Historia Lublińca, pomimo jego położenia w pobliżu granic księstwa opolskiego, a później państw, nigdy nie uczyniła go miastem szczególnie atrakcyjnym do złupienia. Nie był to ośrodek duży ani bogaty, nie posiadał rozbudowanych fortyfikacji obronnych, ani też nie miał szczególnego znaczenia strategicznego. Mimo to, przez wieki Lubliniec był świadkiem i uczestnikiem wielu wydarzeń militarnych i społecznych, które kształtowały jego oblicze.
Lubliniec jako miasto garnizonowe: Od XVIII wieku do końca wojen napoleońskich
Pierwsze wzmianki o wojsku w Lublińcu
Kolejne informacje o obecności wojska w Lublińcu pojawiają się w 1775 roku, a konkretnie w księdze zgonów/pogrzebów kościoła Św. Mikołaja. Z zapisu z dnia 11 września 1775 roku dowiadujemy się, że w krypcie św. Boromeusza złożono zwłoki rotmistrza Rudolfa Erdmana von Zawadzkiego, pochodzącego z miejscowego szwadronu huzarów należącego do pułku Stefana von Samonogi. Zapisy w księgach parafialnych kościoła św. Mikołaja, dotyczące pogrzebów, narodzin, chrztów i zawartych małżeństw żołnierzy, kończą się w 1805 roku. Było ich całkiem sporo, co świadczy o ich dobrej aklimatyzacji w mieście.
Epoka napoleońska i jej skutki
Pośrednim skutkiem porażki Prus w bitwie pod Jeną i Auerstedt było wkroczenie wojsk napoleońskich. Dnia 30 listopada 1806 roku do Lublińca przybył 12-osobowy oddział francuskich szaserów pod dowództwem kapitana Jousseranda. Na przełomie 1806 i 1807 roku przez Lubliniec przemaszerowały na wschód kolejne oddziały wojsk napoleońskich: 2. Pułk Kawalerii Lekkiej i 1. Pułk Dragonów Wojsk Bawarskich. W dniu 18 sierpnia 1807 roku odbył się przemarsz przez miasto 12. Pułku Szaserów. W dniach 17-18 sierpnia 1807 roku w Lublińcu kwaterował 10. Pułk Błękitnych Huzarów, w dniach 23 sierpnia - 8 września - batalion artylerii konnej, a 12 grudnia 1807 roku - 7. Pułk Zielonych Huzarów.
W końcowym okresie konfliktu francusko-pruskiego przez Lubliniec i okolicę dwukrotnie przechodziła także armia rosyjska. Najpierw w latach 1813-1814, gdy ścigano Francuzów, a później po przegranej przez Napoleona bitwie pod Waterloo 18 czerwca 1815 roku. Rannych żołnierzy leczono w lublinieckim szpitalu, gdzie zajmował się nimi chirurg o nazwisku Böchm. Wielu żołnierzy zmarłych wskutek odniesionych ran i wycieńczenia zostało pochowanych na cmentarzach przy kościele Podwyższenia Krzyża Świętego i kościele św. Mikołaja. Ich przepełnienie skutkowało koniecznością otwarcia nowego cmentarza parafialnego, na którym pierwsze pochówki odbyły się w 1820 roku. Na pokrycie kontrybucji magistrat musiał wydać z kasy miejskiej 900 talarów i dodatkowo zaciągnąć aż 2700 talarów pożyczki.

Obecność wojskowa w Lublińcu w XIX wieku
Powstanie Styczniowe i pruska pomoc Rosji
W czasie trwania Powstania Styczniowego w Lublińcu i okolicznych miejscowościach stacjonowało wiele różnych jednostek armii pruskiej, głównie formacje piechoty, jazdy, ale też artylerii. Podpisane wtedy przez Prusy i Rosję specjalne porozumienie, tzw. konwencja Alvenslebena, umożliwiała między innymi przekraczanie pobliskiej granicy obu stronom w celu ścigania polskich oddziałów. Często zdarzało się, że oddziały rosyjskie uciekały do Prus pod naporem powstańców, a tutaj były eskortowane przez wojsko pruskie, wielokrotnie przechodząc przez Lubliniec.
Taka eskorta, ale w odwrotnym kierunku, miała również miejsce w dniu 14 lutego 1863 roku, gdy Rosjanie w asyście 29 ułanów i jednego oficera przeszli przez Lubliniec, aby pod Herbami przekroczyć granicę i dalej drogą, która nie była zagrożona przez powstańców, dotrzeć do Częstochowy. Tego typu relacje zamieszczały w tym czasie dwie wrocławskie gazety: „Schlesiche Zeitung” i „Breslauer Zeitung”. Z kolei miała też miejsce sytuacja, gdy przez Lubliniec pod fałszywym nazwiskiem podróżował do Wrocławia znany dowódca powstańczy - generał Edmund Taczanowski, którego oddział został rozbity przez Rosjan pod Częstochową. Także w lutym 1863 roku, stacjonujący w Lublińcu pruski generał-major Othegraven, wysłał przeciwko powstańcom oddział ułanów do Herb, pomagając Rosjanom w tłumieniu powstania. Warto też dodać, że kilku mieszkańców Lublińca brało czynny udział w Powstaniu Styczniowym, walcząc po stronie polskiej. Byli to między innymi: August Dobrowolski, Emanuel Josiek, Jan Ważny oraz artysta-rzeźbiarz Józef Pietrzykowski.

Stacjonowanie pruskich dragonów
Kolejna znana data obecności wojska pruskiego w Lublińcu to rok 1866, kiedy to w mieście kwaterę znalazł IV szwadron 14. Pułku Dragonów wojsk pruskich z 15. garnizonu ze Strzelec Opolskich (Gross Strelitz). Pozostałości po ich obecności można jeszcze zobaczyć przy ul. Sokoła. Później w tym przebudowanym budynku zorganizowano małą salę gimnastyczną, w której jeszcze do niedawna ćwiczyły dzieci z klas 1-3 „starej, czerwonej szkoły” podstawowej nr 1. Także reszta byłej stajni wykorzystywana jest do dziś, między innymi przez Ochotniczą Straż Pożarną, Lubliniecką Orkiestrę Dętą, czy Uniwersytet Trzeciego Wieku. Po ujeżdżalni stojącej na dzisiejszym placu pomiędzy starą i nową szkołą nie ma już śladu. Kolejna wojna w latach 1870-1871 pomiędzy Prusami i Francją spowodowała, że szwadron wyruszył na front i do Lublińca już nie powrócił. Wojna zakończyła się druzgocącą klęską wojsk cesarza Napoleona III, otwierając kanclerzowi Ottonowi von Bismarckowi drogę do zjednoczenia Niemiec. Tym razem to na Francję nałożono zobowiązania, w tym odszkodowanie w postaci 5 miliardów franków w złocie. Część z tych pieniędzy trafiła na Śląsk, wspomagając rozwój tutejszego przemysłu.

W kontekście Lublińca wspomina się o tym, ponieważ eskalacja wzajemnych żądań, kontrybucji oraz poczucia utraconej dumy, najpierw przez Prusy, a po tym konflikcie przez Francuzów, stały się wkrótce podwaliną wybuchu I wojny światowej oraz wydarzeń po jej zakończeniu. „Lubliniec, 750 lat historii miasta i mieszkańców” - O. Kniejski, M. Żymierski, S. Ziółek, M.
Garnizon Lubliniecki przed I Wojną Światową
Przybycie niemieckich jednostek
W związku z napiętą sytuacją polityczną na początku XX wieku, cesarstwo niemieckie sukcesywnie powiększało liczebność swojej armii. Miasta leżące w pobliżu granicy z Rosją czyniono miastami garnizonowymi. Dnia 1 października 1913 roku pociągiem o godzinie 9:22 przybył do miasta III Batalion 63. (4. Górnośląskiego) Pułku Piechoty z Opola. W jego skład wchodziło 280 żołnierzy i 17 oficerów, zorganizowanych w 4 kompanie. Ich uroczyste powitanie i defilada odbyła się na lublinieckim Rynku. Kuchnię urządzono w pobliskiej gospodzie należącej do Maxymiliana Baumanna. Kadra oficerska zamieszkała w okazałej kamienicy Königsbergerów przy ówczesnej Rosenbergerstrasse (dzisiaj ul. Mickiewicza). Przy budynku postawiono wtedy charakterystyczną budkę strażniczą i wystawiono wartę. Dowódca batalionu, major Nolda, z czasem zamieszkał w nowo wybudowanej kamienicy przy ulicy Hohenzollernstrasse, zwanej później Villa Nolda (obecnie siedziba sióstr Elżbietanek na ul. 5 Października).

5 października 1913 roku do Lublińca przybył jeszcze V Szwadron 11. Pułku Strzelców Konnych z Tarnowskich Gór. Jednostkę ulokowano w namiotach i barakach postawionych w pobliżu Cmentarza Żydowskiego, zaś konie umieszczono w stajni po poprzednim garnizonie na dzisiejszej ul. Sokoła. Obie formacje wojskowe wchodziły w skład VI Korpusu Armii z siedzibą we Wrocławiu. Według spisu ludności na dzień 15 października 1913 roku, obok 4835 cywilnych mieszkańców, w Lublińcu było aż 760 wojskowych.
Życie codzienne i uroczystości garnizonowe
10 listopada 1913 roku na placu obok baraków miało miejsce zaprzysiężenie nowych rekrutów. Kompania flagowa z mieszkania dowódcy batalionu, majora Noldy, odebrała sztandar i przemaszerowała do kościoła św. Mikołaja. Podczas mszy poczet sztandarowy tworzyli porucznicy Reymann i Mickse. Po jej zakończeniu żołnierze przemaszerowali do kościoła ewangelickiego Św. Trójcy, gdzie sztandar przejęli kolejni dwaj porucznicy Schulze i Beyer, aby trzymać wartę podczas następnej mszy rozpoczętej o godzinie 10:00. Cały czas żołnierzom towarzyszyła orkiestra batalionowa pod przewodnictwem kapitana Corrensa. Około godziny 11:00 na placu szkolnym, obok baraków, odbyła się właściwa przysięga, którą dowodził porucznik Thomas. 27 stycznia 1914 roku miała miejsce kolejna duża uroczystość związana tym razem z rocznicą urodzin Cesarza Niemiec, podczas której również odbyły się dwie msze w kościele katolickim oraz ewangelickim.

Udział 63. Pułku Piechoty w I Wojnie Światowej
Jednostka 63. Pułku Piechoty została utworzona 5 maja 1860 roku, a 1 października 1913 roku III Batalion z Opola trafił do Lublińca, stając się głównym trzonem nowego garnizonu. Wielu żołnierzy było pochodzenia polskiego lub mieszanego polsko-niemieckiego. Duża część ludności regionu była wyznania rzymskokatolickiego lub żydowskiego, co różniło się od przeważnie protestanckiej ludności w innych częściach Prus. Pomimo niewojowniczych cech, Ślązacy w Wielkiej Wojnie należeli do najlepszych żołnierzy armii niemieckiej. Już 7 sierpnia 1914 roku obie jednostki wchodzące w skład lublinieckiego garnizonu udały się na front francuski. „Lubliniec, 750 lat historii miasta i mieszkańców” - O. Kniejski, M. Żymierski, S. Ziółek, M.
IR63 walczył na froncie zachodnim, początkowo we Francji. Wchodząc w skład 12. Dywizji, brał udział między innymi w bitwie pod Sommą, gdzie w ciągu jednego dnia dywizja straciła około 60% żołnierzy. Były również sukcesy, a szczególne zasługi IR63 poczynił pod koniec wojny we Włoszech, gdzie walczył wraz z Korpusem Alpejskim. Jedną z kompanii górskich tej formacji dowodził znany powszechnie Erwin Rommel. W dniach 25-26 października 1917 roku JR63, JR23 i Württemberg Mountain Battalion zaatakowały i zdobyły krytyczne pozycje włoskie na Mount Della Colonna i Mount Matajur, a później pod Caporetto. Za swoje zasługi w tych bitwach Leutnant Schnieber, oficer z JR63, oraz Erwin Rommel otrzymali „Pour Le Mérite” (najwyższe pruskie odznaczenie wojskowe).
Również cały JR63 został w pewien sposób wyróżniony - jednostka została przemianowana na „Infanterie Regiment Kaiser Karl von Österreich und König von Ungarn”, a na naramiennikach zamiast liczby 63 pojawiła się litera „K” z podwójną koroną. Po zawieszeniu broni 12. Dywizja została ostatecznie przeniesiona z powrotem na Śląsk. Po demobilizacji wielu byłych członków zaangażowało się w działalność Freikorpsu, ale jak można przeczytać na oficjalnej stronie IR63, niektórzy byli żołnierze tej formacji służyli również w polskich siłach walczących z bolszewickimi Rosjanami.
1 czerwca 1924 roku miało miejsce uroczyste odsłonięcie pomnika żołnierzy dawnego 4. Górnośląskiego Pułku Piechoty nr 63 poległych na frontach I wojny światowej. Jego autorem był rzeźbiarz Thomas Myrtka (1888-1935). Cokół pomnika wieńczy scena mężczyzny walczącego ze smokiem lub wężem. Na dole umieszczony był napis w języku niemieckim (po przetłumaczeniu - „Poległym śmiercią bohaterską za ojczyznę 87 oficerom, 5073 podoficerom i szeregowym”). Na przyległych do cokołu ścianach umieszczone były również inskrypcje w języku niemieckim (po przetłumaczeniu - „Poległym w czasie wojny światowej 1914-1918 bohaterom i synom sławnego 4. Górnośląskiego Pułku Piechoty wzniesiono z wierności i wdzięczności”). Pomnik ten znajdował się na ul. Ozimskiej w Opolu. Po 63. Infanterie Regiment zachowało się nieco pamiątek, takich jak umundurowanie Preußen Mannschaften Dunkelblau Waffenrock czy latarki Taschenlampe.

Rozwój ochrony przeciwpożarowej i Ochotnicza Straż Pożarna w Lublińcu
Dawne regulacje przeciwpożarowe
Oficjalne początki Ochotniczej Straży Pożarnej w Lublińcu to rok 1882. Początki służby na rzecz ochrony ludzi oraz ich dobytku przed pożarem to jednak o wiele dłuższa historia. W pewnym momencie zawód stróża pojawił się również w Lublińcu. Zadaniem stróży, bynajmniej nie było przypominanie o oszczędzaniu energii, a profilaktyka dotycząca eliminacji potencjalnych źródeł wybuchu pożarów. W przypadku zauważenia takiego niebezpieczeństwa stróże alarmowali okolicznych mieszkańców i wraz z nimi natychmiast przystępowali do ratowania, de facto, całego miasta.
Broszura „Feuer und Lösch - Ordnung für die Stadt Lublinitz” - Ordynacja pożarowa dla miasta Lubliniec z 1774 roku - zawierała pięć rozdziałów, w których szczegółowo zawarte były nakazy i zakazy dotyczące mieszkańców miasta i ich obowiązków przeciwpożarowych, pod groźbą zastosowania kar finansowych. Obowiązkowe były kontrole kwartalne i powtórne, po stwierdzeniu jakichkolwiek nieprawidłowości. Brali w nich udział pracownicy urzędu w asyście wojska lub Policji. Dalej w pierwszym rozdziale dokumentu ocalonego przez Bruno Gogolina znajdują się już konkretne zalecenia dla mieszkańców, takie jak: raz na kwartał kominiarz z Wesołej miał wymiatać kominy, możliwy zapas siana i słomy dla zwierząt wynosił maksymalnie na 8 dni (kara 1 Talar i areszt), podobnie zapas drewna opałowego dla bednarzy i stolarzy. Nie można było również wznosić nowych budynków z drewna krytych słomą lub gontami, używać rynien z desek uszczelnionych smołą oraz budować stodół w obrębie miasta.

Obowiązki i kary w ordynacji pożarowej
Punkt 16 i 17 ordynacji mówił o obowiązku stałego dostępu do sprawnego sprzętu przeciwpożarowego. Do każdej sikawki przypisane były 4 kadzie na wodę, 100 wiader skórzanych, 2 wysokie drabiny z podporami, 2 średnie, 4 bosaki, 1 topór i 1 łom żelazny. Na Rynku w pobliżu studni cały rok obowiązkowo stały kadzie wypełnione wodą, która w czasie mrozów musiała być wymieniana co najmniej co 10 dni. Dostępnych było także 7 innych studni miejskich, wiele prywatnych oraz woda z Lublinicy i stawu zamkowego. Swoje obowiązki w zakresie ochrony przeciwpożarowej miały także wszystkie lublinieckie cechy rzemieślnicze, robotnicy dniówkowi oraz członkowie ich rodzin. W pogotowiu stale byli także właściciele koni wyznaczonych do zaprzęgu sikawkowego.
W dokumencie wyszczególnione zostały także kary i nagrody. Właściciel obejścia, w którym powstał pożar, podlegał karze pieniężnej od 5 do 10 Talarów oraz karze więzienia. Analogicznie za próbę samodzielnego gaszenia bez podniesienia alarmu. Karane było także niestawienie się (16 sgr) bądź spóźnienie na akcję gaśniczą (8-12 sgr). Ze wszystkich tych obowiązków w myśl prawa zwolnieni byli mieszkający w Lublińcu Żydzi. W zamian za to zobowiązani byli do wpłacania gotówką 8 sgr, przeznaczonych na nagrody dla wyróżniających się przy gaszeniu. „Lubliniec, 750 lat historii miasta i mieszkańców” - O. Kniejski, M. Żymierski, S. Ziółek, M.
Początki Ochotniczej Straży Pożarnej
Jak wspomniano, oficjalne początki Ochotniczej Straży Pożarnej w Lublińcu datuje się na rok 1882, kontynuując długą tradycję zorganizowanej ochrony przeciwpożarowej w mieście.
Autobusy Berliet w Polsce: Historia zakupu i eksploatacji
Potrzeba modernizacji taboru
Historia wprowadzenia autobusów Berliet do Polski ma dwie główne przyczyny. Pierwsza to konieczność zastąpienia dotychczasowych „ogórków”, produkowanych od lat 50., przez autobusy nowocześniejsze i ekonomiczniejsze. Odpowiedź druga, bardziej intrygująca, wiąże się z sentymentem I sekretarza PZPR, tow. Edwarda Gierka. Na początku lat 70. wymiana taboru autobusowego stała się kwestią palącą. Aby zaradzić komunikacyjnym niedogodnościom Polaków, ówczesne władze - i to na szczeblu centralnym - postanowiły poszukać nowego pojazdu miejskiego zagranicą, gdyż polski przemysł nie był zdolny do udźwignięcia tak trudnego zadania.
Proces wyboru i testy zagranicznych modeli
Do przeprowadzenia testów wybrano stołeczne Miejskie Zakłady Komunikacyjne przy ul. Inflanckiej. Z zachowanych archiwaliów wynika, że jako pierwsze testowano czechosłowackie Karosy ŠM11, trzydrzwiowe autobusy o długości 11 metrów. Następnie węgierskie Ikarusy 242, z obniżoną podłogą i silnikiem zamontowanym z tyłu. Potem testowano konstrukcje z Włoch, Japonii, Hiszpanii, Niemiec i Danii.

Sam wygląd autobusu Berliet intrygował - wóz z fabryki w Vénissieux był elegancko kanciasty, posiadał panoramiczne trapezowe okna, szerokie drzwi oraz podłogę znacznie niżej niż większość dotychczas produkowanych autobusów. Jeździł na silniku Berliet V800 oraz Perkins V8. „Zainstalowanie silnika na zwisie tylnym i zastosowanie napędu osi tylnej pozwala na obniżenie przebiegu podłogi do wartości ok. 500 mm w drzwiach przednich oraz około 750 mm w drzwiach tylnych”.

Rola Edwarda Gierka i zakup licencji
Czym innym jednak pozytywne oceny inżynierów, czym innym ostateczna decyzja władz. Tę podjął ponoć osobiście Edward Gierek, który - choć deklarował się jako komunista - wykazywał niebywały sentyment do wszystkiego, co francuskie. W specjalistycznych opracowaniach można znaleźć wiele informacji o tym, że decyzję podjęto pochopnie. Niektórzy badacze dowodzą, że Berlietów nie tylko w Polsce nie przetestowano, ale że model PR100 nie był dopracowany nawet we Francji. Szeptano, że ponoć decyzję o kupnie licencji podjęto (pomijając już lobbing tow. Gierka) podczas imprezy towarzyskiej. Fakty są takie, że komisja MZK Berliety zarekomendowała, podpisano papiery i w 1972 roku Jelczańskie Zakłady Samochodowe poprzez firmę Pol-Mot podpisały umowę licencyjną na ich produkcję.

Berliet PR100 w polskiej rzeczywistości
Pierwsze auta były montowane niemal wyłącznie z podzespołów francuskich, lecz w miarę upływu czasu zwiększano udział polskich elementów. Włodzimierz Winek w opracowaniu „Marka »Berliet« w Polsce w latach 1914-1973. Fakty, mity, polemiki” szczegółowo prześledził proces adaptacji autobusu do polskich warunków. „Autobus, chociaż bardzo nowoczesny jak na swoje czasy, nie należał do niezawodnych. Oprócz wspomnianej już półautomatycznej przekładni, posłuszeństwa odmawiały też silniki. Natomiast zły stan dróg w polskich miastach oraz przeciążenia tych autobusów powodowały częste pękanie delikatnej kratownicy”. Mimo to, 5 stycznia 1973 roku w zajezdni przy ul. Inflanckiej odbyła się pierwsza konferencja prasowa z udziałem przedstawicieli firmy Berliet, na której oficjalnie poinformowano, że pierwsze pięć wozów wyruszy na trasę linii pospiesznej „A” w niedzielę 7 stycznia.
Od 1975 roku zakłady w Jelczu zaczęły opuszczać autobusy już w „polskiej wersji”. Wcześniej testowano je w Katowicach, Wrocławiu i Warszawie, gdzie kursowały na liniach 122, 155 i 159. W porównaniu do francuskiego poprzednika, rodzimy model był o niemal metr dłuższy, posiadał troje drzwi i reflektory od Fiata 125p. Jednocześnie mogło nim podróżować 109 pasażerów, w tym 35 na siedząco. Pasażerom nowy autobus bardzo się podobał. Chwalono jego przestronność, wygodę, dobry widok z okien. W „Polskiej Kronice Filmowej” z grudnia 1976 roku można co prawda zobaczyć, jak zmarznięci pasażerowie z Wrocławia pchają Berlieta zakopanego w śniegu na ul. Inflanckiej.
Koniec produkcji i dziedzictwo Berlieta
Pod koniec lat 70. marka Berliet nie wytrzymała kryzysu i została de facto wchłonięta przez swego konkurenta - Renaulta. Przyczyniło się to pośrednio do zakończenia produkcji Berlieta w Polsce - zakończyła się ona w 1983 roku, ale jeszcze przez lata wozy uzupełniały tabory komunikacyjne. Na przykład w Warszawie ostatni zjechał z linii w 1987 roku. Rok później pojawił się następca Berlieta - węgierski Ikarus. Nie wiadomo, czy Ikarus podobał się Edwardowi Gierkowi, który w latach 80. dożywał emerytury w Ustroniu i cierpiał na kłopoty zdrowotne - w czasie pracy we francuskiej kopalni nabawił się pylicy płuc.
