Pożar węgla w Centralii w Pensylwanii

Zaledwie 200 km na zachód od Nowego Jorku znajduje się miejsce, które David DeKok w swojej książce „Unseen Danger” opisuje jako przestrzeń, „w której nie przeżyje żaden człowiek, miejsce gorętsze niż planeta Merkury, z atmosferą bardziej trującą niż na Saturnie”. Od ponad 60 lat pod miastem Centralia w Stanach Zjednoczonych trwa pożar, który trawi stare kopalnie węgla. To, wzniesione na złożach węgla w XIX wieku miasto w stanie Pensylwania, dziś już właściwie nie istnieje, spowite kłębami dymu wydobywającymi się z ziemi, z zapachem spalenizny w powietrzu. Historia Centralii przypomina katastrofę, w której wiele pozornie małych błędów człowieka nałożyło się, doprowadzając do trwającej dekady tragedii.

Widok na zadymione tereny Centralii z widocznymi szczelinami w ziemi

Początki i rozkwit Centralii: Miasto zbudowane na węglu

Wiele zakątków naszego globu do dzisiaj boryka się z konsekwencjami błędnych decyzji z przeszłości. Zdarzają się sytuacje o wiele bardziej zdumiewające i rzadko spotykane, a doskonałym przykładem jest niewielka miejscowość Centralia w Stanach Zjednoczonych. Historia tej osady rozpoczyna się w połowie XIX wieku, kiedy to założono ją jako kolonię górniczą nad potężnymi złożami węgla kamiennego. W 1842 roku ziemie te zakupiła firma Locust Mountain Coal and Iron Company. Powstanie Centralii wpisywało się w masowy rozwój tzw. Regionu Węglowego (Coal Region) w północno-wschodniej Pensylwanii, który jest jednym z głównych dostawców węgla w USA. Szacuje się, że ten jeden stan przez ostatnie 200 lat dostarczył Amerykanom 25% tego surowca.

W okolicy Centralii znajduje się prawdopodobnie największe złoże antracytu - odmiany węgla kamiennego o niezwykle korzystnych właściwościach opałowych, charakteryzującej się najwyższą zawartością czystego węgla, dużą kalorycznością i niską produkcją popiołu. Wydobycie tego cennego surowca stanowiło główny motor napędowy dla całej okolicy. W pobliżu miasta w 1854 roku zbudowano tory kolejowe, które umożliwiły transport wydobytego kruszcu, zapoczątkowując intensywny rozkwit regionu. Pod koniec stulecia w mieście działało pięć kopalni, a zamieszkiwało je blisko 3 tysiące mieszkańców, zatrudnionych najczęściej w górnictwie.

Historyczne zdjęcie Centralii z widokiem na kopalnie i tory kolejowe

Zmierzch górnictwa i narastające problemy

Wielki Kryzys i rosnąca popularność ropy naftowej jako „czystszego” i tańszego od węgla paliwa doprowadziły w XX wieku do załamania w górnictwie węglowym. Nierentowne kopalnie zamykano, a górnicy byli zwalniani. W rezultacie populacja Centralii spadła w latach 60. XX wieku do około 1500 mieszkańców, mimo że wydobycie węgla wciąż pozostawało podstawą funkcjonowania miasteczka. Wielu mieszkańców wydobywało węgiel w nielegalnych, niezabezpieczonych i nierejestrowanych szybach. W obszarach miasta, gdzie stosowano metodę odkrywkową, charakterystyczny element krajobrazu stanowiły ogromne dziury i wyrobiska kopalniane, które powszechnie wykorzystywano jako wysypiska śmieci. Władze miasta zalegalizowały gromadzenie śmieci w jednym z takich wyrobisk, niedaleko cmentarza Odd Fellows na południowo-wschodnim krańcu Centralii, dążąc do zakończenia nielegalnego wywozu odpadów do innych wyrobisk, które miały tunele i dziury w zboczach - pozostałości po dawnym wydobyciu.

Wiosna 1962 roku: Początek katastrofy

Pod koniec maja 1962 roku rozpoczęły się przygotowania do tzw. Memorial Day (Dnia Pamięci). Zgodnie z decyzją rady miasta, jednym z istotnych punktów przygotowań było uprzątnięcie wysypiska przy cmentarzu. Nie ma wątpliwości, że miało to dokonać się za pomocą ognia. Oczyszczenie śmietniska zaplanowano na 27 maja - dzień ten uznaje się dziś za datę wybuchu pożaru pod Centralią. Podpalenie śmieci, choć nielegalne z punktu widzenia prawa, było powszechnie stosowaną i skuteczną metodą na pozbycie się gryzoni, nieprzyjemnych zapachów i resztek porywanych przez wiatr. Strażacy po wszystkim dogasili płonące sterty i wrócili do domów.

Nieoczekiwane rozprzestrzenianie się ognia

Po dwóch dniach okazało się, że ze śmietniska ponownie wydobywa się dym. Straż ponownie zalała śmieci wodą, ale po tygodniu problem powrócił. Śmieci zostały wówczas przegrzebane za pomocą koparek, jednak okazało się, że pożar wszedł znacznie głębiej, niż się spodziewano. W trakcie kolejnych prób gaszenia ognia dokonano odkrycia, które zaważyło na porażce całego przedsięwzięcia: na północnej ścianie wyrobiska ukazał się otwór o szerokości prawie 5 metrów i wysokości około 1,5 metra. Wiódł on do podziemnego labiryntu starych kopalń. To najprawdopodobniej tędy ogień przedostał się pod miasto, podsycany napływającym powietrzem. Ta ukryta pod śmieciami dziura nie została wcześniej zabezpieczona.

Beznadziejna walka z żywiołem

Pożary kopalń w tym rejonie nie były rzadkością, a górnicy wiedzieli, jak sobie z nimi radzić, likwidując jeden z elementów trójkąta spalania (temperaturę, materiał lub utleniacz). Standardowym działaniem było izolowanie pożaru - zamykanie grodzi, szybów wentylacyjnych, duszenie ognia. Niestety, w opuszczonych i przez nikogo nie kontrolowanych kopalniach sprzed stu lat liczba otworów w skałach była tak wielka, że ich zamknięcie było niemożliwe. Z podobnego powodu nieskuteczna okazała się metoda zalewania kopalń. Ponadto sam antracyt pali się w bardzo wysokich temperaturach, a prócz złóż węgla płonęły zawarte w skałach pokłady siarki i wybuchowy metan. Żywioł pochłaniał również drewniane wzmocnienia korytarzy kopalnianych (tzw. chodników), co powodowało ich zawalenie i osuwanie się ziemi na powierzchni. Ogień rozprzestrzeniał się w labiryncie wyrobisk, często słabo udokumentowanych, a temperatury wewnątrz nierzadko przekraczały setki stopni Celsjusza.

Infografika przedstawiająca trójkąt spalania i sposoby gaszenia pożaru w kopalni

Błędy i biurokracja

Górnicy zaproponowali użycie koparek parowych do przekopania wysypiska, ale rada miasta potrzebowała czasu, by zebrać środki i załatwić formalności. Co gorsza, w tym czasie nawet nie zakazano korzystania z wysypiska - wywrotki wyrzucały śmieci na niedogaszone pogorzelisko. O tym, jak nieświadome zagrożenia były lokalne władze (a może po prostu jak bardzo je bagatelizowały), świadczy fakt, że pierwotnie wykopanie zajętych ogniem złóż zlecono tylko jednemu człowiekowi - Gordonowi Smithowi, inżynierowi i operatorowi koparki parowej. Nie zdążył on jednak przystąpić do pracy. Walka o ugaszenie pożaru została przegrana po wrześniowym długim weekendzie, gdy wszelkie prace wstrzymano aż na pięć dni! Wszystkie projekty powstrzymania pożaru ostatecznie okazały się bezcelowe i niemożliwe do zrealizowania ze względów technicznych, finansowych, ale także z powodu biurokracji i zwykłej opieszałości.

Centralia płonie: Skutki na powierzchni

Początkowo nawet mieszkańcy Centralii bagatelizowali sprawę, a ich życie toczyło się normalnym trybem. Spodziewali się, że władze zdołają opanować sytuację, a przez wiele lat nie wydawało się, by samo miasto było zagrożone. Kiedy jednak w sąsiednich, aktywnych kopalniach wykryto tlenek węgla, nastąpiła konieczność ich zamknięcia i zawieszenia pracy około 200 górników. Wykonywano odwierty w ziemi, aby przekonać się, jak daleko przedostał się pożar, a okolice miasta „ozdobiły” dziesiątki wystających z ziemi rur. Z czasem skutki pożaru stały się coraz bardziej widoczne na powierzchni. Asfalt na drogach ulegał drastycznym pęknięciom, grunty zaczęły się gwałtownie zapadać, a z otworów nieustannie ulatniał się gęsty dym.

Wycieczkowiec z groźnym wirusem płynie w stronę portu docelowego. Mimo sprzeciwu władz

W 1979 roku pracownicy lokalnej stacji benzynowej stwierdzili podgrzanie podziemnych zbiorników z benzyną do prawie 80°C, a podobne odczyty wskazywały mierniki tuż pod powierzchnią ziemi. Na początku lat 80. zamknięto drogę stanową wiodącą przez miasto, która była notorycznie spowita dymem. Ponadto w mieście pojawiły się pierwsze przypadki zatruć tlenkiem węgla w domach; montowane w nich czujki wykazywały obniżone stężenie tlenu. Władze zaleciły tylko regularne wietrzenie pomieszczeń, mimo że nie zarządzono ewakuacji mieszkańców.

Incydent Todda Dombowskiego: Punkt zwrotny

Poczucie bezpieczeństwa ostatecznie runęło po zdarzeniu z 14 lutego 1981 roku, kiedy to 12-letni Todd Dombowski bawił się w przydomowym ogródku, gdy nagle ziemia zarwała się pod nim. Chłopca uratował kuzyn. Wyrwa w ziemi miała niemal 90 metrów głębokości (choć niektóre źródła podają, że około 46 m), a temperatura na jej dnie wynosiła 200-300°C. Kłęby dymu unoszącego się z leja krasowego, który nieomal pochłonął chłopaka, zostały zbadane i okazało się, że zawierają śmiertelnie niebezpieczny tlenek węgla. Incydent ten wstrząsnął opinią publiczną i uświadomił wszystkim, że w Centralii nie da się dalej żyć.

Zdjęcie zapadliska, w które wpadł Todd Dombowski w Centralii

Ewakuacja i miasto duchów

Wszystkie badania i kalkulacje pokazywały, że walka z pożarem pochłonie olbrzymie fundusze, niewspółmierne do wartości ratowanego mienia. Wariant zakładający przekopanie całej okolicy kosztowałby ponad 660 milionów ówczesnych dolarów (dziś byłoby to około 1,5 miliarda dolarów), a i tak nie dałby gwarancji likwidacji zagrożenia. Obliczono, że wysiedlenie ludzi z miasta pochłonie mniej środków (około 46 milionów USD). Wreszcie w 1984 roku sprawa Centralii została zauważona na szczeblu federalnym, a podjęto decyzję, że jedynym opłacalnym rozwiązaniem jest wysiedlenie ludności. Relokację oficjalnie rozpoczęto w 1984 roku, ale część mieszkańców opuściła miasto już wcześniej.

W 1991 roku władze stanowe odkupiły od mieszkańców Centralii i sąsiedniego Byrnesville ich domy, które następnie równano z ziemią. Rząd obiecał jednak, że nikogo nie usunie z miasta siłą. Po ewakuacji ustawiono znaki ostrzegawcze, zamknięto popękaną drogę stanową nr 61, a od tych, którzy chcieli zostać, wykupiono zawczasu nieruchomości. W momencie ogłoszenia oficjalnej ewakuacji w mieście zostało około 600 mieszkańców; wszystkich, którzy opuścili Centralię, było ponad tysiąc. Dziś w miasteczku mieszka zaledwie 5 osób.

Mapa Centralii z oznaczeniem szacunkowej powierzchni zajmowanej przez podziemny pożar

Centralia dzisiaj: Płonące pustkowie

Pod Centralią do dziś palą się złoża węgla. Szacuje się, że pożar obejmuje około 15 km² i rozszerza się z prędkością 22 metrów rocznie. Według szacunków, pożar może jeszcze trwać nawet 250 lat, a temperatura pod powierzchnią ziemi w Centralii sięga nawet 300 stopni Celsjusza. Co rusz pojawiają się nowe dziury i zapadliska, zmienia się też ukształtowanie terenu. Ogień, który pod ziemią wypalił korzenie drzew, przeniósł się też na powierzchnię - zniszczył krzewy i drzewa, wypalając część terenu wokół miasta. Kłęby dymu nadal wydobywają się ze szczelin w skałach, a ze starego tunelu służącego za odwodnienie kopalń wypływa kwaśny, żółty strumień zanieczyszczony metalami i siarką. Nocą na wzgórzach widać niebieskie od metanu płomienie.

Centralia istnieje już tylko w pamięci garstki jej mieszkańców i turystów chcących zwiedzić jedno z najsłynniejszych miast duchów w USA. Opuszczony kawałek drogi 61 zamienił się w tzw. Autostradę Graffiti. Choć drogę zablokowano, usypując kopce ziemi, turyści ciekawi zobaczenia tego miejsca zostawiali na zamkniętym odcinku swoje malunki. Dziś Centralia powoli przekształca się w postindustrialne pustkowie. Resztki dróg i budynków, które pozostały w mieście, zarastają bujnymi pnączami, młode drzewa przebijają się w miejscach, gdzie kiedyś był wylany asfalt, a Centralia stała się miejscem odwiedzin osób, które lubią podróżować do tzw. miast widmo - osad niegdyś tętniących życiem, ale dziś będących jedynie pomnikiem, wspomnieniem dawno minionych czasów.

Zdjęcie Autostrady Graffiti w Centralii

Inspiracja dla „Silent Hill” i globalne analogie

Hitowy horror „Silent Hill” zdobył ogromną popularność na całym świecie. Nie każdy jednak wie, że przedstawione w filmie płonące miasteczko ma swój pierwowzór w realnym świecie. Twórcy filmu inspirowali się Centralią, i choć miasto w stanie Pensylwania nie jest tak przerażające, to nie sposób uniknąć porównań do wykreowanego przez filmowców świata. Miasteczko jest pełne gęstej mgły, przez którą widoczność jest niemal zerowa, co idealnie oddaje atmosferę horroru. Obecnie trwają prace nad nowym filmem z cyklu Silent Hill, który będzie kontynuacją wydarzeń z gry „Silent Hill 2”.

Centralia nie jest jedynym takim przypadkiem na świecie. Historia zna wiele podobnych przykładów pożarów podziemnych pokładów węgla, z których olbrzymia część ma naturalną przyczynę, jak np. wyładowania atmosferyczne. W Turkmenistanie, w wielkim zapadlisku, od 1971 roku płoną złoża gazu ziemnego. W New Castle w stanie Colorado od 1899 roku płonie kopalnia węgla (tzw. Burnikg Mountain), a w północno-wschodniej części Indii od 1916 roku ogień trawi złoża węgla na powierzchni około 450 km². Pożar ten rzutuje na życie miliona mieszkańców tych terenów, a rządowy projekt na kwotę 1,4 miliarda dolarów przewiduje walkę z pożarem i wysiedlenie prawie 90 tysięcy ludzi. Najstarszy znany na świecie tego typu pożar nieprzerwanie trawi pokłady węgla pod australijskim wzgórzem Mount Wingen, zwanym Płonącą Górą, trwając już około 5,5 tysiąca lat.

Ugaszenie pożaru w Centralii jest już praktycznie niemożliwe. Dla nas historia ta powinna być nauczką, że procedury bezpieczeństwa w przypadku terenów górniczych i planowanie przyszłości po zakończeniu eksploatacji złóż jest kwestią kluczową w zagłębiach węglowych. Miasto nie zostało zniszczone przez wojnę ani katastrofę naturalną, lecz przez rutynę, oszczędność i przekonanie, że "jakoś to będzie".

tags: #centralia #pennsylvania #pozar