Historia Londynu naznaczona jest dwoma potężnymi pożarami, które na przestrzeni wieków radykalnie zmieniły oblicze miasta i jego mieszkańców. Pierwszy, Wielki Pożar Londynu z 1666 roku, był konsekwencją specyficznej zabudowy i warunków społecznych XVII-wiecznej metropolii. Drugi, zwany często „drugim wielkim pożarem”, to efekt zmasowanych bombardowań podczas II wojny światowej, znanych jako „Blitz”. Oba wydarzenia, choć dzieli je blisko trzysta lat, brutalnie przypomniały o kruchości miejskiej tkanki i sile żywiołów, zarówno naturalnych, jak i wojennych.
Londyn w XVII wieku: Tło historyczne i społeczne
Przed pożarem: Anglia i Londyn w XVII wieku
Rok 1666 nie należał do spokojnych w Królestwie Anglii i jego posiadłościach. Jeszcze trwała II wojna angielsko-holenderska, a nie przebrzmiały echa niedawnej wojny domowej i ery protektoratu Olivera Cromwella. Konflikt między anglikanami i katolikami stanowił tło codziennego życia w państwie. W tym czasie Anglia powoli stawała się państwem imperialnym, a Londyn stanowił jego polityczne i komercyjne centrum. Chociaż przewrót dokonał się bezkrwawo, a nawet wielu królobójców uszło z życiem, był to okres dużego zamieszania politycznego. Powrót króla i polityka lorda kanclerza Clarendona uderzyły mocno w wyznawców niepaństwowych odłamów chrześcijaństwa, głównie w purytanów, którzy za Cromwella stanowili dominującą grupę religijną. Do zawirowań politycznych i konfliktów religijnych trzeba dodać wojnę z Holandią. Jej konsekwencją dla Londyńczyków były przede wszystkim napięte stosunki i podejrzliwość wobec kupców z tego kraju.
Lata 60. XVII wieku to również czas rozwoju handlu morskiego, ambitnych planów kolonialnych i coraz większego nastawienia na rozwój nauki i techniki. W Londynie skupiały się najważniejsze morskie szlaki handlowe. Jak przystało na stolicę państwa o ambicjach imperialnych, był on jednym z największych miast ówczesnej Europy.
Rok wielkiej zarazy - 1665
Pierwsze miesiące 1666 roku były kontynuacją ciężkiego okresu dla londyńczyków, gdyż wciąż panowała epidemia dżumy. Epidemie dżumy w ludnych miastach Europy nie były czymś niespotykanym, ale fakt, że dżuma zbiegła się rok po roku z wielkim pożarem, sprawił, że Londyńczycy mieli powód, by uważać ją za prawdziwy dopust boży. Dżuma przywędrowała z Europy, krążąc od dekady od Moskwy po Neapol i Genuę. W 1665 roku dotarła do Anglii, szerząc się przede wszystkim w biedniejszych dzielnicach, na przedmieściach Londynu (tzw. liberties). Na dżumę zmarło co najmniej 15 procent populacji Londynu, oficjalnie odnotowano 68 596 przypadków śmiertelnych. Szczyt choroby przypadł na wrzesień 1665 roku, kiedy zmarło ponad 7 tysięcy londyńczyków. W tym czasie dwór i parlament rezydował w Oxfordzie. Co zamożniejsi mieszkańcy też pouciekali z miasta. Został wstrzymany handel ze stolicą, a domy zarażonych były pilnowane przez straż. Anglii groziło też zamknięcie granic państwowych.
Struktura miasta i warunki sprzyjające katastrofom
Struktura miasta nadal pozostawała średniowieczna. Dominowała drewniana zabudowa, coraz bardziej ścieśniona murami, które zbudowali jeszcze Rzymianie. Najstarsza część miasta - City of London - ściśnięta z trzech stron wysokim murem z czasów rzymskich, a z czwartej zamknięta wybrzeżem Tamizy, była doskonałym miejscem do rozwoju epidemii, lecz także rozprzestrzeniania się ognia. W XVII-wiecznym Londynie większość zabudowy była drewniana, dachy pokryte strzechą, a układ miasta przypominał labirynt złożony z wąskich uliczek. Miasto było przeludnione, a mało kogo było stać na wznoszenie budynków z cegły i kamienia. Budowanie z drewna było właściwie zabronione, ale w gwałtownie zaludniającym się City praktycznie nie dało się tego kontrolować. Biedniejsi obywatele mieszkali nad rzeką w byle jak skleconych wielopiętrowych domach, najbiedniejsi - w szałasach z papy smołowej. Wiele z nich miało piwnice albo składziki pełne łatwopalnych zapasów tkanin czy smoły. Wszędzie było mnóstwo drewna. Londyn był też pełen prochu strzelniczego, nawet w domach prywatnych, gdzie zostało go trochę jeszcze z czasów wojny domowej. To jednak nic w porównaniu z magazynami w położonym na zachodnim krańcu City Londyńskim Tower.
Nieczystości płynęły rynsztokami lub rzeką, a między domami przemykały szczury. Coraz bardziej gęstniejąca zabudowa i rosnąca liczba mieszkańców były jak tykająca bomba. Jeden z czynników, który przyczynił się do rozprzestrzenienia się ognia, była paradoksalnie bliskość Tamizy. Choć rzeka zapewniała wodę do gaszenia, w jej sąsiedztwie mieszkali najbiedniejsi, których domy były wznoszone z lichych surowców, a w przybrzeżnych sklepach przechowywano łatwopalne materiały.

Wielki Pożar Londynu w 1666 roku
Wybuch i początek katastrofy
Minął rok od kulminacyjnego momentu epidemii. Londyńczycy powoli wracali do swoich zajęć. W nocy z soboty na niedzielę, 2 września 1666 roku, kilka minut po północy, doszło do pożaru w piekarni przy Pudding Lane. Ogień wybuchł przypadkowo w domu królewskiego piekarza Thomasa Farrinera. Prawdopodobnie jego służąca zapomniała wieczorem wygasić jeden z pieców używanych do wyrobu chleba. Iskry z tlącego się pieca podpaliły leżące obok drewno opałowe. Farriner wraz z rodziną zdołał uciec z budynku, przeskakując z okna na piętrze do sąsiedniego domu. Nie udało się to służącej Farrinerów, która przestraszyła się wysokości i zginęła w płomieniach, będąc zarazem pierwszą ofiarą wielkiego pożaru.
Informacja rozchodziła się szybciej niż ogień. Jeszcze tej samej nocy Samuel Pepys, słynny autor dziennika z tamtych czasów i ówczesny dowódca floty królewskiej, zanotował, że służąca poinformowała go o pożarze około 3 w nocy. Zdążył wyjrzeć, stwierdził, że nie jest to aż tak poważne i wrócił do łóżka. Podobnie postąpił lord major Londynu - sir Thomas Bloodworth. Okoliczni mieszkańcy próbowali pomóc w gaszeniu ognia, ale bez skutku. Przybyli na miejsce konstable orzekli, że należy jak najszybciej wyburzyć sąsiednie domy, by powstrzymać rozwój pożaru, ale mieszkańcy nie chcieli o tym słyszeć. Płomienie przeskoczyły już do kilku sąsiednich budynków. Powiadomiony o tym burmistrz Thomas Bloodworth zwlekał z wydaniem decyzji o burzeniu domów. Uważa się, że brak szybkiej reakcji z jego strony był jedną z przyczyn rozprzestrzenienia się ognia.
Rozprzestrzenianie się ognia
Latem było gorąco i sucho, do tego silny wiatr podsycał płomienie. Susza, będąca wynikiem wyjątkowo upalnego lata oraz południowo-wschodni wiatr, ułatwiły rozprzestrzenienie się pożaru na pozostałą część miasta. Szybkie przenoszenie się ognia umożliwiła również zwarta, drewniana zabudowa Londynu. Wiele domów, zwłaszcza biednych mieszkańców, było pokryte słomą dla ochrony przed deszczem, co czyniło je jeszcze bardziej łatwopalnymi. W kilka godzin ogień rozszedł się z piekarni na pobliskie domy. Potencjalną granicę od południa stanowiła Tamiza. Były pewne obawy, bo znajdujący się w pobliżu Most Londyński (London Bridge) był gęsto zabudowany. Ogień strawił również kamienice postawione na London Bridge i byłby zapewne dosięgnął drugiego brzegu rzeki, gdyby nie fakt, że jakaś część mostu była niezabudowana, co zadziałało jak naturalna bariera. Po dotarciu do mostu ogień rozprzestrzeniał się w stronę północnego zachodu. W drugim dniu obszar pożaru nadal się poszerzał, ogień sięgnął najbogatszej części dzielnicy oraz strawił zamek Baynarda.
We wtorek, w ruiny zmieniła się katedra św. Pawła, która miała chronić uprzednio tu zgromadzony dobytek mieszkańców. Wierzono wówczas, że punktem, który oprze się sile ognia, będzie katedra św. Pawła. Gotycka budowla, górująca nad miastem, była zbudowana z kamienia i być może miałaby szansę oprzeć się pożarowi, gdyby nie przecenienie jej możliwości. Mieszkańcy zaczęli znosić swoje meble i ustawiać je wzdłuż ścian katedry. Inna wersja mówi, że niesione z wiatrem fragmenty papierów i tkanin zadziałały niczym pochodnie, kiedy dotarły do drewnianego dachu katedry. Tak czy inaczej, trzeciego dnia pożar pochłonął katedrę, a wiatr szybko przesuwał płomienie dalej na zachód. Około godziny 11 wieczorem zaczął jednak zmieniać kierunek, co spowolniło dalsze rozprzestrzenianie pożaru. Pożar skierował się w stronę Tower of London, gdzie dzięki utworzonym pasom udało się go zahamować, oraz przeskoczył rzekę Fleet, sięgając bramy Temple Bar.

Walka z żywiołem i rola władz
W 1666 roku nie istniała w Londynie regularna straż pożarna. Małe pożary mieszkańcy i ich sąsiedzi gasili samodzielnie, w wygaszanie większych angażowało się całe miasto. Londyn nie był przygotowany do tak wielkiej klęski żywiołowej. W XVII-wiecznym pożarnictwie funkcjonowały już prymitywne wozy strażackie na kołach lub saniach, jednak ze względu na ich gabaryty oraz brak węży doprowadzających miały ograniczony zasięg i były nieoperatywne - na miejsce pożaru często docierały za późno. Dlatego głównymi metodami działania były gaszenie wodą (społeczne zaangażowanie w napełnianiu i przekazywaniu wiader z wodą) oraz rozbiórka budynku za pomocą bosaków, choć do zniszczenia budynku używano też innych podręcznych technik, np. kontrolowanej detonacji prochu strzelniczego.
Rozbiórka budynków miała służyć tworzeniu pasów przeciwpożarowych, a zwlekanie z ich utworzeniem, oprócz silnego wiatru, było jedną z przyczyn powstania burzy ogniowej. Ówczesny lord major Londynu, sir Thomas Bloodworth, którego kompetencje do pełnienia przypisanej mu funkcji są podawane w wątpliwość, zwlekał dobę z decyzją o rozbiórce budynków stojących na drodze ognia, aż dokonano tego na rozkaz króla. Król Karol II rozkazał burzyć domy bez wahania, nie oglądając się na protesty mieszkańców, byle tylko zatrzymać pochód ognia. Wojsko i strażacy od niedzieli próbowali coś zrobić, ale ich wiedza na temat tego typu katastrof oraz praktyczne umiejętności okazały się niewystarczające. Walką z pożogą kierował teraz Jakub, książę Jorku, brat króla. Wojskowa załoga Tower stwierdziła, że nie może czekać na strażaków i musi sama zapewnić bezpieczeństwo sobie i kilkuset tonom prochu. I to właśnie proch pomógł im w realizacji celu.
Szybkość roznoszonej informacji prawdopodobnie uratowała jednak życie wielu londyńczykom. Chociaż pożar przyniósł ogromne straty, to zginęło stosunkowo niewielu ludzi. Czwartego dnia sytuacja była właściwie opanowana. Ogień został powoli opanowany czwartego dnia, chociaż na pełne wygaszenie głównych pożarów trzeba było poczekać jeszcze dwa dni. Mimo to niektóre miejsca tliły się jeszcze nawet do kilku miesięcy. Do 6 września płomienie zostały opanowane. Dom Samuela Pepysa przetrwał, podobnie jak Tower i wschodnia część City.
Wielki pożar Londynu 1666
Skala zniszczeń i ofiary
Nie ma jednoznacznych szacunków, ile osób zginęło w pożarze. Wiele źródeł podaje, że zaledwie kilka - te jednak nie uwzględniają ofiar zmarłych wskutek następstw pożaru. Oficjalnie odnotowano tylko sześć ofiar. Biorąc pod uwagę czas trwania pożaru, jego intensywność oraz strukturę zabudowy miasta, wydaje się to jednak mało prawdopodobne. Niektórzy spekulują, że ofiar mogły być w istocie tysiące. Część z nich mogła doszczętnie spłonąć w huraganowym ogniu, który w ciągu kilku dni mógł strawić nawet kości. Część być może umarła w ciągu kolejnych tygodni lub miesięcy na skutek zaczadzenia. W obozach naprędce stawianych dla pogorzelców niektórzy prawdopodobnie zmarli z wychłodzenia. Znacznie pewniejsze jest podsumowanie strat materialnych.
Pożar zniszczył powierzchnię około 300 akrów, czyli około połowę miasta. W ciągu niespełna czterech dni zostało zniszczone 2/3 zabytkowej zabudowy miasta. Nie oparła mu się katedra, giełda królewska (Royal Exchange) i ratusz (Guildhall), spłonęło ponad 13 tysięcy budynków mieszkalnych oraz 87 kościołów parafialnych. Ogółem zniszczonych zostało 15 procent miejskiej zabudowy. Ponad 80 tysięcy, a według innych szacunków nawet 100 tysięcy mieszkańców, straciło dach nad głową i w miarę godziwe warunki do życia, których nie udało się poprawić przed zbliżającą się zimą. Straty miasta, czyli wartość zniszczonych budynków prywatnych i publicznych, szacowano na około 10 milionów funtów.
Odbudowa miasta i zmiany architektoniczne
Wielki pożar stał się wielką cezurą w dziejach Londynu. Odbudowa miasta, rozpoczęta już kilka miesięcy po pożarze i kierowana przez wybitnego architekta Christophera Wrena, starano się zmienić jego charakter architektoniczny, by zapobiec kolejnym tragediom. Pożar przyniósł ogromne straty, ale stał się okazją do przemyślenia miasta na nowo. Powstały trzy główne plany przebudowy, z których żaden nie został jednak zaakceptowany. Wynikało to z praw własności, które bardzo utrudniały dowolne zmiany w strukturze ulic. Zachowano więc średniowieczny plan, stawiając na subtelniejsze zmiany.
Po pierwsze, tzw. Rebuilding Act z 1667 roku zakazywał budowania z innych materiałów niż kamień i cegła. Nie można też było - jak to było nagminne w średniowieczu - budować pięter wystających poziomo za pierwszą kondygnację. Zapewniono lepszy dostęp do wody na każdej ulicy, żeby każdy pożar można było na miejscu ugasić. Odbudowa trwała przez następne 20 lat. Głównym autorem zmian w odbudowywanym Londynie był Christopher Wren. Chociaż król nie zaakceptował jego planu przebudowy miasta, to powierzył mu pieczę nad odbudową. Stosunkowo młody wówczas Wren (miał 34 lata w roku pożaru) był uważany za geniusza i doskonale wywiązał się z zadania.
Największym wyzwaniem było odbudowanie katedry św. Pawła. Gotyckie strzeliste wieże Wren zastąpił widoczną z daleka ogromną kopułą. Ostateczny projekt został zaakceptowany dość późno, bo Wren musiał zaspokoić wiele gustów, wymagań estetycznych i ideowych. Na przykład kościół nie mógł za bardzo przypominać budowli katolickich. Z każdego z zadań wyszedł obronną ręką. Do dziś katedra jest sercem miasta i jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków Londynu. Odbudowany Londyn dorósł do swojej roli europejskiej metropolii i stolicy wielkiego imperium. Mimo kolejnych zmian architektura zaproponowana przez Wrena (z katedrą na czele) jest do dziś dobrze widoczna w krajobrazie miasta.
Paradoksalne skutki pożaru
Paradoksalnie, kataklizm przyniósł niewiele ofiar śmiertelnych. Jedno z popularnych w Anglii przekonań na temat wielkiego pożaru dotyczy paradoksalnie dobroczynnego wpływu katastrofy na wygaszenie epidemii dżumy. Niemal całkowite zniszczenie dzielnicy, której warunki były idealne do przenoszenia zarazków, było postrzegane przez niektórych jako skuteczna, choć przypadkowa metoda na zniszczenie pozostałych gdzieniegdzie ognisk zarazy. Dzięki wprowadzonym zmianom udało się uniknąć nie tylko podobnych pożarów. Londynu nigdy nie nawiedziła już epidemia dżumy na taką skalę jak w 1665 roku. Pożar zniszczył około 300 akrów, czyli około połowę miasta. Wiele budynków na ulicy Samuela Pepysa zostało wyburzonych, żeby nie dopuścić ognia do Tower. W tym przypadku metoda zadziałała. W innych miejscach nie była wystarczająca ze względu na wiatr niosący płonące fragmenty tkanin i papierów.
Po roku epidemii wielu i tak było na granicy bankructwa, pożar doprowadził ich do ruiny. Kupcy, którzy chcieli zachować ciągłość handlu, wynieśli się z miasta i rozpoczęli działalność w innych miejscach. Ci, którym ogień odebrał nieruchomości, zbankrutowali lub z trudem odbudowali dawną pozycję. Ożywienie gospodarcze było powolne, ale Londyn z powodu dogodnego położenia geograficznego nigdy nie utracił pozycji ekonomicznego centrum Wyspy.

Drugi Wielki Pożar: Bombardowania Londynu podczas II wojny światowej (Blitz)
Kontekst i początek "Blitzu"
Aż do 1940 roku Londyn nie widział tak dużego pożaru. Drugi wielki pożar spotkał miasto dopiero w czasie II wojny światowej. Była to konsekwencja totalnej wojny powietrznej, jaką Anglii wypowiedział Adolf Hitler. Niemieckie samoloty od września nieustannie bombardowały stolicę królestwa, starając się dokonać jak największych zniszczeń, a jednocześnie złamać ducha mieszkańców. Anglicy nazywali to zjawisko „Blitzem”, swego rodzaju pożogą, która trawiła kolejne części miasta, teraz już murowanego, ale wciąż podatnego na pożary. W grudniu 1940 roku Niemcy przypuścili jeden z najbardziej niszczycielskich nalotów w ramach tzw. „blitzu”, czyli serii ataków bombowych Luftwaffe na Wielką Brytanię. Naziści doprowadzili do pożarów na obszarze Londynu większym niż spalony w 1666 roku.
Po poniesieniu przez niemieckie bombowce ciężkich strat w czasie dziennych nalotów na Anglię, prowadzonych z największym natężeniem w sierpniu i wrześniu 1940 roku, dowództwo Luftwaffe zdecydowało się przenieść porę tych działań na noc. Okazało się to dla Brytyjczyków wielkim wyzwaniem, nie byli bowiem przygotowani do odpierania akcji przeciwnika prowadzonych pod osłoną ciemności. Wydarzenia znane jako „Blitz” są zdecydowanie mniej znane w powszechnej świadomości niż wcześniejsza tzw. bitwa o Anglię. Trwały jednak zdecydowanie dłużej, a w poszczególnych epizodach brała udział porównywalna liczba bombowców, zadając brytyjskim miastom ciężkie ciosy. Od października 1940 roku Luftwaffe wykonywała nocne naloty na cele w Wielkiej Brytanii, siłami nawet kilkuset bombowców. Nieprzygotowani do zwalczania takiego zagrożenia Brytyjczycy nie byli w stanie w ostatnich trzech miesiącach 1940 roku zestrzelić więcej niż kilku bombowców w jednej akcji. Same naloty okazały się być natomiast względnie celne, ponieważ przed właściwymi uderzeniami cele były znakowane tzw. markerami (bombami oświetlającymi) zrzucanymi przez doświadczone załogi dywizjonu KGr 100.

Kulminacja niemieckich nalotów: Grudzień 1940 roku
Kulminacją niemieckich nalotów była noc z 29 na 30 grudnia 1940 roku. To właśnie wtedy nad miasto nadciągnęła największa fala bombowców Luftwaffe. W ciągu kilku godzin zrzucono na Londyn ponad 100 tysięcy bomb zapalających oraz 24 tysiące ładunków wybuchowych innego typu, w tym min. W mieście wybuchły setki pożarów, z których gaszeniem nie nadążały postawione na nogi zastępy strażaków. Londyńska społeczność szybko zmobilizowała się do walki z ogniem, wspomagając służby w misji ratowania miasta. Ofiarą bombardowania padło przede wszystkim zabytkowe centrum nazywane „City”, które tak pieczołowicie odbudowywano po tragedii z 1666 roku.
Symbol oporu: Katedra Świętego Pawła
Po raz kolejny w centrum wydarzeń stanęła Katedra Świętego Pawła. Tyle że tym razem nie została zniszczona, choć trafiło ją kilka ładunków. Brytyjczycy rozpatrywali to wydarzenie w kategoriach cudu. Katedra stała się zresztą symbolem brytyjskiego oporu przeciwko Luftwaffe. Premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill nakazał jej ratowanie za wszelką cenę. Zastępy strażaków gasiły pożar za pożarem, który wybuchał w okolicy dumnego budynku, nawet wtedy gdy zaczynało brakować im wody. Udało się im, choć nocną akcję przypłacili życiem 12 ich kolegów. Katedra przetrwała, a wraz z nią zaangażowanie i wola walki Brytyjczyków.

Skutki bombardowań i ich wpływ
Stolica Zjednoczonego Królestwa odczuła boleśnie efekty bombardowania z 29 i 30 grudnia 1940 roku. Zniszczeniu uległy setki budynków, w tym zabytkowa siedziba władz Londynu Guildhall oraz 19 kościołów. Niektórych z nich nigdy nie odbudowano. Spośród ludności cywilnej zginęło około 160 osób, ponad 500 było rannych. Wspomniani strażacy złożyli dużą ofiarę. Obok 12 zabitych ponad 250 kolejnych zostało rannych. Powszechnie uznawano ich za bohaterów, cichych zwycięzców walki z Luftwaffe.
Taktyka Niemców nie przyniosła pożądanych rezultatów. Początkowo zakładano, że dokonanie tak ciężkich zniszczeń w angielskich miastach złamie ducha obrońców. Tymczasem Brytyjczycy jeszcze mocniej skonsolidowali się wokół walki z przeciwnikiem, rozpamiętując bolesne straty. W wyniku nalotów na Wyspach brytyjskich zginęło 42 629 cywilów, a 50 tysięcy zostało rannych. Pomimo tego w krytycznym okresie, kiedy nie było pewne wsparcie Wielkiej Brytanii ze strony USA, niemieckiemu lotnictwu nie udało się załamać woli walki Brytyjczyków i wymusić zawarcia pokoju z III Rzeszą przed uderzeniem na ZSRR.
Zakończenie okresu intensywnych nalotów
Okres Blitzu skończył się w maju 1941 roku, gdy Niemcy mocniej zainteresowali się przygotowaniami do kampanii na wschodzie. Był to ostatni wielki nalot w ramach niemieckiego Blitzu, choć do nocy z 18 na 19 maja wykonywano jeszcze mniejsze akcje. Ponad półroczne działania prowadzone od października 1940 roku do końca maja 1941 roku kosztowały Luftwaffe nieco ponad 500 bombowców utraconych z wszelkich przyczyn. Nie oznaczało to oczywiście zaprzestania nocnych rajdów. Bomby wciąż spadały na Londyn i inne angielskie miasta, ale już nie z tak dużym natężeniem, jak w grudniu 1940 roku. W czerwcu większość dywizjonów He 111 uczestniczących w nalotach na Anglię skierowano do wsparcia działań na otwartym 22 czerwca froncie wschodnim. Wkrótce miał nadejść czas odwetu, gdy alianckie wyprawy zaczęły zapuszczać się nad niemieckie miasta, dokonując ogromnych zniszczeń w masowych bombardowaniach.
Dziedzictwo i pamięć
Wielki pożar z 1666 roku odcisnął bolesne piętno na historii miasta. Katastrofa wywarła duży wpływ na angielskie społeczeństwo, trwale zapisując się w jego pamięci. Już dziesięć lat później, niedaleko miejsca pojawienia się pierwszego ognia, postawiono pomnik upamiętniający wydarzenia z 1666 roku. Wielki pożar znalazł odzwierciedlenie w literaturze i sztuce. Zainspirował ówczesnych twórców - poetów i malarzy, którym płonący Londyn kojarzył się ze spektakularnymi biblijnymi i mitologicznymi pożarami miast. Interpretowali go jako karę boską za grzechy mieszkańców, porównywali do zniszczenia Kartaginy, Rzymu z czasów Nerona czy homeryckiej Troi.
W latach 1671-1677 w pobliżu źródła katastrofy wzniesiono kolumnę upamiętniającą wielki pożar Londynu, nazwaną „Monument”. Kolumna ma 62 metry wysokości i stoi 62 metry od miejsca, gdzie wybuchł Wielki Pożar, a gdzie wówczas stał kościół św. Małgorzaty, który spłonął jako jeden z pierwszych budynków w czasie katastrofy. Znajdują się na niej płaskorzeźby, które opowiadają historie pożaru. Jeden z napisów głosi, że wielki pożar spowodowała „ręka Boga, wielki wiatr i bardzo sucha pora”. Inny, usunięty w 1830 roku, informował natomiast, że za pożar odpowiedzialna jest… „zdrada i złośliwość frakcji papieskiej”. W 1986 roku londyńscy piekarze przeprosili burmistrza Londynu za podpalenie miasta. Członkowie Worshipful Company of Bakers zebrali się na Pudding Lane i odsłonili tablicę potwierdzającą, że jeden z nich, Thomas Farrinor, był winny spowodowania wielkiego pożaru w 1666 roku.
tags: #bombardowanie #londynu #drugi #wielki #pozar #londynu