Wojciech Frodyma „Mucha” i represje wobec powojennego podziemia niepodległościowego

Piątek, 17 stycznia 1947 roku, to data symboliczna dla powojennej Polski. W wolnym świecie trwała odbudowa z wojennych zniszczeń, podczas gdy w Polsce, zaledwie dwa dni przed sfałszowanymi wyborami do Sejmu Ustawodawczego, komunistyczne władze kontynuowały brutalne represje wobec podziemia niepodległościowego.

Egzekucje w areszcie przy ul. Montelupich

W styczniowy świt 1947 roku, korytarzami aresztu przy ul. Montelupich w Krakowie strażnicy prowadzili ośmiu więźniów na egzekucję. Wśród nich był najmłodszy, 21-letni Tadeusz Kościelniak „Silny”, góral z Rabki, rzeźnik z zawodu, wycieńczony śledztwem, odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami za walkę z Niemcami.

Huk strzałów zwiastował jedną z kolejnych egzekucji prowadzonych tego ranka. Ginęło trzech partyzantów ze zgrupowania „Ognia”: prócz „Silnego” jego koledzy - Wojciech Frodyma „Mucha” i Ryszard Kłaput „Pomsta”. Straceni zostali również dowódca oddziału Armii Polskiej w Kraju ppor. Mieczysław Kozłowski „Bunt” i jego podwładny, plut. Marian Misiak „Anioł”. Oprócz nich zamordowano także trzy osoby skazane za przestępstwa pospolite.

But Wojciecha Frodymy „Muchy” odnaleziony podczas prac poszukiwawczych

Kontekst historyczny i polityczny

Data 17 stycznia 1947 roku jest wymowna, gdyż zaledwie dwa dni później, w niedzielę 19 stycznia, odbyły się wybory do Sejmu Ustawodawczego, które zostały sfałszowane. Były to wybory zapowiedziane podczas konferencji w Jałcie, o których wielu myślało, że mogą być ostatnią szansą na powstrzymanie komunistów. Styczniowe dni 1947 roku to także czas intensywnych obław wymierzonych w wciąż walczące zgrupowania partyzanckie. Kilka dni wcześniej, 14 stycznia, w Łękawicy ginie por. Mieczysław Wądolny „Mściciel” - dowódca jednego z najsilniejszych oddziałów w Małopolsce. Miesiąc później od samobójczej kuli zginie Józef Kuraś „Ogień”. Rozbicie podziemia w Małopolsce stawało się faktem.

Partyzancka wojna po 1945 roku

W wielu miejscach Polski antykomunistyczna partyzantka osiągnęła największą liczebność w połowie 1945 roku. Także w Małopolsce formowały się leśne oddziały, z których większość stanowiły jednostki poakowskiej samoobrony. Tworzące się grupy były początkowo nieliczne, złożone z osób ukrywających się przed aresztowaniami, a ich działalność ograniczała się do odbijania zatrzymanych kolegów, m.in. z więzień w Limanowej i Miechowie. Wiele z nich rozwiązało się po ogłoszeniu przez komunistów „amnestyj” 2 sierpnia 1945 roku. Inaczej postąpili narodowcy z NOW i NSZ, którzy, mimo niewielkich sił w Małopolsce, zdecydowali się kontynuować walkę.

Prawdziwa partyzancka wojna zaczęła się później, gdy narastające represje wywołały efekt odwrotny do zamierzonego: coraz więcej ludzi uciekało lub wracało do konspiracji. Powstawały nowe oddziały i rozbudowywały się te istniejące. Napływ ochotników wzmógł się wiosną 1946 roku, kiedy na Podhalu z oddziału „Ognia” utworzyło się zgrupowanie, przez które przewinęło się kilkuset ludzi. W zachodniej Małopolsce walczyły kilkudziesięcioosobowe oddziały Armii Polskiej w Kraju, a pod Tarnowem - oddział Narodowego Zjednoczenia Wojskowego kpt. Tadeusza Gajdy „Tarzana”. Sprzyjały im warunki: góry i lasy ułatwiały działania grupom złożonym głównie z miejscowych, dobrze znających teren i mających oparcie w lokalnych społecznościach. Partyzanci uderzali w placówki Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej, wymykali się obławom; miejscami komuniści raportowali, że mają pod kontrolą tylko miasta, a teren należał do „leśnych”.

Represje i metody rozbijania podziemia

Reakcją władz komunistycznych na działania partyzantów były kolejne obławy, w większości prowadzone przez oddziały Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Główny Zarząd Informacji oraz Urząd Bezpieczeństwa wprowadzali w szeregi konspiracji agentów, których zadaniem było rozbijanie podziemia od środka. Podczas operacji „Lawina” zginęli partyzanci zgrupowania Henryka Flamego „Bartka” - agent UB przekonał ich do fikcyjnego przerzutu na Zachód. Przypuszczalnie podobny scenariusz planowano dla walczącego pod Babią Górą oddziału „Huragan”, ale zdrajca został zdekonspirowany. W terenie działały również tzw. grupy prowokacyjne, podszywające się pod partyzantkę. Stopniowo siła aparatu represji rosła, a siła partyzantów malała.

Aresztowania dotykały również struktur Zrzeszenia WiN: wymuszone torturami zeznania ujętych pod Tarnowem partyzantów Pogotowia Akcji Specjalnej NZW pociągnęły za sobą zatrzymania „Tarzana” i kilku jego ludzi, a także współpracujących z nimi członków tarnowskich Brygad Wywiadowczych WiN. Rozpoczęte wówczas śledztwo doprowadziło do rozbicia II Zarządu Głównego WiN.

Zaangażowanie całych rodzin

W powojennej konspiracji niepodległościowej często angażowały się całe rodziny. Danuta Siedzikówna „Inka”, dziś postać symboliczna dla powojennej konspiracji, miała niespełna osiemnaście lat, gdy zginęła rozstrzelana w gdańskim więzieniu. Nie była wyjątkiem: takich jak ona, siedemnasto- i osiemnastolatków angażujących się w działalność niepodległościową, były tysiące.

Wraz z Tadeuszem Kościelniakiem działał u „Ognia” jego brat i kuzyn. Ryszard Kłaput „Pomsta” poszedł do lasu z dwoma młodszymi braćmi-bliźniakami, Jerzym „Wykonał” i Zdzisławem „Siostra”. Obaj, mimo że ujawnili się w 1947 roku, zostali skazani na wieloletnie więzienie. Śladem starszych braci, Zdzisława „Koliby” i Tadeusza „Perci”, „Pyrci”, „Pioruna” - żołnierzy AK - do „leśnych” dołączył Ryszard Skorupka „Orzeł”. Tadeusz zginął w 1945 roku z rąk NKWD, Ryszard - podkomendny „Ognia” - popełnił samobójstwo rok później, być może z rozpaczy, licząc, że jego śmierć zwolni z aresztu rodzinę, w tym szesnastoletnią siostrę, osadzoną w celi wraz z prostytutkami.

„Z rodziny mej żyją rodzice i ja…” - podał do protokołu Stanisław Samborski „Orlik”. Jego siostrę, Krystynę Samborską, zamordowali Niemcy w 1943 roku po tym, jak znaleźli u niej broń, którą wykradała i przekazywała AK - w oddziale walczył m.in. jej starszy brat Kajetan „Duch”. Po wojnie wstąpił on do zgrupowania „Ognia” (cudem uniknął śmierci, uciekając z budynku podpalonego podczas obławy KBW). W 1948 roku będzie dowodzić oddziałem „Zorza”, jedną z ostatnich grup partyzanckich Małopolski, w której będzie się bił także jego młodszy brat, „Orlik”. „Duch” zginie w walce z czechosłowacką bezpieką, gdy wraz z bratem i kolegą spróbują przedostać się na Zachód.

„Silny”, „Pomsta”, „Cap”, „Orlik” zostali zamordowani, tak jak kilkudziesięciu innych, na mocy wyroku Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie. „Mściciel”, „Pyrć”, „Duch” i wielu im podobnych to ofiary obław i potyczek. Wyzwanie ich odnalezienia, zidentyfikowania i godnego pochowania podejmuje Biuro Poszukiwań i Identyfikacji IPN.

Zacieranie śladów i ukrywanie ciał

To, co działo się z rozstrzelanymi na mocy wyroków sądów wojskowych, trudno określić jako „pochówek” - to raczej był sposób na pozbycie się ciał. Początkowo chowano je w trumnach bądź drewnianych skrzyniach. Później nagie bądź ubrane w bieliznę zwłoki zawijano w prześcieradła. W krakowskich więzieniach strzelał pluton egzekucyjny, później był pojedynczy „strzał katyński” w tył głowy. Rodzin nie informowano o egzekucjach ani o miejscu grzebania ciał, zwykle nie odnotowywano go też w więziennych teczkach. Wypełniano tylko wewnętrzne dokumenty: protokoły wykonania wyroku i kartę zgonu - tę ostatnią wypisywano na niemieckich blankietach, pozostałych po okupantach urzędujących przy ul. Montelupich, jako przyczynę zgonu wpisywano zwykle „udar serca”.

Ciała chowano także w ustronnych miejscach; niekiedy, zwłaszcza w początkowym okresie, np. na dziedzińcach budynków UB. Przeważnie jednak na lokalnych cmentarzach (parafialnych, ale być może także np. na zapomnianym cmentarzu cholerycznym). Pamięć o pogrzebanych miała zniknąć. Na ich szczątkach - jeśli leżały na cmentarzach - z czasem powstawały nowe groby. Dziś wyzwaniem jest więc często nie tylko ustalenie miejsca pochówku, lecz także identyfikacja.

Poszukiwania i identyfikacja na cmentarzu Rakowickim

Październik 2018 roku. Dookoła dwóch grobów na cmentarzu Rakowickim w Krakowie trwają poszukiwania: historycy ustalili, że w tym miejscu pogrzebano rozstrzelanych 17 stycznia 1947 roku. Gdy do działania przystępują archeolodzy, ujawniają szczątki. Nie ma tu całych szkieletów: są przemieszane kości wielu osób, ponieważ grzebiący skrzynie z ciałami wkopali się w mogiły z międzywojnia. Ponownie naruszone zostały kilkanaście lat później, gdy - zgodnie z obowiązującymi przepisami - po dwudziestu latach nieopłacane groby przekazano do ponownych pochówków.

Poszukiwaniom na Rakowicach sprzyja skrupulatność, którą kilkadziesiąt lat temu wykazali się pracownicy nekropolii, notując w księgach cmentarnych nazwiska, miejsca zgonu i kwatery; także wtedy, gdy chodziło o ofiary egzekucji oraz o zmarłych w więziennych szpitalach. Zapisywali też daty śmierci i pochówku, co dziś ułatwia identyfikację zanotowanych jako N.N. - w tym partyzantów zabitych w walce. Przykładowo, gdy na cmentarz przekazano trzy ciała opisane jako N.N., to data zgonu rozstrzygnęła, że chodzi o braci Jana i Henryka Srogów oraz Józefa Nowaka z poakowskiego oddziału Franciszka Zawrzykraja „Wichra”. Tożsamość innych ujawniły protokoły sekcji, którym w Zakładzie Medycyny Sądowej poddawano ciała zabitych w walce oraz zmarłych z ran - m.in. poległych w Lasku k. Nowego Targu partyzantów oddziału „Wiarusy”.

Nagrobek ppor. Tadeusza Zajączkowskiego „Mokrego” na cmentarzu Rakowickim w Krakowie

Precyzja zapisów cmentarnych nie rozwiązuje jednak wszystkich zagadek związanych z poszukiwaniami. 16 września 1949 roku z więzienia przy ul. Montelupich przywieziono na Rakowice skrzynie, które złożono w nieoznaczonych grobach w tzw. części wojskowej cmentarza przy ul. Prandoty. W dzienniku zmarłych zanotowano lakonicznie: „Nie ekshumować (nie było napisów na trumnach)”. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych ekshumacja w miejscu, w którym ukryto ciała rozstrzelanych 14 września 1949 roku ppor. Stefana Balickiego „Byliny”, st. sierż. Stanisława Szajny „Orła” i ks. Władysława Gurgacza, była zresztą nieprawdopodobna. Przeprowadzono ją dopiero w październiku 2018 roku. Okazało się wówczas, że ciała przypisano do konkretnych grobów najprawdopodobniej „dla porządku” w dokumentacji. W grobie uważanym za mogiłę ks. Gurgacza spoczywali w rzeczywistości jego towarzysze, a jezuitę pochowano kilka metrów dalej, razem ze skazanym za przestępstwa pospolite żołnierzem ludowego WP, który zmarł w więzieniu na gruźlicę.

Pod datą 20 stycznia 1947 roku w księgach cmentarnych zanotowano pochówek Tadeusza Kościelniaka „Silnego” i jego towarzyszy - ośmiu osób w trzech grobach. Badania DNA szczątków odnalezionych w 2018 roku wykazały jednak, że ciała złożono inaczej niż zapisano w dokumentach. Gdy jedną z sąsiednich mogił (miały w niej być pochowane osoby skazane za pospolite przestępstwa) przeznaczono pod nowe groby, wybudowano tam murowaną piwniczkę grobową. Czy wybrano wówczas złożone w tym miejscu szczątki, w tym „Silnego”? I gdzie je później złożono? To kolejna z zagadek czekających na rozwiązanie.

Mogily "nieznanych żołnierzy" i preparaty do ćwiczeń

Mało który cmentarz dysponuje tak dokładnymi zapiskami jak Rakowice. Na innych zdarza się, że dokumentacji z epoki nie ma - zaginęła albo jest niekompletna. Z taką sytuacją mamy do czynienia szczególnie na małych parafialnych cmentarzach; tam, gdzie najlepiej zorientowaną osobą był grabarz, który wiedział, gdzie kopać - i nie zawsze tę wiedzę przekazał następcy. Jeszcze inne wyzwania niosą leśne mogiły. Tam jedynym punktem zaczepienia bywa podniszczona tabliczka „Mogiła nieznanego żołnierza” czy wspomnienie o partyzancie pochowanym przez kolegów „pod dużym kamieniem w zagajniku”. A może kryje się pod nim grób żołnierza niemieckiego lub sowieckiego albo zapomniany cmentarz epidemiczny? Historię każdego z takich miejsc trzeba dopiero odkryć. Jak wówczas szukać? Tu nie wystarczą akta milicji, UB, sądów. Pomagają w tym plany cmentarzy, zdjęcia lotnicze, wspomnienia grabarzy, relacje kolegów i rodzin. Bywa, że opowieści przekazywane z ust do ust wewnątrz lokalnych społeczności okazują się jedynym tropem. Gdy z tych puzzli wyłoni się spójny obraz, do pracy mogą przystąpić archeolodzy.

Na odkrycie czeka miejsce pochówku członków II Zarządu Głównego Zrzeszenia WiN: Józefa Ostafina, Alojzego Kaczmarczyka i Waleriana Tumanowicza. Ciała rozstrzelanych WiN-owców, opisane fałszywymi nazwiskami i opatrzone metrykami śmierci na „udar serca”, przekazano do Zakładu Anatomii Opisowej UJ jako materiał do ćwiczeń dla studentów medycyny. Ciało Ostafina przekazano Uniwersytetowi Jagiellońskiemu pod nazwiskiem Macyszyn. Według zapisów cmentarnych zwłoki pochowano potem pod parkanem na skraju cmentarza, na tzw. skwerze - razem z upowcami, żołnierzem Wehrmachtu, niemieckimi zbrodniarzami i kobietą zmarłą w szpitalu. Później w tym miejscu umieszczono cmentarny śmietnik.

Tożsamości szczątków odnalezionych w 2015 roku w miejscu, w którym mieli (w osobnych grobach) spoczywać Kaczmarczyk i Tumanowicz, nie potwierdziły badania genetyczne. Wskazuje to na rozbieżności między nazwiskami wpisanymi do ksiąg cmentarnych a tym, czyje fragmenty kości i czaszek w rzeczywistości znajdowały się w skrzyniach przywożonych z UJ. Jak mówią władze Collegium Medicum, dokumentacja Zakładu Anatomii spłonęła podczas pożaru. Pozostają więc poszukiwania - żmudne i rozłożone na lata, bo w takiej sytuacji obejmujące wszystkie groby, w których grzebano szczątki przywożone z Zakładu Anatomii. Oprócz tzw. skweru przy ul. Prandoty, przebadanego w 2017 i ponownie w 2019 roku, jest ich około stu. Mogą one kryć też rozwiązanie zagadki „Ognia”: ślady dotyczące miejsca pochówku Józefa Kurasia urywają się w siedzibie Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy pl. Inwalidów w Krakowie, dokąd miało zostać przewiezione jego ciało.

tags: #artur #mucha #skazany #za #podpalenie