Pożar szpitala psychiatrycznego w Górnej Grupie

W nocy z 31 października na 1 listopada 1980 roku doszło do tragicznego pożaru w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Górnej Grupie, który pochłonął życie 55 pacjentów i spowodował ciężkie poparzenia u kolejnych 26 osób. Placówka, mieszcząca się w XIX-wiecznym pałacu, od lat cierpiała z powodu niedofinansowania i zaniedbań, co doprowadziło do skrajnie złego stanu zabezpieczeń przeciwpożarowych.

Historia obiektu i przekształcenie w szpital

Neorenesansowy pałac w Górnej Grupie, wzniesiony w XIX wieku, pierwotnie należał do rodziny Bismarcków. Po I wojnie światowej majątek przeszedł na własność państwa, a następnie został sprzedany zgromadzeniu werbistów w 1922 roku. Po odbudowie gmachu w latach 1922-1927 werbiści urządzili w nim dom zakonny, seminarium, gimnazjum i dom rekolekcyjny. W okresie niemieckiej okupacji (1939-1945) budynek służył jako niemiecki sztab, strzelnica i więzienie. Po wojnie, w 1945 roku, zakonnicy powrócili do majątku, jednak w 1952 roku został on znacjonalizowany przez władze komunistyczne.

W poklasztornym gmachu zorganizowano szpital psychiatryczny, który stał się filią Państwowego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu nad Wisłą. Przez kolejne 28 lat nie podjęto praktycznie żadnych działań mających na celu modernizację obiektu i dostosowanie go do potrzeb placówki medycznej.

XIX-wieczny pałac w Górnej Grupie przed przebudową na szpital

Warunki panujące w szpitalu przed pożarem

Na początku lat 80. XX wieku szpital w Górnej Grupie borykał się z problemami typowymi dla psychiatrii w PRL: niedofinansowaniem, brakiem personelu, zagęszczeniem pacjentów i złym stanem technicznym budynku. XIX-wieczna konstrukcja z drewnianymi stropami, łatwopalną wykładziną PCW na podłogach oraz izolacją ścian wykonaną z materiałów palnych (mchu, igliwia, trocin) stanowiła ogromne zagrożenie pożarowe.

Pacjenci przebywali w przepełnionych salach, często liczących od 20 do nawet 40-50 osób. Łóżka były ustawione tak gęsto, że brakowało miejsca do przejścia. Wielu pacjentów zostało porzuconych przez rodziny, a nagminną praktyką było "wynajmowanie" lżej chorych do prac polowych. Nadużywano elektrowstrząsów, a warunki bytowe i sanitarne były na bardzo niskim poziomie. Pacjenci nie posiadali szafek na rzeczy osobiste, które musieli przechowywać w łóżkach.

Stan zabezpieczeń przeciwpożarowych był przedmiotem uwagi jeszcze przed tragedią. Kontrola strażacka z września 1979 roku wykazała liczne uchybienia, w tym umieszczanie pacjentów z problemami z poruszaniem się na najwyższych piętrach, nadmierne zagęszczenie sal oraz brak schodów ewakuacyjnych. Część wyjść ewakuacyjnych została zlikwidowana lub zastawiona, aby zapobiec ucieczkom pacjentów.

Przebieg pożaru i akcja ratunkowa

Najbardziej prawdopodobną przyczyną pożaru było zaprószenie ognia z powodu nieszczelności przewodu kominowego. Przypuszcza się, że iskra wydostała się z przewodu i zapaliła łatwopalne ocieplenie ścian. Ogień przez pewien czas tlił się wewnątrz ścian, zanim rozprzestrzenił się na całą placówkę. Niektórzy pacjenci dzień przed tragedią zgłaszali wyczuwanie dymu i nienaturalnie ciepłe ściany.

W nocy z 31 października na 1 listopada 1980 roku w szpitalu przebywało ponad 300 pacjentów. Pożar wybuchł na trzecim piętrze, gdzie znajdowało się 125 najciężej chorych mężczyzn. Tej nocy dyżur pełniły cztery pielęgniarki, z których tylko jedna miała kilkuletni staż pracy. Zgodnie z regulaminem, o godzinie 23:00 pielęgniarki zamknęły na klucz od zewnątrz wszystkie sale z pacjentami.

Pierwszym, który zauważył ogień, był pacjent o pseudonimie „Ali”, który usiłował ostrzec personel. Wkrótce potem w szpitalu zgasły światła z powodu awarii instalacji elektrycznej, spowodowanej przez rozprzestrzeniający się pożar. Andrzej Rutkowski, pracownik szpitala, wyczuł dym i wraz z sąsiadami podjął próbę przedostania się do płonącej części budynku, jednak żar uniemożliwił wejście.

Pielęgniarki na trzecim piętrze zorientowały się, że wybuchł pożar i zdołały otworzyć jedną z sal, wzywając głośno pomoc. Po kilkunastu minutach na miejsce dotarły pierwsze zastępy straży pożarnej, a przed północą było ich już siedem. Akcja ratownicza była jednak chaotyczna i prowadzona w bardzo trudnych warunkach.

Strażakom brakowało podstawowego sprzętu, takiego jak latarki, liny czy nosze. Staw w ogrodzie szpitalnym był zanieczyszczony, co uniemożliwiało pobieranie wody przez pompy, a hydrant na podwórzu nie działał. Akcję utrudniał brak kombinezonów żaroodpornych, co uniemożliwiało strażakom wejście do płonących pomieszczeń. W akcję włączyli się żołnierze z pobliskiej jednostki wojskowej.

Sytuację komplikował fakt, że wielu pacjentów, dla których szpital był jedyną znaną rzeczywistością, z powodu paniki i przyzwyczajenia do nakazów personelu, nie chciało opuścić sal. Widząc strażaków i żołnierzy w maskach, interpretowali ich działania jako działania wojenne. Pomoc nadeszła, gdy ktoś wpadł na pomysł, aby ratownicy założyli białe kitle, co uspokoiło część pacjentów.

Część pacjentów wydostała się na własną rękę i rozbiegła po okolicy, inni czekali przed płonącym budynkiem w piżamach lub boso. Ogień szybko objął budynek, zawalił się dach i stropy. W jednej z sal runęła podłoga, zasypując kaplicę. Niektórzy pacjenci spłonęli żywcem na łóżkach, do których byli przywiązani pasami.

Ofiary i konsekwencje pożaru

W wyniku pożaru zginęło na miejscu 52 pacjentów. Kolejnych trzech zmarło w szpitalu w wyniku odniesionych obrażeń, co podniosło łączną liczbę ofiar śmiertelnych do 55. Dwie osoby zostały ciężko poparzone.

Dzień po tragedii do Górnej Grupy przybyli wicepremier Henryk Kisiel i wiceminister zdrowia Tadeusz Szelachowski. Początkowo podejrzewano awarię instalacji elektrycznej. Prokuratura postawiła zarzuty dwóm pracownikom szpitala: Janowi Górskiemu (zastępcy dyrektora ds. ekonomiczno-finansowych) i Mieczysławowi Chyle (kierownikowi działu administracyjno-gospodarczego) za niedopełnienie obowiązków i narażenie pacjentów na utratę życia i zdrowia. Proces rozpoczął się jesienią 1981 roku, jednak sprawa została umorzona na mocy amnestii z 1984 roku.

W środowisku psychiatrów pojawiały się głosy, że oskarżeni pracownicy stali się kozłami ofiarnymi, a prawdziwymi winowajcami byli decydenci polityczni, którzy odmawiali środków na modernizację szpitala.

Tragedia stała się inspiracją dla licznych dzieł kultury. Jacek Kaczmarski napisał piosenkę „A my nie chcemy uciekać stąd!” do muzyki Przemysława Gintrowskiego, która w drugim obiegu interpretowana była jako metafora Polski w okresie stanu wojennego. Wątek pożaru pojawia się także w filmie kryminalnym „Jeziorak” z 2014 roku.

Nagrobek upamiętniający ofiary pożaru w Górnej Grupie

Upamiętnienie ofiar i powrót werbistów

Władze komunistyczne nie zgodziły się na upamiętnienie ofiar z nazwiska na tablicy nagrobnej ani podanie przyczyny ich śmierci. Na zbiorowej mogile umieszczono jedynie tablicę z napisem „NN”. Dopiero w 2010 roku postawiono nagrobek z nazwiskami ofiar, a 19 września 2017 roku na terenie klasztornym odsłonięto głaz z tablicą pamiątkową.

Szpital psychiatryczny w Górnej Grupie nie wznowił działalności. Po przemianach politycznych w 1989 roku niszczejący gmach odzyskało i wyremontowało zgromadzenie werbistów. Obecnie mieści się tam Dom Misyjny Świętego Józefa.

tags: #gorna #grupa #grudziadz #pozar #szpitala