Wielki pożar Rzymu, który wybuchł w 64 roku n.e., choć nie był pierwszym tego typu kataklizmem w Wiecznym Mieście, zapisał się najtrwalej na kartach historii. Swój znaczący udział w utrwaleniu tego wydarzenia miał bez wątpienia Henryk Sienkiewicz i jego monumentalne dzieło "Quo vadis". To właśnie pożar Rzymu z 64 roku został zapamiętany jako wydarzenie szczególne, wyróżniające się głównie dzięki tej książce.
Na początku naszej ery, kiedy katastrofa miała miejsce, ówcześni dziejopisarze, jak Dion Chryzostom czy Plutarch, nie poświęcili mu zbyt dużej uwagi. Wspominają o nim Pliniusz Starszy oraz Seneka w liście do świętego Pawła, a później Kasjusz Dion, Swetoniusz i Tacyt, którzy jednak nie byli bezpośrednimi świadkami tamtych wydarzeń. To właśnie Tacyt dostarcza nam najbardziej szczegółowych opisów. Powszechnie uważa się, że o wzniecenie pożaru cesarz Neron posądził chrześcijan, co dało pretekst do okrutnych prześladowań wyznawców Chrystusa. Jaka jest jednak prawda? Co o wielkim pożarze tak naprawdę wiemy?
Rzym przed katastrofą: Miasto podatne na ogień
Zbudowany na wzgórzach Rzym - bohater powieści „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza - był miastem otoczonym murem, zamykanym na noc kilkoma bramami. Wszędzie wznoszono budowle, każde wolne miejsce wypełniano od razu kolumnami, podobiznami bogów wśród kwiatów akantu i tryglifów oraz świątyniami, na przykład bazyliką Kastora i Polluksa czy świątynią Westy. Rzymskie ulice wypełnione były sklepami: złotniczymi, bławatnymi, księgarniami, kramami i kramikami z owocami, wodą czy winem. Fatalny okazał się hipodrom, który nie dość, że miał drewnianą widownię na dziesiątki tysięcy widzów, to jeszcze był szczelnie obudowany z zewnątrz kramami, sklepikami, jadłodajniami i innymi budami z drewna i strzechy.
Architekt Witruwiusz na niemal 100 lat przed tym pożarem opisywał zabudowę milionowego Rzymu w taki sposób: „(...) rzecz sama zmusiła do szukania pomocy w wysokości budowli. (...) Zatem przez uwielokrotnienie powierzchni mieszkalnej dzięki budowie domów wielopiętrowych, lud rzymski zyskuje doskonałe pomieszczenia” [1]. Te lokale bynajmniej doskonałe nie były. „(...) mury zbudowane na grubość (...) tylko jednej cegły grubej na półtorej stopy, nie mogą utrzymać więcej niż jedną kondygnację” [1]. Wyżej wznoszono lekkie ściany z drewna, patyków, gliny i wikliny, które: „O ile są bowiem praktyczne ze względu na szybkość wykonania i zwiększenie powierzchni użytkowej, o tyle są wielką i powszechną plagą, gdyż jak pochodnie łatwo zajmują się od ognia” [2].
Za Nerona sytuacja była jeszcze gorsza. Rzym urósł z 1 mln do 1,5 mln mieszkańców, a więc odpowiednio zwiększył wysokość palnej zabudowy mieszkalnej, która bardziej przypominała rozkładem ulic, wyglądem i materiałami dzisiejsze slumsy wielkich miast Ameryki Łacińskiej niż starożytne Ateny. W dzisiejszych kategoriach zostałaby zakwalifikowana jako co najmniej średniowysoka. Nie było dnia bez jakiegoś pożaru lub katastrofy budowlanej. Poprzednie pożary Rzymu miały miejsce m.in. w roku 6, 12, 14, 22, 26 i 36.

Wybuch i rozprzestrzenianie się ognia
Pożar wybuchł w nocy z 19 na 20 lipca 64 roku. Według Tacyta pożar rozpoczął się w sklepach, w których przechowywano towary łatwopalne, w rejonie cyrku sąsiadującego z Celią i Palatynem. Noc była wietrzna i płomienie szybko rozprzestrzeniły się na dalsze rejony miasta. Ogień powstał z początku w tej części cyrku, która przylega do palatyńskiego i celijskiego wzgórza. Tam w kramach pełnych tego rodzaju towarów, jakimi się płomień podsyca, ledwie wszczął się pożar, a zaraz nabrał siły i rozniecony wiatrem cały cyrk jak długi ogarnął. „Albowiem ani pałaców, ani świątyń, otoczonych murami, ani jakiegokolwiek innego hamulca po drodze nie było” [3].
Rychło pożar zmienił się w burzę ogniową. „Z gwałtownością więc naprzód rozpostarł się on na równinach, potem piął się na wyniosłości, to znowu pustoszył części niżej położone i wyprzedzał wszelkie środki zaradcze wskutek szybkości nieszczęścia, na jakie zresztą było narażone miasto ze swymi ciasnymi i skręcającymi w tę i ową stronę ulicami” [4]. Stojący na wzgórzach Rzym świecił jak stos, jak huczący wulkan. Łuna zalewała niebo. Ze wzgórz falą płomienie spływały na doliny. Morzem ognia poginęli ludzie od żaru, ziemia jaśniejsza była od niebios. Płomienie ogarniały coraz to nowe dzielnice, usytuowane z dala od głównego ogniska pożaru. Wybuchały w miejscach od głównego ogniska odległych, w ciasnych zaułkach, niemal w szereg wybuchów i z niesłychaną szybkością ogarniał całe ulice. Płonące kłody z wiatrem spadały na nowe dzielnice, na wodociągi i na pola otaczające miasto. Nieszczęsne miasto zmieniło się w jedno piekło.
Wielki pożar Rzymu trwał sześć dni. Po krótkim czasie wybuchł jednak kolejny pożar, którego nie można było ugasić przez dalsze trzy dni. Jego łuna sięgała aż Kampanii, ku Górom Albańskim.

Apokalipsa Rzymu: chaos i zniszczenia
Wśród ludności zapanowała panika, rozpacz i strach. Mieszkańcy chcieli uciekać w Góry Albańskie, ale drogi były nie do przebycia: zawalone rzeczami, wózkami, tobołkami, objuczonymi końmi, lektykami z bogatymi ludźmi niesionymi przez niewolników. Ludność uciekała najpierw na tereny nieobjęte pożarem, a następnie na otwarte pola i wiejskie drogi poza miastem. „Mieszkańcy, (...) niezdecydowani, czego mają unikać, a czego szukać, zapełnili ulice, zalegli pola; jedni, straciwszy całe swe mienie, a nawet środki dla jednodniowego utrzymania życia - ginęli, drudzy zaś z miłości ku najbliższym, których wydrzeć śmierci nie zdołali, jakkolwiek sami mieli otwartą do ratunku drogę” [4]. Ginęło mnóstwo ludzi, tysiące udusiły się dymami lub poginęły od żaru. Ci, którzy tracili najdroższe sercu istoty, dobrowolnie rzucali się z rozpaczy w płomienie. Niektórzy, nie widząc drogi ratunku, wyrywali płyty kamienne na rynku, zakopywali się do połowy w ziemi i przykrywali nimi z powrotem. O miejsce w większych grobowcach trwały bijatyki. Wyważono drzwi do świątyni Marsa i zrobiono w niej obozowisko.
Bramy miasta z jednej strony wypuszczały ludność miejską, a z drugiej były miejscem witającym mieszkańców okolicznych małych miasteczek - pasterzy i prostego chłopstwa - przybywających z nadzieją rabowania Rzymu. Spotykający się w bramie przedstawiciele tych dwóch różnych stanowisk, walczyli o przejście, tratowali się i gubili członków swoich rodzin. Ludzie ginęli zarówno w bramach, jak i w morzu ognia. Tam, gdzie nie doszły płomienie, leżały ciała spieczone na węgiel. Owdzie szerzyła się przemoc i grabież. Rozpuszczony tłum szalał, wynagradzając sobie lata cierpień. Nie było prawa, różnic stanu czy urzędu. Pijani gladiatorzy tratowali ludzi, a niewolnicy, nędzarze i hołota chwytali młode niewiasty do rozpusty.
Ginęło bogactwo Rzymu i mienie zwykłych ludzi, płonęły dzieła sztuki i skarby rzymskiej przeszłości, ulice zapadały się w gruz. Koczujący wokół murów ludzie zrobili obozowisko z bud i szałasów, wołali: „Chleba i dachu”, nie mogli oddychać z powodu lipcowych upałów i rozpalonego dodatkowo powietrza. Nikt nie pokusił się, by zbadać, ilu ludzi zginęło, niemniej ofiary śmiertelne można liczyć w dziesiątkach, jeśli nie setkach tysięcy.

Neron i oskarżenia o podpalenie
Według Tacyta, w czasie kiedy wybuchł pożar, Neron przebywał poza Rzymem. Cesarz powrócił do miasta krótko po ustaniu ognia i natychmiast podjął działania: rozkazał sprowadzić do miasta zapasy jedzenia, odtworzyć ogrody, odbudować budynki. Tygellin, zausznik cezara, pisał listy do Ancjum naglące Nerona do powrotu do Rzymu, gdyż „straci widowisko”. W końcu cezar przybył ze swym dworem, augustianami i pretorianami. Widok płonącego miasta go zachwycił. Stanął na kamiennych arkadach wodociągów i odśpiewał pieśń przy akompaniamencie oklasków swych dworzan. „(...) wstąpił na scenę domowego teatru i opiewał zagładę Troi, porównując obecne nieszczęście z klęskami przeszłości” [5].
Ten gest tak rozwścieczył wzburzony tłum, że coraz trudniej było żołnierzom uciszyć narastające skargi na cezara. Neron nie przemówił do tłuszczy, ponieważ to nie mieściło się w jego estetycznym dekalogu. Uczynił to w jego imieniu Petroniusz, obiecując odbudowę miasta, otwarcie dla wszystkich ogrodów i rozdawanie jedzenia. Na jakiś czas niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Gdy nad ranem hałastra rozłożyła się w ogrodach pałacowych, na Polu Marsowym oraz w letnich domach, a żywność przypłynęła do Rzymu na statkach z Ostii, część obywateli - zwłaszcza złodzieje i nędzarze - uspokoiła się nieco. Było to jednak krótkotrwałe. Niewiele pomogło, że Nero nie szczędził zasobów na pogorzelców, że przyjął ich w swoich niespalonych domach i ogrodach.
Fakt, że Neron odbudowę Rzymu rozkazał rozpocząć od budowy własnego pałacu - Domus Aurea (Złoty Dom), który miał zastąpić zniszczony Domus Transitoria - spowodował, że dla niektórych osób był to dowód, że to sam cesarz kazał spalić Rzym. Już wcześniej był matkobójcą, teraz został podpalaczem. Neron znalazł więc wroga publicznego, którego można było obarczyć winą za klęskę: chrześcijan. Przebrała się jednak miara okrucieństwa - brutalność, z jaką ich potraktowano, przeraziła nawet żądny krwawych widowisk lud rzymski.
„Nie ustępowała hańbiąca pogłoska i nadal wierzono, że pożar był nakazany. Aby więc ją usunąć, podstawił Neron winowajców i dotknął najbardziej wyszukanymi kaźniami tych, których znienawidzono dla ich sromot, a których gmin chrześcijanami nazywał. Początek tej nazwie dał Chrystus, który za panowania Tyberiusza skazany został na śmierć przez prokuratora Poncjusza Piłata, a przytłumiony na razie zgubny zabobon znowu wybuchnął nie tylko w Judei, gdzie się to zło wylęgło, lecz także w stolicy, dokąd wszystko co potworne albo sromotne zewsząd napływa i licznych znajduje zwolenników. Schwytano więc naprzód tych, którzy tę wiarę publicznie wyznawali, potem na podstawie ich zeznań ogromne mnóstwo innych, i udowodniono im nie tyle zbrodnię podpalenia, ile nienawiść ku rodzajowi ludzkiemu. A śmierci ich przydano to urągowisko, że okryci skórami dzikich zwierząt ginęli rozszarpywani przez psy albo przybici do krzyżów, albo przeznaczeni na pastwę płomieni i gdy zabrakło dnia, palili się służąc za nocne pochodnie. Na to widowisko ofiarował Neron swój park i wydał igrzysko w cyrku, gdzie w przebraniu woźnicy z tłumem się mieszał lub na wozie stawał. Stąd, chociaż ci ludzie byli winni i zasługiwali na najsurowsze kary, budziła się ku nim litość, jako że nie dla pożytku państwa, lecz dla zadośćuczynienia okrucieństwu jednego człowieka byli traceni”.
Po ugaszeniu pożaru zaczęto szukać winnych, odpowiedzialnych za jego wybuch. Tutaj także mamy w pamięci głównie wydarzenia pozostawione przez Sienkiewicza na kartach „Quo vadis”. Czy chrześcijanie zostali rzeczywiście oskarżeni przez Nerona? Czy mające miejsce prześladowania chrześcijan były karą za „wywołanie” pożaru? Historyk Swetoniusz, niezbyt chętny chrześcijanom, nie łączy pożaru z prześladowaniem wyznawców Chrystusa. Jego zdaniem winni podpalania Rzymu (nie wskazuje kim byli) mieli zostać skazani przez Senat i ponieść lekkie kary. Chrześcijanie zaś byli prześladowani i torturowani nie dlatego, że podpalili miasto, ale dlatego, że wyznawali „nowy i zbrodniczy zabobon”. Dzisiaj bardzo trudno już określić, kto jest odpowiedzialny za wybuch wielkiego pożaru Rzymu. Wiele jednak wskazuje, że mogło to być przypadkowe zaprószenie ognia.
Zakończenie pożaru i odbudowa Rzymu
Ogień ustał po sześciu dniach. Siódmego, gdy pożar dotarł do pustych przestrzeni po wyburzonych domach, płomienie osłabły. Z czternastu dzielnic Rzymu trzy zostały całkowicie zdewastowane, siedem innych zostało mocno zniszczone, a tylko cztery uniknęły uszkodzeń. Świątynia Jowisza Statora, Dom Westalek i pałac Nerona zostały uszkodzone lub zniszczone. Straty były ogromne, również w starożytnych zabytkach. Zdumieniem spoglądano na ginący gród światowładny, na węzły, które aż dotąd związywały ludzkość w jedną całość.
Rzym został odbudowany na koszt całego imperium. Cesarz Neron osobiście zaangażował się w uchwalenie naprawdę dobrych przepisów przeciwpożarowych. Neron, zdaniem dziejopisa, rozkazał odbudować miasto w zupełnie nowym stylu, wzorując się na budowlach greckich. To, o czym rzadko się wspomina, to fakt, że cesarz nakazał odbudować Rzym zgodnie z zasadami, które dziś nazwalibyśmy „przepisami” przeciwpożarowymi. Od czasu wielkiego pożaru można było wznosić wyłącznie budynki kamienne, a pomiędzy nimi miały zostać zachowane większe odległości. Szersze miały być także ulice. Ten układ urbanistyczny można do dzisiaj dostrzec wśród rzymskich zabudowań.
Neron miał także plany nazwać nowe miasto Neropolis, czyli miasto wzniesione przez cezara na zgliszczach Rzymu. Ludzie przyjęli tę zmianę niechętnie, dając ujście wzbierającej w nich fali buntu. Wiedzieli już, że to cezar podpalił Rzym.

Obraz pożaru w ekranizacjach "Quo Vadis"
Henryk Sienkiewicz miał dar trafiania do czytelnika zarówno masowego, jak i elitarnego. Z powieścią „Quo vadis?” trafił tak mocno, że to dzięki niej w 1905 r. otrzymał Nagrodę Nobla za całokształt twórczości. Ta popularna powieść rozpalała wyobraźnię czytelnika i skłaniała go do skrajnych wzruszeń, co szybko przyciągnęło filmowców. Książka powstała pod koniec XIX w., więc mimo wielkiej staranności autora nie brakło w niej nieścisłości. Filmowcy nigdy nie wahali się, by zmieniać pierwowzory, głównie przez wzgląd na wygodę intelektualną widzów. Hollywood zawsze ma rozmach, tym razem było nie inaczej.
Quo Vadis Oficjalny zwiastun nr 1 – Film Roberta Taylora (1951) HD
Amerykańska produkcja (1951)
Film z 1951 roku powstał jako forpoczta ery wielkich widowisk, ubieranych w historyczne kostiumy, zgodne z masowym wyobrażeniem o epoce. A w powieści Sienkiewicza było wszystko, co film kochał: naiwna blond piękność, wierny sługa siłacz, kochanek zmieniający się na lepsze, tyran psychopata i takaż jego małżonka, tur silny jak tur, tudzież elegancki cynik, który zmienia się w stoika. Akcja i osobowości były na tyle wyraziste, że każdy je zrozumie. I pożar. Powieść, bardziej emocjonalną niż rzetelną, jeszcze bardziej zmieniono na rzecz emocji. Np. skromny stanowiskiem w powieści młody Winicjusz w filmie nie dość, że jest mężczyzną w wieku średnim, o randze dowódcy armii, to awansował na kochanka cesarzowej. Byk tak pomiatał Ursusem, że mimo półzbroi ukrytej pod tuniką złamał aktorowi parę żeber. A świetnie grany cesarz Neron to głupiec.
Pożar w tej produkcji robi wrażenie nawet bez Winicjusza, byka z Ursusem i Nerona, zarówno w dalekich ujęciach, jak i z bliska. A przecież nakręcono film tuż po II wojnie światowej! Może najmniej wiarygodnie pożar wyglądał w ujęciach dziennych z bardzo daleka, bo filmowcom koniecznie zależało na pokazaniu płomieni. Jawił się wtedy w oczach Winicjusza jako zbiór miniaturowych ognisk pośród domków-pudełek, zajmujących jakiś obszar, z pokaźną chmurą dymu nad nimi. A przecież z daleka, za dnia, płomienie są praktycznie niewidoczne, przegrywają z blaskiem słońca, przesłania je dym. Gruba, ciężka chmura dymu zasnuwająca horyzont - taki obraz powinien być widoczny z daleka.
Gdy Winicjusz podjechał bliżej, zapadała już noc, co przyspieszał dym pożaru. Tu nie można mieć już żadnych zastrzeżeń. Widać, że intensywnie płonie wielkie miasto - kamera pokazuje setki pożarów różnych budynków tak, jakbyśmy się rozglądali. I wcale nie odnosi się wrażenia, że są to powiększone płomienie pochłaniające makiety. Zabudowa jest gęsta, dymu bardzo dużo, w dodatku rozświetlanego, jak w prawdziwych pożarach, różnymi barwami - od żółci do czerwieni. Z niewielkiej odległości ogląda też pożar i roni łzy do wtóru lutni Neron. W tym ujęciu widać nawet więcej i zyskujemy nieco inną perspektywę, bo cesarz patrzy z wysoka, z akweduktu, a nad nim jaśnieją łuny. Konsultant ogniowy dokonał rzeczy niesamowitych - gdy spoglądamy na Rzym oczami Nerona, widzimy burzę ogniową! Pojawia się słup ognia, do którego zmierzają ukośnie płomienie i dymy z sąsiednich zabudowań. To mogło być wspomnienie niedawnych burz ogniowych z terenu Niemiec, wywołanych nalotami alianckimi.
Winicjusz wbiega między płonącą zabudowę. Na ulicach ścisk i krzyk, tłumy napierają na siebie, matki gubią dzieci. Pożar rozwija się nad głowami uciekinierów. Widać dużo płomieni, ale nie przypominają propanowych. Jest dym. Odwzorowano nawet nietrwałość zabudowy rzymskiej. Wkrótce dochodzi do szeregu tak charakterystycznych dla rzymskich pożarów zawaleń, w tym wyraźnego osunięcia ogromnych ścian, których materiałem konstrukcyjnym (zbrojeniem) było drewno - co również widać! Płoną drewniane nadbudówki murowanych przyziemi - tak właśnie to wyglądało. Ludzie uciekając przed ogniem, skaczą z okien - prosto w ogień. Brzegi Tybru i jego oskarpowania są oblegane przez uciekinierów, wielu szuka schronienia w wodzie i tam tonie. Okazuje się, że film, całkiem miałki fabularnie, dał wyśmienite odwzorowanie katastrofalnego pożaru.
Włoski miniserial (1985)
Miarą jakości książki Sienkiewicza jest fakt, że Włosi ekranizowali ją aż trzykrotnie - w latach 1901, 1924 i jako miniserial w 1985 r. Ta ostatnia produkcja powstała co prawda jako międzynarodowa, ale pod włoskim przewodnictwem, z udziałem aktorów takich jak Klaus Maria Brandauer (Neron), Max von Sydow (św. Piotr) i Francesco Quinn (Marek Winicjusz). Reżyserem i współscenarzystą był Franco Rossi, współtwórca kultowych seriali „Odyseja” i „Eneida”. Twórcy serialu postawili na rzetelną rekonstrukcję rzymskich realiów mentalnych, religijnych i społecznych.
Pożar w tej produkcji jest skromniejszy niż w produkcji amerykańskiej, skupiony na kameralnych wątkach. Niemniej do obrazów paniki, odcinania dróg ucieczki, trujących dymów i żaru nie można mieć uwag. To staranna robota. Skoro pożar trwał siedem dni i sześć nocy, można było pokusić się o pokazanie nocnych scen. Niestety, w filmowy biały dzień widać zbyt wiele błękitnego nieba, by uwierzyć w ogrom pożogi. Uciekinierzy nie wypełniają dróg ucieczki ani nawet kadrów. Winicjusz miota się gdzieś na obrzeżu pożaru, chodzi jak dziesiątki (bo nie setki) statystów między płonącymi budynkami i ani on, ani nikt inny nie osłania się od żaru. Podpalono wielkie imitacje murowanych ścian - mamy uwierzyć, że płonęły mury?! Przecież należało pokazać, że płonie drewno konstrukcyjne: patyki, wiklina, chrust! Niegodny wiary był też cyfrowy widok płonącej zabudowy antycznej jako murowanej, wyglądający jak nieruchoma pocztówka pt. „Wzgórze świątynne ze starożytności” pomalowana przejrzystymi płomieniami, dającymi pełny ogląd kształtu budynków. A przecież chodzi o jakieś 300 m głębokości widoku. Płomienie z ciał stałych nie są tak przejrzyste. Poza tym dymu było zwyczajnie za mało we wszystkich ujęciach.
Skoro ponad milion ludzi zostało bez dachu nad głową, to ujęcia nieprzebranych tłumów, których gniewu nawet władca świata musiał się lękać, były konieczne. Miniserial z 1985 roku to najwierniejsza ekranizacja powieści, w czym tkwi zarówno jej siła, jak i słabość. Siła, bo można nie czytać nudnawej i przegadanej lektury, tylko obejrzeć wierną ekranizację. Słabość - w ogólnej niehistoryczności. Pokazanie rzymskich realiów na modłę XIX-wieczną to nie najlepszy pomysł.
Przypisy
- Witruwiusz, O architekturze ksiąg dziesięć, przeł. Kazimierz Kumaniecki, Warszawa 2004, str. 63.
- Tamże, s. 64.
- Tacyt, Roczniki XV.38, [w:] Wybór pism, tłum. Seweryn Hammer, Wrocław 2004, str. 183.
- Tacyt, tamże, str. 184.
- Tacyt, Roczniki XV.39, [w:] Wybór pism, tłum. Seweryn Hammer, str. 185.