Egon Erwin Kisch: Ojciec Reportażu i Legenda Pożaru Młynów

Egon Erwin Kisch, uważany za jednego z najwybitniejszych reporterów w historii dziennikarstwa, swoją twórczością wpłynął na wielu twórców, w tym na polskich reporterów, m.in. Ryszarda Kapuścińskiego. Od tytułu jednego z jego zbiorów reportaży Kisch znany jest również jako "szalejący reporter" (der rasende Reporter).

Wczesne Życie i Kariera Dziennikarska

Egon Erwin Kisch ukończył niemiecką szkołę realną, a następnie studiował w Pradze na politechnice i uniwersytecie Karola oraz w prywatnej Wyższej Szkole Dziennikarstwa w Berlinie. Na przełomie 1904 i 1905 roku odbył służbę wojskową jako tzw. jednoroczny ochotnik. Z uwagi na nieustanne konflikty z przełożonymi i opinię anarchisty, znaczną jej część spędził w areszcie, gdzie zetknął się z lewicowcami, przeciwnikami systemu politycznego Austro-Węgier. Został zwolniony z wojska w stopniu kaprala, nie uzyskawszy stopnia oficerskiego.

Pracę dziennikarską Kisch rozpoczął w 1906 roku w Pradze, początkowo jako wolontariusz. Następnie związał się na kilka lat z renomowanym praskim dziennikiem „Bohemia”, gdzie zajmował się kroniką miejską, a w latach 1910-1911 prowadził stałą rubrykę cotygodniowych felietonów pt. Prager Streifzüge (tj. ,,Przechadzki praskie”). Zaczął również wydawać swoje reportaże w formie książkowej, np. Aus Prager Gassen und Nächten (tj. ,,Z ulic i nocy praskich”) z 1912 roku.

Egon Erwin Kisch portret

Podróże i Dzieła Reporterskie

Działalność Kischa obejmowała liczne podróże, które zaowocowały wydaniem wpływowych reportaży.

„O carach, popach i bolszewikach”

Zbiór reportaży „O carach, popach i bolszewikach” jest owocem podróży Kischa do ZSRR w latach 1925-1926. Wracając, reporter zdążył obejrzeć w Warszawie skutki zamachu majowego. Trudno dziś powiedzieć, na ile sam mógł wpływać na to, co oglądał w Związku Radzieckim, gdyż relacje te sprawiają w większości wrażenie „programu obowiązkowego”. Jego reportaże, słuszne i pozytywne, pokazują, jak to w Związku Radzieckim wszystko idzie ku lepszemu. Jeśli ktoś choć kilka lat spędził w PRL, pamięta jeszcze wysiloną lirykę hut oraz „romantyzm budów” tudzież drętwe opisy walki proletariatu. Kisch aż tak zły nie jest; ratuje go, tyle o ile, poczucie humoru oraz różnorodność tematów (dotarł m.in. na Kaukaz). Wydaje się, że temperament reporterski Kischa nie spełniał się w reportażach, w których, jak na przedstawieniu albo w muzeum, był tylko widzem. Kiedy może, wychodzi więc „do ludzi”, aby być z nimi w ich naturalnym środowisku: na ulicy, w pociągu, nad rzeką w czasie powodzi, w ośrodkach opiekuńczych dla bezdomnych dzieci. W tej książce znajduje się wywiad, który Kisch przeprowadził z ormiańskim katolikosem Jerzym V - z szacunkiem i, jak się wydaje, wiernie oddając jego słowa. Jeśli ktoś interesuje się historią Rosji Radzieckiej albo historią reportażu, z pewnością coś ciekawego z lektury tego zbioru wyłuska. Dla pozostałych może to być nudna ramota.

„Wylądowałem w Australii”

Książka „Wylądowałem w Australii” dziś czyta się trochę jak archeologię, jednak Egon Erwin Kisch, "szalejący reporter", pisze wybitnie, pokazując świat sprzed kilkudziesięciu lat bez upiększeń, tak jak on go widział. W przypadku Australii oznacza to ukazanie wielu skaz na jej wyidealizowanym obliczu. Jego skok ze statku czy słynne dyktando z języka szkockiego gaelickiego (ówczesne australijskie prawo migracyjne pozwalało na przetestowanie przyjeżdżających ze znajomości dowolnego języka europejskiego) przeszły do historii nie tylko reportażu. To lektura obowiązkowa dla miłośników reportażu.

„Jarmark sensacji” (Paradies Amerika)

Reportaż „Paradies Amerika” (pol. „Jarmark sensacji”) z kilkumiesięcznej podróży Egona Kischa do Stanów Zjednoczonych na przełomie 1928 i 1929 roku ukazuje mroczne oblicze Ameryki, odarte z blichtru reklamy, blasku hollywoodzkich gwiazd i mitu kariery „od pucybuta do milionera”. Po stu niemal latach od ukazania się wydaje się niezwykle aktualnym, zawierającym głęboką prawdę tekstem. Razem z doktorem Beckerem, alter ego autora, czytelnik ma okazję przyjrzeć się warunkom podróży morskiej z Europy do Ameryki. „Jarmark sensacji” to coś więcej niż reportaż, a mniej niż autobiografia - można nazwać go autoreportażem. Kisch uwielbiał traktować siebie jako medium i pisał o sobie z wielką miłością. Od czasów wydania jego książki „Szalejący reporter” w Czechach do dziś notorycznie dodaje się do nazwiska Kischa przydomek „szalejący”.

Dokument – Misja Kithatu, Kenia

„Pożar Schittkauerowskich Młynów” i Etyka Reportażu

Jedną z najbardziej znanych anegdot, ilustrujących podejście Kischa do reportażu i jego wpływ na postrzeganie prawdy w dziennikarstwie, jest historia związana z „Pożarem Schittkauerowskich Młynów”. Kiedyś, nocny redaktor przywitał Kischa słowami: „Dzięki Bogu, że pan nareszcie przyszedł! Zarezerwowałem dla pana półtorej szpalty”. Półtorej szpalty to było sto pięćdziesiąt wierszy. Kisch nie miał nawet jednego, ale miał tytuł: „Pożar Schittkauerowskich młynów”, który tkwił mocno. Pod nim ziała pustka, głęboka na sto pięćdziesiąt wierszy. Kisch zaczął ssać ołówek i dalej już poszło gładko. Zmyślił malownicze zbiegowisko bezdomnych, które rzekomo widział wokół pogorzeliska, i różne perypetie z tym związane. Podobno spodobało się to znacznie bardziej niż „ciekawe, ale nudne” szczegóły opisane przez innych reporterów. Kisch odnotowuje to z nieukrywaną dumą, aczkolwiek na końcu, dla przyzwoitości, dodaje, że reporter jednak powinien pisać prawdę, a taki, „który kłamie, jest wykończony”.

Tę przygodę Kischa zapamiętał również Ryszard Kapuściński, cesarz polskiego reportażu, choć ze znamiennym omsknięciem pamięci. Freudyści nazwaliby je oczywiście freudowskim, czyli takim, kiedy ktoś niechcący zdradza się z tym, co pragnąłby wyprzeć. Kapuściński opowiadał, że mistrz reportażu Egon Erwin Kisch został wysłany przez swoją redakcję, żeby opisać pożar młyna w Pradze. Zobaczył, że dookoła pogorzeliska jest już mnóstwo dziennikarzy. Pomyślał, że nic nowego nie jest w stanie dodać do tego, co napiszą, więc zaczął pisać o żebrakach, których napotkał wokół pogorzeliska. Opisał ich twarze, ich świat - oni mieszkali w spalonym młynie, który właśnie uległ zniszczeniu. To przedstawienie zdarzeń różni się od wcześniejszej wersji, w której Kisch wprost zmyślił postacie, co podkreśla złożoność interpretacji jego metody twórczej.

Stare zdjęcie płonącego młyna

Granice Prawdy w Reportażu

Przykłady takie jak historia Kischa z pożarem młynów prowadzą do refleksji nad obiektywnością w reportażu. Jacek Hugo-Bader w swojej książce Skucha radzi, że „nie ma nawet co gadać o obiektywnym reportażu”. Wyznaje, że jedną z bohaterek swojej książki wcale nie było, mówiąc: „Wymyślam ją sobie, a w zasadzie lepię z trzech prawdziwych postaci”. Dodaje, że reporter tym się różni od autora powieści, że nie wymyśla ani nie zmyśla, ale kombinuje zaobserwowane, a najczęściej usłyszane historie, fakty i postaci, bo nie wszystko przecież można znać z autopsji. Rodzi się pytanie, czym kombinowanie różni się od zmyślania?

Takie podejście wpisuje się w praktykę dziennikarstwa gonzo, które, wedle specjalistów, charakteryzuje się „skrajnym subiektywizmem, luźnym podejściem do faktów i językową hiperbolą”. Dla każdego powinno więc być oczywiste, że nie jest to gatunek dla osób pozbawionych daru łobuzerskiej bezczelności. Można wręcz postawić tezę, że „może po prostu nigdy nie było innego reportażu niż ten 'z luźnym podejściem do faktów'”, a Kisch był pionierem w tej dziedzinie, świadomie balansującym na granicy prawdy i kreacji, aby stworzyć opowieść, która wciągnie i poruszy czytelnika.

tags: #egon #erwin #kisch #ksiazka #pozar #mlynow