Okres Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej to czas głębokich przemian społecznych, politycznych i gospodarczych, które odcisnęły piętno również na modzie codziennej oraz umundurowaniu służb. Analiza tego okresu pozwala zrozumieć ewolucję stylistyczną, w tym pojawienie się czarnych spodni jako elementu zarówno cywilnego stroju, jak i różnego rodzaju mundurów, w tym tych używanych przez Ochotniczą Straż Pożarną.

Ewolucja mody codziennej w powojennej Polsce
Okupacja i pierwsze lata po wojnie
Przeglądając stare zdjęcia, często zatrzymujemy się przy fotografiach mam lub babć i wzdychamy z zachwytu nad ich kreacjami. Po wojnie Polacy chcieli odreagować, wrócić do swojej „normalności” i cieszyć się nią. Wyciągali wszystko, co ocalało z wojennej pożogi, i starali się nadać temu drugie życie. W pierwszych miesiącach po wojnie noszono głównie to, co w czasie okupacji. Z konieczności dominował „styl militarny”. Przerabiano - i często także farbowano - przede wszystkim mundury, męskie spodnie, marynarki i płaszcze. Ale wykorzystywano też mniej oczywiste tekstylia, np. zasłony, koce czy czasze spadochronów. Z poszczególnych części spadochronów szyto ubrania - między innymi suknie ślubne - jeszcze podczas okupacji. W czterdziestym siódmym, czterdziestym ósmym roku co druga elegancka warszawianka paradowała w jedwabiu z wojennego spadochronu. W powojennej rzeczywistości każdy radził sobie, jak umiał. Nawet gwieździe filmowej Danucie Szaflarskiej brakowało podstawowych części ubioru. Aktorka opowiadała, że często można było ją spotkać na ulicach Warszawy w kostiumach, które zostały uszyte na potrzeby filmu „Zakazane piosenki”. Czasopisma takie jak „Przekrój” zachęcały czytelników i czytelniczki do wykorzystywania dostępnych materiałów i przeróbek.
Podstawowym ubiorem kobiet był kostium. Żakiet zazwyczaj przerabiano z męskiej marynarki, a spódnicę, zakrywającą kolano, szyto z męskich spodni. Wcięcie w talii podkreślano paskiem. Popularnością wciąż cieszyły się buty na drewnianej platformie. Z kolei mężczyźni swoim ubiorem często chcieli podkreślić partyzancką przeszłość - ubierali się w bryczesy i obszerne wiatrówki, które w czasie wojny pomagały zamaskować broń. Na głowy wkładali cyklistówki, a na nogi - oficerki.
Mieszkańców wyzwolonych obszarów po zakończeniu II wojny światowej wspierała amerykańska organizacja United Nations Relief and Rehabilitation Administration (Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy), w skrócie nazywana UNRRA. W ramach pomocy humanitarnej Amerykanie przekazywali w paczkach nie tylko artykuły spożywcze i lekarstwa, lecz także ubrania, które rozdzielano w zakładach pracy i punktach pomocy społecznej. Najczęściej wśród podarowanych ubrań można było znaleźć mundury, które kobiety przerabiały na garsonki i spódnice, ale trafiały się także sztruksowe spodnie czy kurtki z demobilu M-43 - popularne emki. To właśnie w takich modelach chodzili Zbigniew Cybulski i Marek Hłasko.
Lata 50. i walka z "amerykanizacją"
Pierwsze lata PRL-u to okres tuż po II wojnie światowej. Próby stworzenia nowej powojennej rzeczywistości odbiły się też na modzie. Wówczas panie nosiły raczej stonowane kreacje, brązowe, czarne i białe. W październiku 1947 roku plenum KC PPR przyjęło uchwałę o zwalczaniu amerykańskiej kultury, która przenikała do Polski i była widoczna w prasie, literaturze, kinie czy modzie. Komunistka Julia Brystigerowa, zwana Krwawą Luną, potępiała m.in. „Przekrój” za to, że serwuje czytelnikom „zdegenerowane, brudne utwory”. Amerykański styl życia stał się zakazany. Choć władza nie wspominała wprost o zakazanej modzie, to starała się kontrolować to, jak ubierają się obywatele. W latach 50. na ulicach dominowały garnitury. Mężczyźni nosili watowane i szerokie w ramionach marynarki, spodnie z obowiązkowym mankietem i koszule z szerokim kołnierzykiem. W chłodniejsze dni wkładali płaszcze, które ściągali paskiem.
Kobiecy strój był odmianą męskiego uniformu. Kobiety ubierały się w kostiumy złożone z marynarki, ciemnej spódnicy sięgającej co najmniej do kolan i białej koszuli zapiętej pod szyją lub z kołnierzykiem. Dekolty nie wchodziły w rachubę. Nawet damskie buty krojem były zbliżone do męskich półbutów. Kobiety pracujące fizycznie, na przykład na budowie, zaczęły nosić spodnie, co wynikało z konieczności - w spodniach robotnicom było wygodniej i cieplej.
W epoce stalinizmu krytykowano modę zachodnią i chęć modnego ubierania się czy wyróżniania. Ubranie miało być proste, tanie i „racjonalne”. Obywatele powinni myśleć o wyrabianiu normy, a wszelkie rozpraszacze, w tym modne czy też zbędne dodatki, należało wyeliminować. Oczywiście nie wszyscy ulegali narzuconemu oficjalnemu kanonowi wyglądu. Paczki przesyłane z Zachodu nierzadko były wypełnione modnymi ciuchami, którymi chętnie handlowano. Początek dali chłopi, którzy otrzymywali obficie zasobne przesyłki ze Stanów Zjednoczonych, sami zaś gustując raczej w długich cholewach i kamgarnowych wyrobach przemysłu państwowego, wyzbywali się chętnie na swych miejscowych jarmarkach taftowych sukien, mokasynów, kolorowych marynarek, płaszczy z wielbłądziej wełny czy z Prince de Galles i sandałów na słoninie. Nie tylko w Warszawie można było iść na „ciuchy”. Takie miejsca zaczęły powstawać w każdym większym mieście, np. we Wrocławiu zagranicznymi ubraniami handlowano na placu Nankiera. Więcej koloru zagościło na polskich ulicach w latach 50., gdy nowe pokolenie stworzyło subkulturę bikiniarzy, którzy nosili się kolorowo, a swoje stroje uzupełniali nieodłącznymi butami na grubej, gumowej podeszwie, czyli tzw. „słoninie”.
Lata 60. i 70.: kolor, mini i subkultury
Po odwilży w latach 50. nadeszły kolorowe lata 60. i 70. W latach 60. zadebiutował jeden z elementów garderoby, który na zawsze odmienił damską szafę - spódniczka mini, zaprojektowana w Londynie przez Mary Quant. Również Polki szybko podchwyciły trend i zaczęły odsłaniać nogi. Spódnice mini zapowiadały nie tylko rewolucję w modzie, lecz także obyczajowości, stały się symbolem kobiecej emancypacji, co oczywiście nie wszystkim się podobało, wywołując krytykę „histerii mody”. Barbara Hoff, polska projektantka, zaprojektowała serię minisukienek ze sztruksu.
Modę lat 60., również w Polsce, zdominowały tworzywa sztuczne, które otwierały nowe możliwości projektowania. Szczególną popularnością cieszyły się płaszcze ortalionowe, których początkowo nie dało się podrobić. Po jakimś czasie Polacy zaczęli sprowadzać sam materiał i szyć płaszcze na miejscu. Później pojawiła się tzw. szwedka, czyli sportowa odmiana płaszcza z ortalionu, sięgająca do pasa, zapinana na zamek błyskawiczny, a przy szyi i mankietach miała ściągacze. Taką kurtkę musiał mieć każdy modny chłopak.
Marzeniem niemal każdego były dżinsy - oficjalnie nie do zdobycia. Pod koniec lat 60. zaczęto produkować polskie dżinsy, teksasy marki Szarik, ale mało kto chciał je nosić. Nieco później, w latach 70., popularność zyskały kombinezony, które kilka lat temu ponownie zawitały do naszych szaf. Nieodłącznym elementem garderoby stylowej dziewczyny z lat 70. była flanelowa koszula. W końcu lat 60. światem zawładnęły dzieci-kwiaty i ich charakterystyczny styl życia, na który składały się także określone ubrania, najczęściej kolorowe i powłóczyste, czasami podarte i wystrzępione. W Polsce hippisi pojawili się pod koniec lat 60., zazwyczaj można było ich spotkać w dużych miastach, Warszawie, Krakowie, Gdańsku. Znakiem rozpoznawczym hippisów były m.in. długie włosy, również u mężczyzn, które nie podobały się Milicji Obywatelskiej.
Lata 80.: niedobory i własna kreatywność
W latach 80. w sklepach brakowało wielu towarów, w tym modnych ubrań. Z tego powodu młodzi ludzie szyli je sobie sami! Panie przerabiały męskie koszule na bluzki i sukienki. Królowały szerokie ramiona - to czas świetności poduszek i bufiastych rękawów! Wiele spośród modowych hitów czasów PRL miało własne nazwy. Bawełniane tenisówki z gumką, importowane z Czechosłowacji, nazywano wówczas „czeszkami”. Z kolei na zimowe dni niezbędna była pelisa, czyli damski płaszcz podbity futrem, często również z futrzanym kołnierzem.
Umundurowanie służb w PRL i jego dziedzictwo
Mundury Wojska Polskiego: Czarne kombinezony i berety
W kontekście czarnych spodni i mundurów w PRL, warto zwrócić uwagę na specjalistyczne umundurowanie Wojska Polskiego. Kombinezon dwuczęściowy wz. 5486, składający się ze spodni oraz kurtki, wykonany był w całości z prawdziwej naturalnej skóry. Wprowadzono go do polskiej armii w roku 1960 i był produkowany aż do roku 1975. Po tym roku zastąpiony został przez dwuczęściowy, czarny kombinezon wykonany z drelichu bawełnianego w kolorze czarnym, potocznie nazywany „czarnuchem”. Mimo to, wzór skórzany był ceniony i noszony jeszcze przez kadrę do wyczerpania zasobów magazynowych i własnych, a w nielicznych jednostkach noszony przez czołgistów jeszcze do późnych lat 80-tych.
Kombinezon skórzany przeznaczony był dla załóg czołgów, pojazdów opancerzonych oraz niektórych jednostek artylerii i rakietowych. Kurtka przypominała kształtem tzw. olimpijkę. Ciekawostką jest to, że górna kieszeń kurtki, ta ze skośną klapą na lewej piersi, teoretycznie przeznaczona była na pistolet TT. Jednakże, jak potwierdzają byli czołgiści, pistoletu TT nigdy nie nosiło się w kieszeni, lecz w kaburze na pasie, który był zapięty na spodniach pod kurtką - prawdopodobnie dlatego, że takowe noszenie było niewygodne. Na pewnym rysunku z epoki zademonstrowano czołgistę, który ma pas z kaburą zapięty na wierzchu kurtki - co było niespotykanym motywem.
Spodnie kombinezonu były z wysokim stanem, wyposażone w 3 kieszenie, w tym jedna na prawym udzie, która była przewidziana na mapę. Nogawki zwężały się ku dołowi, spinane na 3 klamerki, aby przypadkiem nigdzie nogawką nie zawadzić pod pancerzem. Spodni niestety, ale nie dało rady nosić bez użycia szelek z racji swojej wagi. Nogawki spodni były najczęściej, jak wynika z posiadanych zdjęć, wypuszczone na opinacze butów.
Jeśli chodzi o hełmofony czołgowe, używano 3-grzbietowych HCZ-59 (w tym przypadku wersja zimowa z naturalnym kożuszkiem). Naturalnie były też HCK-65 i HCK-62, które przypominały hełmofony jeszcze przedwojenne, ale można było je spotkać tylko na defiladach, gdyż nie weszły do powszechnego użycia. Największe ich nasycenie wystąpiło na defiladzie 1000-lecia państwa polskiego. Nie zapominajmy o berecie - był to beret z czarnego sukna (wojska pancerne) wz.60 z orłem haftowanym. Jako ciekawostkę można wspomnieć, że w pierwszej połowie lat 60-tych berety posiadały orzełki metalowe z racji braków orzełków haftowanych.

Ewolucja umundurowania Policji i Milicji Obywatelskiej
Dotychczasowa historia munduru polskiej policji jest dosyć burzliwa, a przez ostatnie kilkadziesiąt lat kilkukrotnie pojawiały się nowe koncepcje, które proponowały praktyczniejsze zmiany. Jeszcze przed 1989 rokiem obowiązkowym strojem Milicjantów były niebieskie koszule i ciemnogranatowe krawaty. Stopniowe zmiany jednak przyniosło przekształcenie Milicji w Policję. Mimo że początkowo nie wymieniono umundurowania funkcjonariuszów, to pod koniec lat 90. Pod koniec epoki PRL oraz w pierwszej połowie lat 90. XX wieku popularnym zjawiskiem było noszenie spójnego umundurowania przez Policję, Wojsko Polskie, a nawet Ochotniczą Straż Pożarną. Warto jednak podkreślić, że mimo wielu podejmowanych prób zmiany umundurowania Policji, mundur Milicji z lat 80. z kosmetycznymi poprawkami obowiązuje praktycznie do dzisiaj. Fakt ten jest związany z trudnościami w znalezieniu środków finansowych na zaprojektowanie i zakup nowego umundurowania. W roku 2018 rozpoczęła się wymiana mundurów ćwiczebnych funkcjonariuszy Policji. Obowiązujące czarne mundury zastępowane są stopniowo ubiorem granatowym, który nawiązuje jeszcze do umundurowania Policji Państwowej z czasów II Rzeczypospolitej. Kolejną istotną zmianą w umundurowaniu jest zastąpienie wprowadzonej w latach 90. XX wieku czapki z daszkiem typu bejsbolówka. Zgodnie z zapowiedziami, czapki z daszkiem będą zastępowane furażerkami.
Zgodnie z ustawą z dnia 6 kwietnia 1990 r. o Policji, służba policyjna zaliczana jest do formacji umundurowanych oraz uzbrojonych. W myśl art. 60 tego aktu prawnego, każdy funkcjonariusz posiada obowiązek noszenia munduru podczas pełnionej służby. Zmiany na początku lat 90. XX wieku nie były jednak zbyt odczuwalne. Dopiero w rozporządzeniu z dnia 20 maja 2009 r. przygotowano dokładny opis poszczególnych elementów garderoby policjanta. Dokument określa, jak powinien wyglądać mundur Policji pod względem kroju i kolorystyki.
Mundury Ochotniczej Straży Pożarnej (OSP) i Młodzieżowych Drużyn Pożarniczych (MDP)
W kontekście umundurowania OSP, często pojawiają się porównania do dawnych wzorców. Jeden z komentatorów zauważył, że mundur wyciągnięty z szafy, z zapasów PRL-owskich, był jeszcze grubszy niż obecny. Szczególną dyskusję budzi umundurowanie zgodne z regulaminem dla Młodzieżowych Drużyn Pożarniczych (MDP). Krytyka dotyczy zapisu o szortach czy spodniach w kolorze czarnym i czerwonych koszulach, a na dodatek białych podkolanówkach, co w ocenie niektórych, "czuć komunę na kilometr". Podkreśla się, że taki narzucony odgórnie wzór ubrań dla dzieciaków jest problematyczny.

Historia i funkcjonowanie Zawodowej Straży Pożarnej (ZSP) w PRL
Struktura i podległość
Przed reorganizacją w PSP (1992 r.) straż pożarna była w dziale gospodarka komunalna. Do 1975 roku podległa była pod powiaty (Komendy Powiatowe SP), a w latach 1976-1992 pod urzędy wojewódzkie (Wojewódzkie Komendy SP) w terenie. Zawodowe Straże Pożarne podlegały komendantowi wojewódzkiemu. Pojęcie "rejon" odnosiło się do administracji centralnej, w odróżnieniu od samorządowej administracji powiatowej.
Emerytury i łączność
W ZSP w PRL emerytury były na zasadach cywilnych. Jeśli chodzi o łączność radiową, wozy były w nią wyposażone. Pamiętane są również "śmieszne mapy za firankami" i "koperty w stylu «akcja woda»" w sejfie, a także matematyczne wzory na sprawdzenie tożsamości radiowej. Zdarzało się, że narysowany na bloku schemat łączności radiowej dla danego rejonu był schowany za wiszącą zasłoną i nie wolno było go odsłaniać.
Broń w ZSP
Pojawiają się pytania o to, czy przed 1990 rokiem w ZSP byli ludzie uprawnieni do noszenia broni. Niektórzy starsi koledzy opowiadali, że w niektórych województwach (szczególnie tych najbardziej strategicznych) pozwolenie i przydział na broń otrzymywali wybrani oficerowie i Komendanci Rejonowi, oczywiście po szybkim przeszkoleniu. W stanie wojennym przychodziły różne szyfrogramy, a z relacji wynika, że tzw. oficer polityczny w komendzie miał stały dostęp do broni, trzymał ją w sejfie, a na specjalne okazje nosił przy pasie. Broń palna była tylko częścią większego zjawiska, na które składały się również posterunki zewnętrzne (służba wartownicza), kratownice na szyby wytypowanych gaśniczych (z działkiem) oraz miotacze gazowe dla dowódców wozów. Nie wszędzie jednak to występowało, co wskazuje na specyfikę tamtych czasów i odmienną rzeczywistość w różnych regionach.
Rozwój odzieży ochronnej strażaków w Polsce (PRL i transformacja)
Gaszenie pożarów należy do najbardziej ryzykownych rodzajów działań, wymagających intensywnej pracy fizycznej w niebezpiecznym środowisku. Strażacy są zobowiązani do noszenia zestawu ochronnego, zaprojektowanego w celu zapewnienia im ochrony przed wieloma zagrożeniami: oddziaływaniem termicznym (np. narażeniem na oddziaływanie płomieni i promieniowania cieplnego), wdychaniem toksycznych gazów i obrażeniami fizycznymi (np. urazami głowy i kończyn, skaleczeniami, przebiciami, poślizgnięciami, upadkami itp.). Aż do 1600 r. strażacy musieli radzić sobie z ogniem, promieniowaniem cieplnym i dymem bez użycia nowoczesnej technologii. Wraz z rozwojem metod gaszenia pożarów ewoluował też sprzęt strażacki. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Henry T. Gratacap produkował „hełm przyszłości” (w 1836 r.), ubrania strażackie również się zmieniały. Użyto wełny, ciężkiego materiału, który zapewniał pewną ochronę przed czynnikami termicznymi - były to spodnie i długi trencz ze sztywnym kołnierzem. Postęp technologiczny związany z wykorzystaniem soku z drzewa gumowego miał korzystny wpływ na rozwój odzieży strażackiej. Powszechnie widywano długie gumowe trencze, długie gumowe buty i tradycyjny hełm strażacki. Wojny światowe przyniosły spowolnienie postępu w rozwoju wyposażenia i sprzętu ochrony indywidualnej.
Przedwojenne wyposażenie strażackie w Polsce nie odbiegało szczególnie od tego, które stosowali strażacy w krajach europejskich. Na przestrzeni lat zmieniło się praktycznie wszystko, jeżeli chodzi o hełmy, ubrania specjalne czy obuwie. Jedyne, co pozostało w niemalże niezmienionej formie, to pas strażacki i kominiarka.
Ubrania ochronne w PRL: od brezentu do "moro"
Przed 1992 rokiem polskie normy określały wymagania tylko dla hełmu, pasa strażackiego, aparatów oddechowych i masek. Dla takich ochron, jak ubrania specjalne, buty specjalne i rękawice, nie było wymagań w zakresie odporności na zapalenie czy też na duże promieniowanie cieplne. Z tego względu podstawowym ubraniem ochronnym dla strażaka było tzw. moro - stosowane do połowy lat 90. ubiegłego stulecia. Słowo moro jest skrótem od określenia „materiał odzieżowy roboczo-ochronny”. Moro było wykonane w 100% z tkaniny bawełnianej, bez impregnatu wpływającego na odporność na zapalenie i dodatkowych warstw chroniących strażaka przed promieniowaniem cieplnym oraz przemoczeniem. Do kompletu z moro strażak dostawał buty typu skuter, z całą konstrukcją powyżej podeszwy wykonaną z tworzywa skóropodobnego; rzadkością były wierzchy wykonane ze skóry. Jeszcze wcześniejszym ubraniem była odzież specjalna wykonana z brezentu lub zbliżonych materiałów. U prądownika pierwszej roty warstwę ogniochronną kurtki „wyjazdowej” (będącą standardem w przypadku strażaków amerykańskich czy brytyjskich w tym samym okresie) zastępowano polewaniem go wodą, co miało zwiększyć jego komfort termiczny przy podejściu do płomieni. Warto wspomnieć, że przed 1990 r. można było jeszcze spotkać w wyposażeniu jednostek straży pożarnej ubrania wykonane z włókien azbestowych pokrytych warstwą sproszkowanego aluminium. Ustawą z 19 czerwca 1997 r. wprowadzono zakaz stosowania azbestu we wszystkich dziedzinach przemysłu.
Transformacja i nowoczesne materiały
CNBOP od 1990 r. W 3 lata później CNBOP wydawało już świadectwa dopuszczenia na ubrania wykonane w 100% z materiałów trudnopalnych. Były wielowarstwowe, składały się z warstwy zewnętrznej, wodoszczelnej paroprzepuszczalnej membrany, warstwy termoizolacyjnej i podpinki. Pierwsze ubrania powstawały z tkaniny aramidowej typu Nomex i stąd przyjęła się potoczna nazwa tego nowego typu i kroju ubrań. Ubrania z tkaniny typu Nomex były wówczas bardzo drogie (w porównaniu z ubraniem typu moro nawet siedem do dziesięciu razy droższe), z tego powodu około 1995 r., pierwotnie na krótki okres przejściowy, zostały zastąpione w wielu jednostkach tzw. ubraniem popularnym specjalnym, w skrócie UPS. Miało ono warstwę zewnętrzną wykonaną z impregnowanej bawełny, zaś w warstwie termoizolacyjnej i podszewce zastosowano łatwopalny poliester. Zaimpregnowana bawełna zachowywała odporność na zapalenie zwykle do pierwszego prania. Ponieważ jednak tego typu ubrania były trzy-, czterokrotnie tańsze niż ubrania wykonane w 100% z włókien aramidowych, na długo zadomawiały się w jednostkach ochrony przeciwpożarowej. Okres przejściowy trwał do 2004 r. Kiedy Polska stała się członkiem Unii Europejskiej, zaczęła w niej obowiązywać dyrektywa nr 89/686/EWG dotycząca wymagań dla środków ochrony indywidualnej.
Aby uzmysłowić, jak duże zagrożenie dla użytkowników stwarzały ubrania bawełniane moro i ubrania typu UPS w porównaniu do ubrań z nowoczesnych tkanin, można zestawić ich tzw. indeksy tlenowe (indeks tlenowy to najmniejsza zawartość tlenu w atmosferze, wyrażona w procentach objętościowych, przy której zachodzi jeszcze proces palenia). Dla tkanin bawełnianych indeks tlenowy wynosi ok. 17%, tkanina wełniana ma indeks 23,8%, tkaniny aramidowe (Nomex) 28-31%, a coraz częściej stosowana na całym świecie tkanina z włókien polibenzimidazolu, w skrócie PBI (czyli brytyjski „złoty standard”), osiąga nawet 42%. Sama konstrukcja ubrań się nie zmieniła, zaczęto jednak wprowadzać nowoczesne technologie materiałowe. Współczesny hełm strażacki nadal przypomina projekt Henry'ego Gratacapa, ale ma lepsze wewnętrzne zawieszenie, pasek na podbródek i ognioodporną osłonę karku, która zakrywa uszy i szyję.