprawców nigdy nie zidentyfikowano ani nie schwytano. Zamiast nich, w 1997 roku na ławę oskarżonych za nieumyślne spowodowanie tragedii trafili organizatorzy koncertu: były komendant stoczniowej straży pożarnej Jan S., ówczesny kierownik hali Ryszard G. oraz Tomasz T. i Jacek K. z Agencji FM.
Jak ujawniono, z pięciu drzwi w hali w czasie koncertu otwarte były tylko trzy, co uniemożliwiło uczestnikom sprawną ucieczkę. Proces w sprawie pożaru okazał się jednym z najdłużej trwających w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości. Był dwukrotnie rozpoczynany od nowa, a w pewnym momencie zawieszony z powodu choroby Ryszarda G. Wyrok zapadł dopiero w 2010 roku, 16 lat po tragicznych wydarzeniach.
Ryszard G., który zdaniem sądu nie sprawował należycie nadzoru nad przygotowaniem technicznym hali, został skazany na dwa lata więzienia z warunkowym zawieszeniem na cztery lata. Jan S., Tomasz T. oraz Jacek K. zostali uniewinnieni. Anna Golędzinowska, która zeznawała w sprawie, przyznała, że nie czuła chęci zemsty, a cała sprawa była udręką dla niej i dla oskarżonych. „Dla własnej higieny staram się ten żal wymazywać” - powiedziała.
Po tej tragedii standardy organizowania i zabezpieczania imprez masowych w Polsce mocno się poprawiły, co było jednym z pośrednich skutków gdańskiego pożaru.
Pamięć o ofiarach i dziedzictwo
Utwór "24.11.94" i pomnik
Na pamiątkę tego tragicznego wydarzenia zespół Golden Life nagrał utwór zatytułowany "24.11.94". Anna Golędzinowska osobiście uważa odtwarzanie tego utworu w charakterze rozrywkowym za formę profanacji, ściśle wiążąc go z traumatycznym wydarzeniem. Mimo to rozumie osoby, dla których jest to po prostu dobry, melodyjny, rockowy kawałek.
Hala Widowiskowo-Sportowa nigdy nie została odbudowana. W miejscu dawnego wejścia stoi pamiątkowy pomnik, częściowo stworzony z elementów spalonej hali, takich jak kolumny, metalowa belka i tylna ściana. Na jego szczycie znalazł się cytat z piosenki Golden Life: „Życie, choć piękne tak kruche jest. Zrozumiał ten, kto otarł się o śmierć”.
Niecały miesiąc po pożarze zorganizowano charytatywny koncert, z którego środki przeznaczono na dalsze leczenie poszkodowanych. U boku Golden Life, który wykonał napisany na cześć ofiar utwór "24.11.94", pojawili się m.in. Grzegorz Markowski, Maryla Rodowicz i zespół IRA.
