Dnia 24 listopada 1994 roku w Gdańsku wydarzyła się jedna z największych tragedii w historii miasta - pożar w Hali Stoczni Gdańskiej. Podczas koncertu zespołu Golden Life i bezpośredniej transmisji z rozdania nagród MTV, w której uczestniczyło około 2 tysięcy, głównie młodych osób, doszło do tragicznego zdarzenia, które na zawsze zmieniło życie wielu mieszkańców Pomorza. Od tamtej tragicznej nocy minęło już 25 lat, a pamięć o ofiarach i wydarzeniach wciąż pozostaje żywa, podobnie jak ból związany z niespełnionymi obietnicami utworzenia specjalistycznego ośrodka leczenia oparzeń.
Dramat w Hali Stoczni: Przebieg i Skutki
Pożar wybuchł w czwartkowy wieczór, 24 listopada 1994 roku, w hali stoczni, gdzie odbywał się koncert zespołu Golden Life. Na trybunach zauważono ogień, który błyskawicznie się rozprzestrzenił, sięgając sufitu i ogarniając kurtynę. Na sali wybuchła panika. Publiczność, złożona w większości z uczniów szkół podstawowych i średnich, ruszyła w kierunku głównych wyjść. Tłum przerażonych i cierpiących dziewcząt i chłopców tratował się nawzajem, próbując opuścić płonącą halę. Okazało się, że z pięciu wyjść ewakuacyjnych otwarte były tylko trzy, co spotęgowało chaos i tragedię. W efekcie paniki zadeptana została m.in. 13-latka. Zginęło 7 osób - dwie osoby zostały stratowane, pięć zmarło wskutek poparzeń.
Trzysta osób odniosło rany, część bardzo poważne. Całą noc z 24 na 25 listopada w Gdańsku było słychać sygnały karetek, wożących rannych do szpitali. Klinika Chirurgii Plastycznej i Leczenia Oparzeń AMG, w której okresowo obowiązki kierownika pełniła doktor Hanna Tosińska-Okrój, ani nawet cały szpital nie był w stanie przyjąć wszystkich oparzonych nastolatków. Z 320 ofiar pożaru do szpitala Akademii Medycznej przy ul. Dębinki przyjęto 87 osób, nie tylko na chirurgię plastyczną, ale i na ogólną, na internę i dermatologię. Pozostali zostali rozlokowani po innych szpitalach w Trójmieście: na Zaspie, w Wojewódzkim w Gdańsku, w Marynarce Wojennej, w obu szpitalach gdyńskich, a nawet w Wejherowie i w Tczewie. 24 najciężej oparzonych młodych ludzi przetransportowano do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich, z czego trzech zmarło. W sumie życie wskutek tej tragedii straciło siedem osób.

Wspomnienia dr Hanny Tosińskiej-Okrój
Dr Hanna Tosińska-Okrój, chirurg plastyczny z gdańskiej Akademii Medycznej, z ogromnym poświęceniem opiekowała się ciężko oparzonymi nastolatkami. Wspomina tamten dzień bardzo wyraźnie: "Dosłownie wszystko. Wróciłam tego listopadowego dnia do domu wieczorem, ponieważ operacje przeciągnęły się do popołudnia, zdążyłam zdjąć płaszcz, gdy nagle zadzwonił telefon. Młody lekarz dyżurny spytał mnie, co ma robić, bo ma w izbie przyjęć trzy osoby oparzone, a szpital nie pełni tego dnia ostrego dyżuru. Odpowiedziałam, że nie wolno ich odsyłać i trzeba ich przyjąć. Włączyłam telewizor i zobaczyłam na pasku informację o płonącej hali stoczni, w której odbywał się koncert zespołu Golden Life. Gdy o godz. 21 przekroczyłam ponownie próg kliniki, ujrzałam piekło. Tłum przerażonych i cierpiących dziewcząt i chłopców".
Przez pierwszy tydzień pani doktor praktycznie nie wychodziła z kliniki, nie licząc wyjazdów do innych szpitali, gdzie leżeli lżej poszkodowani. "Oglądałam oparzone ręce, nogi, twarze itd. i wraz z całym zespołem lekarzy i pielęgniarek zmienialiśmy opatrunki" - wspominała. Cała Polska była wstrząśnięta rozmiarami tego dramatu i bezradnością władz województwa, zupełnie nieprzygotowanych do udzielenia pomocy jego ofiarom. "Bo wydawało się, że taka tragedia nie ma prawa się wydarzyć. A nam dramatycznie brakowało niemal wszystkiego: opatrunków, leków, maści na bazie srebra i wielu innych bardzo potrzebnych rzeczy" - relacjonowała dr Tosińska-Okrój. Dzięki interwencji ówczesnego ministra zdrowia, Jacka Żochowskiego, błyskawicznie dostarczono samolotem 10 respiratorów. Z jednego z najlepszych ośrodków amerykańskich, z Bostonu, przyleciało też dwóch specjalistów - anestezjolog i chirurg - którzy nie mieli zastrzeżeń do pracy gdańskich medyków.
Wielka hala spłonęła w 16 minut! | Największe polskie katastrofy
Historia cudem ocalonego
Wśród poszkodowanych zdarzały się też cuda. "Cudem na pewno przeżył mężczyzna, który w pożarze Hali Stoczni doznał najcięższych obrażeń. Miał oparzone 60 proc. powierzchni ciała oraz drogi oddechowe" - opowiada dr Tosińska-Okrój. Mężczyzna spędził wiele miesięcy w ośrodku w Siemianowicach Śląskich. Był cały w bliznach i wydawało się, że nie ma szans na powrót do normalnego życia. Wyprowadził się z Trójmiasta, zamieszkał pod Warszawą, ale wracał do Gdańska na kolejne operacje, przeszedł ich kilkanaście z powodu przykurczów. Mimo to nie poddał się: założył firmę informatyczną, podróżował po świecie, zaczął nurkować i jest zadowolony z życia. Jego historia skończyła się szczęśliwie.
Dr Tosińska-Okrój nadal sporadycznie kontaktuje się z niektórymi pacjentami. "Kilkanaście 'oparozonych' nadal do mnie dzwoni i radzi się w różnych sprawach związanych ze zdrowiem. Jeden z nich miał wówczas zaledwie 19 lat. Leżał u nas na OIOM-ie. Tamten pożar odcisnął na jego psychice ogromne piętno" - dodaje.
Niespełnione marzenie: Oddział Leczenia Oparzeń
Już wtedy, podczas pierwszych działań ratunkowych, dr Tadeusz Podczarski, pełniący funkcję lekarza wojewódzkiego, jako pierwszy stwierdził, że na Pomorzu musi powstać oddział oparzeń z prawdziwego zdarzenia. Utworzenie takiego oddziału stało się największym marzeniem legendarnej dr Hanny Tosińskiej-Okrój. Władze Pomorza, lokalni politycy, przedstawiciele przemysłu i biznesu również byli przekonani o jego niezbędności w tak dużej aglomeracji, jak Trójmiasto. Mimo to, po 25 latach od tragedii, oddział oparzeń nadal nie powstał.
Solidarność i pierwsze projekty
Dramat młodych ludzi wyzwolił w społeczeństwie ogromną solidarność. Na uruchomione przez Urząd Miasta Gdańska specjalne konto strumieniem płynęły pieniądze. Uzbierano 600 tys. zł, nie tylko na leczenie, ale przede wszystkim na utworzenie przy Klinice Chirurgii Plastycznej AMG pierwszego w Polsce oddziału oparzeń szczebla uniwersyteckiego. W kwietniu 2001 roku jego pierwszy projekt był już gotowy. Zakładał on wydzielenie oddziału oparzeń z Kliniki Chirurgii Plastycznej i przeniesienie go do nadbudowanych nad nią pomieszczeń. Ówczesny szef kliniki, prof. Janusz Jaśkiewicz, chciał, by służył on oparzonym ofiarom wszystkich katastrof, które wydarzą się w rejonie Bałtyku. Plany nadbudowy piętra nad kliniką były już gotowe i uzyskały pozytywne opinie wszystkich wymaganych instytucji. Propozycją tą zainteresowany był nawet Związek Miast Bałtyckich. W razie np. pożaru promu na Bałtyku, potencjalni oparzeni mieli być przetransportowani do Gdańska. "I z tego jednak nic nie wyszło" - mówi dr Tosińska-Okrój, ponieważ straciło sens lokowanie tego oddziału w budynku nr 2 (tam mieściła się w tym czasie Klinika Chirurgii Plastycznej), który docelowo miał być przeznaczony na potrzeby klinik pediatrycznych. Oddział oparzeń dla dorosłych byłby tam jak przysłowiowy "kwiatek do kożucha".
Kolejne próby i ich upadek
Ówczesny rektor uczelni, prof. Janusz Moryś, chciał go umieścić w budynku nr 15, w którym funkcjonowały w tym czasie kliniki neurologii, neurochirurgii i okulistyki. Miano poczekać trzy lata, aż zakończy się budowa Centrum Medycyny Inwazyjnej i kliniki zabiegowe przeprowadzą się z "15". Po jakimś czasie i ta koncepcja upadła.
W 2014 roku było już niemal pewne, że w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym ośrodek leczenia oparzeń powstanie. "Wszystko na to wskazywało. 10 grudnia 2012 roku wspierający ten pomysł 'komitet' obradował w Gdańskim Klubie Biznesu. Wraz z dr. Jackiem Grudzińskim zebraliśmy dane o przypadkach oparzeń na Pomorzu oraz przygotowaliśmy niezbędne dokumenty. Wszystko było zapięte na ostatni guzik" - wspomina dr Tosińska-Okrój. Nadzieja była ogromna po dwudziestu latach starań. Za zgodą radnych prezydent Paweł Adamowicz zapłacił za projekt, wiceminister Sławomir Neumann pomógł zdobyć na jego realizację środki unijne, marszałek Mieczysław Struk znalazł sponsorów, którzy zagwarantowali środki finansowe na wyposażenie tej inwestycji. Uzgodniono, że centrum leczenia oparzeń powstanie na działce po wyburzonym budynku dawnej kliniki laryngologii (nr 16), która przeprowadziła się do Centrum Medycyny Inwazyjnej. Na zlecenie Stowarzyszenia Bałtyckie Centrum Leczenia Oparzeń wstępną koncepcję architektoniczną opracowało gdyńskie biuro projektów ARCH-DECO. Władze GUMed złożyły nawet w Ministerstwie Zdrowia wymagane dokumenty. Inwestycja pod klucz, ale bez wyposażenia, miała kosztować maksymalnie dziewięć milionów zł. Warunek był jeden - budynek musiał powstać do końca listopada 2015 roku ze względu na to, że był to projekt unijny.
Dlaczego więc nie powstał? "Bo, jak mi tłumaczono, władze GUMed musiały unieważnić przetarg na budowę centrum i to aż dwukrotnie. Tym samym nie udało się wyłonić wykonawcy siedziby dla ośrodka oparzeń na czas, czyli spełnić warunku Ministerstwa Zdrowia, że budynek będzie gotowy do końca listopada 2015 roku. Uczelnia musiałaby zwrócić przyznane przez Ministerstwo Zdrowia pieniądze z własnego budżetu. Tymczasem wyniki obu przetargów jasno wskazywały, że ryzyko, które musiałoby podjąć GUMed, było zbyt wielkie" - wyjaśnia dr Tosińska-Okrój z goryczą. "Bo czuję ogromny żal i nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że oddział leczenia oparzeń nie powstał, choć popierały go władze na wszystkich szczeblach. Mieszkańcy Pomorza nadal parzą się wrzącym olejem, ogniem, substancjami chemicznymi, jestem więc przekonana, że jest on nadal potrzebny. Przypomnę, że na stworzenie takiego oddziału składali się wszyscy mieszkańcy Gdańska i nie tylko. Nie jestem w stanie zrozumieć, co się stało".

Psychologiczne piętno tragedii
Jedną z osób niosących pomoc ofiarom pożaru był psycholog, prof. Bogusław Borys, późniejszy wojewódzki konsultant psychologii klinicznej. Początkowo, jak wielu, nie zdawał sobie sprawy ze skali dramatu. Dopiero następnego dnia, gdy pojawił się w pracy w Klinice Chorób Psychicznych Akademii Medycznej w Gdańsku, dowiedział się o "armagedonie", który działał się w szpitalach. Dowożono kolejnych rannych, nocą przyjeżdżali rodzice, poszukujący swoich nastoletnich dzieci.
Pierwsze interwencje psychologiczne
Dwa dni po pożarze do kliniki prof. Pawła Gałuszki zgłosiły się pielęgniarki, głównie z chirurgii plastycznej, z prośbą o pomoc. Zetknęły się bowiem z niezrozumiałymi reakcjami młodych ludzi, przywiezionych z pożaru. Jak wyjaśnia prof. Borys, zachowanie to było "nieadekwatne do tego, co ich spotkało". Mimo bólu i poparzeń reagowali niekiedy, uśmiechając się czy żartując. Profesor Gałuszko uznał, że jest to zadanie bardziej dla psychologów niż psychiatrów, choć ci drudzy również włączyli się z pomocą farmakologiczną.
Kontakt z młodymi ludźmi był trudny, a psychologowie byli nieprzygotowani merytorycznie. Teoretycznie wiedzieli, że istnieje coś takiego jak PTSD (zespół stresu pourazowego), ale w praktyce byli "zieloni". Prof. Gałuszko zachęcał do poszerzania wiedzy. Okazją do szybszego jej zdobycia była możliwość skorzystania z doświadczenia kolegów psychologów z Siemianowic Śląskich, gdzie przewieziono najciężej oparzonych pacjentów. Uruchomiono "most powietrzny" z Gdańska, którym raz w tygodniu latały rodziny do pacjentów, a psychologowie korzystali z tej okazji, aby uczyć się od specjalistów z Siemianowic.

Terapia i długoterminowe skutki
Praca psychologiczna rozpoczęła się, gdy po świętach Bożego Narodzenia pacjenci zaczęli wychodzić ze szpitali. Prof. Gałuszko udostępnił oddział dzienny kliniki w godzinach popołudniowych, gdzie prowadzono terapie grupowe. Przez te zajęcia przewinęło się około 60 osób. Większość z nich miała poparzone dłonie, ponieważ odruchowo zasłaniały twarz przed ogniem. W okresie poszpitalnym osoby, które przeżyły pożar, niechętnie mówiły o tym, co się działo w Hali Stoczni, ale psychologowie wiedzieli, że powrót do traumatycznych wydarzeń, mimo że bolesny, jest podstawą terapii. Stosowano różne formy terapii, w tym gry i techniki arteterapeutyczne, polegające na graficznym przedstawieniu doznań, np. "namaluj siebie w tym pożarze". Fotografie niektórych bardzo wymownych prac, pokazujących strach i przerażenie, można znaleźć w publikacji zbiorowej pod redakcją prof. Borysa: "Pożar hali widowiskowej Stoczni Gdańskiej i jego ofiary - przykład masowej katastrofy", wydanej przez Stowarzyszenie Osób Poparzonych w Hali Stoczni Gdańskiej.
Terapia trwała około półtora roku, a potem jeszcze przez około dwa lata działał specjalny, terapeutyczny telefon. Reperkusje tamtego wydarzenia ciągnęły się dłużej. Prof. Borys miał kontakt z niektórymi osobami nawet po dziesięciu latach, w tym z człowiekiem, u którego w efekcie pożaru, choć podłoże było wcześniejsze, pojawiły się problemy alkoholowe. Badania wykazały, że u osób z zespołem stresu pourazowego skutki są negatywne, ale zadaniem terapii jest niedopuszczenie do pojawienia się kolejnego etapu, czyli trudnego i zwykle nie do końca uleczalnego PTSD.
Paradoksalnie, u niektórych młodych ludzi, którzy niekoniecznie dobrze się zapowiadali, pożar zmienił życie na plus. "Zaczęli się uczyć, zmienili towarzystwo i zachowanie" - zauważa prof. Borys. Potwierdza to literatura przedmiotu - jest pewien procent osób, które pod wpływem dramatycznych przeżyć zmieniają życie na lepsze, przyspieszając proces dojrzewania emocjonalnego. Mieli też miejsce zaskakujące przypadki opóźnionej reakcji na PTSD, pojawiające się po dwóch czy trzech latach.
Pamięć i upamiętnienie
Miasto Gdańsk od pierwszych lat dba o pamięć o tragedii w Hali Stoczni. Hala po pożarze została rozebrana, a jedynym śladem po niej jest pomnik: fragment muru z pamiątkową tablicą, na której znajduje się belka z napisem "Życie choć piękne tak kruche jest", a poniżej ciąg dalszy: "Zrozumiał ten, kto otarł się o śmierć". To charakterystyczne miejsce znajduje się przy ul. Marynarki Polskiej, niedaleko miejsca tragedii.
Co roku odbywają się tam uroczystości upamiętniające ofiary. W niedzielę 24 listopada 2019 roku, w 25. rocznicę tragedii, znicze zapaliła prezydent Gdańska w gronie osób, które osobiście zostały doświadczone tamtym pożarem. Anna Golędzinowska, która w dniu pożaru miała niecałe 16 lat i jako radna miasta wciąż pamięta o tamtych wydarzeniach, podkreśla: "Może nie na co dzień, bo wszyscy mamy dziś swoje życie, ale w rocznicę pożaru wielu z nas stara się być w Gdańsku". Wspomina ogromną solidarność ludzi, np. obcego mieszkańca Śląska, który przyniósł jej kanapki do szpitala. Anna Golędzinowska żałuje, że pamięć o ofiarach i bohaterach tamtych wydarzeń odchodzi w zapomnienie. Wspomina ratownika, który "ratował ludzi z płonącej hali, wracał do środka mimo śmiertelnego zagrożenia" i którego grób odwiedza.
Tragiczne wydarzenia upamiętnił zespół Golden Life, nagrywając piosenkę pt. "24.11.94".
Dochodzenie i konsekwencje prawne
Jak wykazało śledztwo i ekspertyza biegłych, hala została podpalona umyślnie. Niestety, podpalacza nigdy nie wykryto. Kary za nieumyślne spowodowanie tragedii spotkały natomiast kierownika hali (2 lata więzienia w zawieszeniu na 4 lata) i dwóch organizatorów koncertu z Agencji Reklamowej FM (1 rok więzienia w zawieszeniu na 2 lata). Proces karny toczył się 16 lat. Sędzia Krzysztof Ciemnoczołowski w uzasadnieniu podkreślał, że "zaniechali jakichkolwiek działań w celu otwarcia drzwi ewakuacyjnych".
Wielka hala spłonęła w 16 minut! | Największe polskie katastrofy
Nauka na przyszłość: Pomoc w obliczu traumy
Gdańsk w tamtym czasie dotknęły trzy masowe katastrofy: katastrofa autobusu w Kokoszkach, pożar Hali Stoczni, a w kolejnym roku wybuch gazu i zawalenie wieżowca w Gdańsku Wrzeszczu. Prof. Bogusław Borys zastanawia się, czy te tragiczne zdarzenia nauczyły społeczeństwo, jak pomagać ludziom dotkniętym przez traumę. "Paradoksalnie w 'szczęśliwszym' położeniu są ofiary masowych katastrof. Wskutek nagłośnienia zorganizowana pomoc idzie z wielu różnych stron" - mówi. "Natomiast pojedyncze wypadki komunikacyjne, w których ktoś traci dwie, trzy bliskie osoby, przechodzą bez echa. Tymi ofiarami traumy nikt się nie zajmuje. Niejednokrotnie pozostawieni są sami sobie".