Dramatyczny pożar domu rodziny Kondraciuków w Topolanach

Noc, która zmieniła wszystko: Początek pożaru

To był dom naszych marzeń - drewniany, pełen ciepła, otoczony naturą. Wystarczyło kilka minut, by dom w Topolanach, w województwie podlaskim, oraz dorobek życia Rafała (40 l.) i Natalii (38 l.) Kondraciuków obróciły się w stertę gruzu i popiołu. Gdyby nie przytomność umysłu dzieci i bohaterstwo obojga rodziców, dziś opłakiwalibyśmy siedem osób.

Noc z poniedziałku na wtorek, 21 kwietnia, okazała się tragiczna. Tuż przed północą, gdy cała siedmioosobowa rodzina głęboko spała, pożar zaczął się rozprzestrzeniać. Jak wspomina Natalia Kondraciuk, w domu było już bardzo dużo gryzącego dymu, gdy 13-letnia Gabrysia i 7-letnia Ania obudziły się, czując dym. "Córka najstarsza zdobyła się na tę odwagę, żeby po omacku i po ciemku, bo już prądu nie było, zacząć budzić nas. Wtedy już wszystkie dzieci zaczęliśmy budzić i gromadzić też razem, żebyśmy jakoś się odnaleźli w ciemności i w dymie" - relacjonuje Natalia Kondraciuk.

Zgliszcza domu w Topolanach po pożarze, zniszczone mienie

Bohaterska ewakuacja: Walka o życie dzieci

Rafał Kondraciuk natychmiast zbiegł na parter, ale tam były już tylko dym i trzask płomieni. W budynku zabrakło prądu, a mężczyzna po omacku wrócił na piętro. Gdy otworzył drzwi do pokoju, z którego można było skakać na trawę, buchnął na niego ogień.

W obliczu śmiertelnego zagrożenia, rodzice podjęli heroiczną decyzję o ewakuacji przez okno. „Chciałem, żeby wiedzieli, że skaczemy. Żeby wiedzieli, gdzie nas szukać, jeśli nam się nie uda” - wspomina Rafał. Jako pierwsza z okna wyskoczyła 13-letnia Gabrysia. Widząc, jak dziewczynka upada na twarde podłoże, Rafał zrozumiał, że musi działać inaczej. Wtedy Natalia, z płonącym ogniem już parzącym ją w plecy, opuszczała dzieci jedno po drugim prosto w ramiona męża. Po chwili Kuba (5 l.), Ania (7 l.), Krzysztof (9 l.) i Judyta (11 l.) stanęły bezpiecznie na ziemi.

Stali na mrozie, boso, w samych piżamach - Rafał w samych bokserkach i z ranami od oparzeń. Patrzyli, jak ogień zabiera im dom.

Rodzina przesiedlona po pożarze domu

Akcja ratunkowa straży pożarnej

W nocy z 20 na 21 kwietnia, o godzinie 00:13, dyżurny Stanowiska Kierowania Komendanta Miejskiego Państwowej Straży Pożarnej w Białymstoku otrzymał zgłoszenie o pożarze budynku mieszkalnego w miejscowości Topolany. Informacja dotyczyła rozwijającego się pożaru domu jednorodzinnego.

Na miejsce zdarzenia natychmiast zadysponowano liczne siły i środki z Państwowej Straży Pożarnej oraz jednostek Ochotniczej Straży Pożarnej. Po przybyciu pierwszego zastępu strażacy przeprowadzili rozpoznanie, podczas którego ustalono, że budynek objęty jest pożarem w całości. Jeszcze przed przyjazdem służb ratunkowych, siedem osób, w tym pięcioro dzieci, ewakuowało się z płonącego budynku. Wszystkie osoby były przytomne i znajdowały się poza strefą bezpośredniego zagrożenia.

W trakcie dalszego rozpoznania strażacy stwierdzili, że pożar zagraża również dwóm samochodom osobowym oraz budynkowi gospodarczemu usytuowanym w pobliżu płonącego domu. W celu ograniczenia rozprzestrzeniania się ognia i obrony zagrożonego mienia zabezpieczono teren działań oraz podano dwa prądy wody w natarciu na palące się pomieszczenia parteru. W trakcie prowadzonej akcji ratowniczo-gaśniczej doszło do częściowego zawalenia się konstrukcji budynku. Sytuacja ta znacząco utrudniła działania strażaków i wymagała zachowania szczególnej ostrożności podczas prowadzenia natarcia oraz dogaszania pogorzeliska. Po całkowitym opanowaniu sytuacji oraz wyeliminowaniu ryzyka ponownego rozprzestrzenienia się ognia działania zostały zakończone. Cała akcja trwała około 4,5 godziny.

Mapa interwencji straży pożarnej w okolicach Topolan

Utrata materialna, niezłomna siła rodziny

Drewniany dom w Topolanach na Podlasiu w kilka chwil zamienił się w popiół. Rafał i Natalia Kondraciukowie stracili dorobek całego życia oraz każdą pamiątkę. „Wyszliśmy z ognia z niczym” - mówią.

Tydzień po tragedii reporter "Super Expressu" spotkał się z rodziną. Rafał właśnie opuścił szpital. Pomimo dramatu i utracie wszystkich dóbr materialnych, próbują się nawet uśmiechać. Historia Kondraciuków to opowieść o wielkiej miłości i sile rodziny. Pobrali się na studiach, wbrew radom, by najpierw „się dorobić”, wierząc, że rodzina jest najważniejsza i mogą żyć nawet pod mostem, byle razem. Rafał, pedagog i terapeuta, zawsze pomagał innym, a Natalia dbała o domowy azyl dla ich pięciorga dzieci.

Chociaż stracili dach nad głową i wszystkie pamiątki, ich więź pozostała silna. „Obecnie nie mają nic materialnego, ale cieszą się tym, co najważniejsze - sobą nawzajem” - podkreśla Radio Białystok.

Cud w nieszczęściu i wyzwania na przyszłość

Natalia Kondraciuk określa fakt, że wyszli z pożaru niemal bez szwanku, jako cud. „Straciliśmy wszystko to, co mieliśmy. Tak naprawdę w porównaniu do tego, co się wydarzyło, to mamy niewielkie obrażenia. Największe to ma właśnie najstarsza córka, która złamała dwie ręce, ale też te złamania nie są jakieś straszne. I mąż ma jeszcze poparzenia, które się muszą wygoić. Ale naprawdę cud w tym wszystkim, że tak to się skończyło” - dodaje Natalia.

Rodzina Kondraciuków straciła wszystko, ale otrzymuje szerokie wsparcie. „Dostajemy już bardzo dużo pomocy i wsparcia - my i dzieciaki, bardzo dużo ciepła, bardzo dużo miłości. Wyszliśmy z tych szpitali i nareszcie jesteśmy razem” - mówi Natalia. Obecnie pogorzelcy mieszkają u rodziny w Białymstoku, ale przed nimi stoi ogromne wyzwanie odbudowy życia i codzienności.

tags: #bialystok #pozar #gliniana #5