Poniższa artykuł przedstawia zarówno szczegóły z życia i kariery znanego satyryka, Krzysztofa Daukszewicza, jak i dramatyczne wydarzenia związane z pożarem kamienicy przy ulicy Kraszewskiego w Poznaniu. Choć tematy te nie są ze sobą bezpośrednio powiązane w przedstawionym materiale, zostały ujęte w ramach jednego opracowania, by kompleksowo przedstawić dostępne informacje.

Krzysztof Daukszewicz: Życie, kariera i rodzina
Krzysztof Daukszewicz to postać doskonale znana polskiej publiczności jako satyryk, artysta kabaretowy, kompozytor, felietonista i osobowość telewizyjna. Od lat jest ważną częścią polskiej sceny rozrywkowej. Ostatnio było o nim głośno za sprawą konfliktu z Piotrem Jaconiem, którego konsekwencją było odejście 75-latka ze „Szkła kontaktowego”.
Życie prywatne i wybory życiowe
Krzysztof Daukszewicz przechodził w życiu osobistym różne koleje losu. Jego druga żona zmarła po długiej walce z chorobą w 2006 roku. Trzecią poznał w trakcie wywiadu. Jest dumnym ojcem dwójki (według niektórych źródeł czwórki) dzieci.
Małżeństwo z Małgorzatą Kreczmar
Ukochaną żonę, młodszą o cztery lata Małgorzatę Kreczmar, córkę słynnej aktorskiej pary Justyny i Jana Kreczmarów, poznał dzięki jej bratu - poecie Adamowi. Początkowo brat Małgorzaty nie był zadowolony z potencjalnego przyszłego szwagra, twierdząc, że nie można z nim „ani pogadać, ani zaśpiewać, ani wypić”. Jego siostra była wówczas zaręczona z Janem Parysem, późniejszym politykiem i ministrem obrony. Adam Kreczmar zdecydował się jednak zapoznać Małgorzatę ze swoim przyjacielem, Krzysztofem Daukszewiczem. Okazało się, że była to miłość od pierwszego wejrzenia, dla której Małgorzata rzuciła narzeczonego i związała się z satyrykiem. Zamieszkali razem, a Małgorzata szybko zaszła w ciążę. Ślub wzięli dopiero, gdy ich starszy syn, Aleksander, miał pięć lat. Było to spowodowane faktem, że Krzysztof Daukszewicz musiał wcześniej rozwieść się z poprzednią żoną.
Byli małżeństwem idealnym, doczekali się dwóch synów: Aleksandra i Grzegorza. Według niektórych źródeł są jeszcze rodzicami Krzysztofa i Sylwii, jednak możliwe, że są to dzieci z pierwszego małżeństwa satyryka. Ich szczęście zburzyła diagnoza, która zabrzmiała jak wyrok: u Małgorzaty zdiagnozowano raka płuc. Choroba rozwijała się szybko i nie dawała dobrych rokowań, mimo starań lekarzy. Krzysztof Daukszewicz ukrywał przed synami stan zdrowia ich mamy. Niestety, Małgorzata Kreczmar-Daukszewicz zmarła 25 października 2006 roku, po blisko 30 latach wspólnego życia. Krzysztof Daukszewicz wówczas załamał się, lecz musiał pozostać silny dla dzieci, starając się zastąpić im matkę i ojca, troszczył się o nich.

Nowy związek i relacje rodzinne
Osiem miesięcy po śmierci żony poznał w trakcie wywiadu dziennikarkę, Violettę Ozminkowski. Oboje byli wówczas w żałobie: on po śmierci żony, ona po śmierci siostry. To ich zbliżyło. Zaczęli się spotykać, spacerować i polubili się. Z czasem narodziła się między nimi silna więź, choć długo ukrywali swój związek, obawiając się reakcji otoczenia. Ślub wzięli na ukochanych Mazurach, w bardzo kameralnym gronie, z dala od medialnego zgiełku. „Na Mazurach, w weekend majowy wzięliśmy ślub (...) Było tylko dwoje świadków: Jurek Niemczuk, scenarzysta m.in. «Rancza», i jego żona. Tuż po ślubie chcieliśmy popłynąć na ryby, ale okazało się, że świadkowie urządzili nam wesele. Byli bardziej od nas przewidujący”, opisywał Krzysztof Daukszewicz w rozmowie z „Polska Times”.
Gdy synowie byli dziećmi, Krzysztof Daukszewicz nie bywał w domu zbyt często, a ciężar wychowania przejęła na siebie jego żona Małgorzata. Po jej śmierci postanowił jednak dać z siebie wszystko i zastąpić im matkę.
Grzegorz Daukszewicz: W ślady ojca
Grzegorz Daukszewicz dziś ma 38 lat i jest doskonale znany opinii publicznej. Ukończył warszawską Akademię Teatralną i zagrał w hitowym serialu „Na dobre i na złe”. W wywiadzie dla „VIVY!” w grudniu 2015 roku, wraz z ojcem, opowiadali o swojej relacji. Są jak dwie krople wody - ten sam wdzięk, uśmiech, specyficzne poczucie humoru. Są artystami, a mimo to zgrani, zgodni i bardzo sobie bliscy. Opowiedzieli o tym, dlaczego Grzegorz nie został policjantem, a Krzysztof politykiem, o pieniądzach, wychowaniu i łowieniu ryb. Krzysztof Daukszewicz, z zawodu nauczyciel i pedagog, zawsze dawał synom dużą wolność, wiedząc, że najgorsze jest zmuszanie dzieci do wyboru zawodu.

Wspominając swoje dzieciństwo, Grzegorz Daukszewicz podkreślił, że to mama czytała mu bajki, a tata miał za mało czasu z powodu koncertów. Mimo to, ojciec często śpiewał im nowe piosenki, zabierał na ryby i grzyby. Grzegorz przyznał, że początkowo chciał być policjantem albo weterynarzem, ale ostatecznie wybrał psychologię, a później aktorstwo. Na studiach teatralnych mierzył się z oczekiwaniami związanymi z nazwiskiem Kreczmarów, ale nie pozwolił, by to wpłynęło na jego karierę. Grzegorz jest także świetnym parodystą. Krzysztof Daukszewicz przekazał synom domek na Mazurach, który był świadkiem wielu rodzinnych wspomnień, po śmierci Małgorzaty, aby mieli „kawałek pełnej wspomnień przeszłości”.
Kontrowersje i występy publiczne
Sytuacja z Piotrem Jaconiem, która zakończyła się odejściem Krzysztofa Daukszewicza z TVN, była dla niego szczególnie bolesna, ponieważ, jak zauważyła psycholożka Katarzyna Kucewicz, "wyjątkowo nas boli, kiedy atak nadchodzi ze strony, z której się go nie spodziewamy". Mimo publicznych wyzwań, Krzysztof Daukszewicz nadal pozostaje aktywny zawodowo. Przykładowo, w Fosie Miejskiej w Chojnicach odbyło się wielkie święto seniorów z całego województwa pomorskiego, gdzie 26 czerwca o 18:00 wystąpił jako uznany w Polsce satyryk i wokalista.
Tragiczny Pożar w Kamienicy przy ul. Kraszewskiego w Poznaniu
Pożar, do którego doszło w centrum Poznania, w kamienicy przy ulicy Kraszewskiego 12, pozostawił trwały ślad w pamięci poszkodowanych i lokalnej społeczności. „Do dziś w domu nie używam świeczek, od czasu pożaru nie bywam na Kraszewskiego” - wspominają ci, którzy ucierpieli w tragedii sprzed roku.
Przebieg wydarzeń i heroizm Artura Gilewskiego
W nocy z 24 na 25 sierpnia doszło do pożaru. Pan Artur Gilewski, mieszkaniec kamienicy przez niemal 11 lat, wspominał, że w dniu tragedii, około godziny 19:00, wybrał się na Termy Maltańskie. Wracając do domu pieszo, zauważył z daleka zamieszanie, dym i straż pożarną. Szybko okazało się, że dym wydobywał się właśnie z jego kamienicy. Artur Gilewski podbiegł do strażaków, informując ich, że w mieszkaniu zostały jego psy, i przekazał im klucze. Zasugerował nawet, by ściągnąć psy przy pomocy strażackiego kosza na wysięgniku, ponieważ balkon był otwarty i psy mogły tam siedzieć. Strażak postanowił jednak najpierw sprawdzić sytuację od strony podwórza. Tam Artur Gilewski, stojąc na zewnątrz, został odrzucony przez falę uderzeniową po zapłonie w piwnicy. „Dostałem w plecy. Jak się okazało, w dużym stopniu uratował mnie plecak, w którym miałem schowany mokry ręcznik z pływalni. Inaczej plecy miałbym zesmażone tak jak ramiona. Rękawy lnianej koszuli przylgnęły do nich. Najgorzej jednak było z łydkami. Nic ich nie ochroniło.” Pan Artur doznał dotkliwych oparzeń.

Skutki pożaru i walka o powrót do zdrowia
Mimo ciężkich obrażeń, Artur Gilewski wstał samodzielnie i pomógł właścicielowi kamienicy, którego podmuch również przewrócił. Wykonał kilka połączeń do pracy, do mamy i przyjaciela, informując o wypadku, po czym adrenalina go opuściła i dostał drgawek. Podjechała karetka i samodzielnie do niej wszedł. Dwa i pół tygodnia z życia zostało mu wycięte - w tym czasie walczył o życie. W szpitalu był przy nim mama, brat i bratowa. Nie mógł mówić z powodu rurki w gardle, a ręce miał owinięte, nie mogąc nic nimi chwycić. Najbardziej myślał o swoich psach, mając nadzieję, że udało się je uratować. Dopiero po dwóch tygodniach dowiedział się, że niestety nie, co było dla niego ważniejsze niż utrata mieszkania. Był pod wpływem środków, które zaburzały trzeźwość myślenia, wmówił sobie nawet, że jego chrześniaczka zmarła w wypadku. Po zdjęciu bandaży z nóg, gdzie miał przeszczep skóry, był przekonany, że zrobili mu tatuaże. Najpierw leżał na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej, potem przetransportowano go na chirurgię plastyczną. Początkowo nie przyswajał jedzenia, a lekarze badali jego układ pokarmowy. Przydzielono mu rehabilitantkę, która przez dziesięć dni prowadziła rehabilitację, wzmacniając mięśnie, które zanikły w ciągu kilku tygodni - ważył wtedy około 47 kg. Początkowo rehabilitacja odbywała się w łóżku, potem z balkonikiem.

Na początku grudnia ul. Kraszewskiego była już otwarta, lecz po jego dawnym domu nie było śladu. „Nie widziałem więc zgliszczy.” Na pytanie, czy będzie potrafił normalnie przechodzić ul. Kraszewskiego, odpowiedział: „Myślę, że tak.” Odniósł się również do pytania o uniknięcie śmierci: „Oczywiście, mój stan był bardzo poważny. Kluczowe było chyba to, że szybko zdecydowano o przewiezieniu mnie do Nowej Soli na specjalny oddział pooparzeniowy. To, że przeżyłem, to może też efekt tego, że czułem, że miałem jeszcze coś do spełnienia na tym świecie.”
Obecnie jego stan zdrowia to „prawie siedemdziesiąt procent”. Odczuwa problemy z prawą nogą, na kolanie miał otwartą ranę. Maści znieczulające pomagają, a konsultacja z dermatologiem ma wyjaśnić kwestię blizn, zwłaszcza bliznowców na ramieniu, choć na dłoniach blizny pooparzeniowe chyba znikają. „Mnie najbardziej żal tych strażaków, że jednak zostawili rodziny” - podkreślił, odnosząc się do dwóch strażaków, którzy zginęli w pożarze. Pan Artur wyraził również oburzenie: „Dla mnie to jest nieodpowiedzialne. Jak właściciele firmy mogli przechowywać w budynku mieszkalnym takie ilości akumulatorów?” Na pytanie, czy właściciele firmy kontaktowali się z mieszkańcami, odpowiedział: „Nic mi o tym nie wiadomo. Ludzie mówią, że w psychiatryku siedzą, żeby nie iść do «kicia».”
Konsekwencje społeczne i finansowe
W pożarze kamienicy na Kraszewskiego zginęło dwóch strażaków, 16 osób zostało rannych, a 120 ewakuowano. Budynek został całkowicie zniszczony i musiał zostać rozebrany. Po pożarze na kilka tygodni zamknięto odcinek Kraszewskiego od Szamarzewskiego do Słowackiego. „Rachunki rosły. Straty finansowe z dwóch miesięcy są straszne. Nadal mam wystawioną puszeczkę, do której zbieram na zaległe rachunki. Tu wszyscy mieli powybijane szyby. Przez to że niektóre punkty się zamknęły to mamy mniej klientów. Tam była kawiarnia, PZU, kosmetyczka” - zaznacza pani Małgorzata, mieszkanka okolicy. Artur Gilewski otrzymał nowe mieszkanie od Miasta. Ma marzenie, by w 2025 roku wrócić do pełnego zdrowia i pracy, ponieważ póki co nie może jeszcze w pełni władać rękami.
Stracili dorobek życia. Pomoc dla poszkodowanych w wybuchu kamienicy na ul. Kraszewskiego
tags: #daukszewicz #pozar #w #dworku