Tragedia w Górnej Grupie: Pożar szpitala psychiatrycznego w 1980 roku

W noc poprzedzającą Wszystkich Świętych, z 31 października na 1 listopada 1980 roku, doszło do pożaru w budynku szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych w Górnej Grupie. Był to drugi najtragiczniejszy pożar w historii powojennej Polski, w którym zginęło 55 pacjentów, a 26 osób zostało ciężko poparzonych. Ta katastrofa obnażyła olbrzymie zaniedbania w placówkach zdrowia w ówczesnym systemie, a także przypomniała o trudnej historii i warunkach, w jakich funkcjonowała polska psychiatria w okresie PRL.

Zewnętrzny widok na szpital psychiatryczny w Górnej Grupie po pożarze, 1 listopada 1980 r.

Historia i warunki Szpitala Psychiatrycznego w Górnej Grupie

Od pałacu do szpitala

Budynek, w którym mieścił się szpital, miał bogatą historię. Początkowo był to okazały, trzypiętrowy pałac należący do Malwiny von Bismarck, siostry Otto von Bismarcka. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku, budynek przejął Urząd Ziemski w Grudziądzu, a jego pierwszym właścicielem w odrodzonej Polsce został generał Kazimierz Sosnkowski. W 1923 roku pałac nabyła grupa katolickich misjonarzy - księży werbistów. Mimo że kilka godzin przed przejęciem majątku ktoś podłożył w nim ogień (sprawcy nigdy nie złapano, ale we wsi mówiono o "akcie zemsty Prusaka"), księża szybko odbudowali uszkodzony kompleks. Do 1939 roku mieściły się w nim seminarium, gimnazjum i dom rekolekcyjny. W 1939 roku zamieszkiwało go 60 braci zakonnych, 15 ojców, a w gimnazjum uczyło się 240 dzieci.

Po wkroczeniu wojsk hitlerowskich Niemcy przejęli pałac, urządzając w nim swój sztab, strzelnicę i więzienie, a wielu księży zginęło lub trafiło do obozów koncentracyjnych. W 1945 roku werbiści powrócili do majątku, lecz w 1952 roku budynek został znacjonalizowany przez władze komunistyczne, podobnie jak wiele innych obiektów. Nad ranem, 2 lipca 1952 roku, milicyjne ciężarówki podjechały pod budynek, a dwóch mężczyzn oświadczyło, że seminarium przestało istnieć. Zakonnikom uniemożliwiono poruszanie się, odcięto telefon, a ich dobytek załadowano na ciężarówki. Pracownicy cywilni przystąpili do prowizorycznej przebudowy wnętrza, dzieląc ogromne sale na mniejsze za pomocą płyt pilśniowych, wstawiając szpitalne łóżka, kraty w okna i zamurowując część wyjść ewakuacyjnych. Przy tych pracach nie dbano o jakiekolwiek przepisy przeciwpożarowe. Po zakończeniu przebudowy z ciężarówek zaczęto wyprowadzać ludzi w szpitalnych piżamach - pacjentów z różnymi chorobami psychicznymi. Milicjanci ogłosili nowym mieszkańcom: "To jest wasz nowy dom!", po czym opuścili teren klasztoru. Ołtarze z przyklasztornej kaplicy zerwano i wyrzucono, a nad głównym wejściem zawieszono tablicę "Szpital psychiatryczny w Górnej Grupie. Powiat Świecie". Tak powstała filia największego szpitala psychiatrycznego w ówczesnej Polsce.

Historyczne zdjęcie pałacu w Górnej Grupie, zanim stał się szpitalem.

Warunki życia i leczenia pacjentów

Szpital w Górnej Grupie, należący do Wojewódzkiego Zespołu Psychiatrycznego w Świeciu, nie cieszył się dobrą opinią. Przez 28 lat od nacjonalizacji nie podjęto praktycznie żadnych działań, które miałyby przystosować gmach do funkcji szpitala, nie przeprowadzano remontów ani modernizacji. Warunki były bardzo ciężkie, co było charakterystyczne dla wielu szpitali w Polsce Ludowej, gdzie psychiatria była niedofinansowana i cierpiała na niedobór personelu. W 1980 roku, w momencie pożaru, w szpitalu przebywało ponad 300 pacjentów.

Przepełnienie i brak bezpieczeństwa

Pacjentów umieszczono na drugim i trzecim piętrze budynku. Na każdym z nich znajdowała się jedna duża sala na 50 łóżek i trzy mniejsze, w których umieszczono po 20 pacjentów. Panował taki tłok, że łóżka były rozstawione tak gęsto, iż nie było między nimi przejścia, a pacjenci, aby wyjść, musieli przechodzić po łóżkach innych chorych. W jednej sali przebywało nawet do 50 chorych. Nie było oczywiście szafek, więc pacjenci trzymali wszystkie swoje rzeczy na łóżkach. Nie było też toalet, więc załatwiali się do wiaderek, które były opróżniane na podwórze, co potęgowało brud i nieprzyjemny zapach. Okien nigdy nie otwierano, ponieważ zabezpieczono je nie tylko kratami, ale również hartowanym szkłem, by uniemożliwić chorym wyskoczenie.

Długie, 50-metrowe korytarze ciągnęły się przez całe piętro, a na ich końcu znajdowało się tylko jedno wyjście na klatkę schodową. Część wyjść ewakuacyjnych została zlikwidowana lub zastawiona ciężkimi szafami, aby pacjenci nie uciekali. Nie było schodów ewakuacyjnych. Krokwie i stropy były drewniane, a drewniane podłogi pokryto łatwopalną wykładziną z PCV. Izolacja również była łatwopalna, wykonana z mchu, igliwia i trocin. Raport kontroli z 1979 roku odnotował te nieprawidłowości, lecz zalecenia nie zostały wykonane, ignorowano je, mówiąc o braku pieniędzy.

Personel i opieka

Szpital zmagał się z niedoborem personelu i niskimi kwalifikacjami zawodowymi. Duża część pielęgniarek i opiekunów miała jedynie wykształcenie podstawowe, a do pracy z chorymi wymagano od nich ukończenia prostego kursu, który nie obejmował edukacji z zakresu wiedzy o chorobach psychicznych ani potrzeb pacjentów. Nie uczono ich również, jak zachować się w sytuacjach zagrożenia czy jak bronić się przed agresywnymi pacjentami. Czas wolny po południu nie różnił się niczym od przedpołudnia, pacjenci korzystali z tej samej świetlicy i tego samego parku. Życie pacjentów w szpitalu z każdym rokiem coraz bardziej przypominało wegetację w więzieniu.

"Leczenie pracą"

Pacjenci w Górnej Grupie - cierpiący na schizofrenię, padaczkę, osoby z niepełnosprawnością intelektualną o różnym stopniu - byli często wykorzystywani do "leczenia pracą". Harowali za darmo na polu od świtu do zmierzchu lub pracowali w warsztatach tkackich. Lekarze nazywali takie usługi ergoterapią. Okoliczni mieszkańcy mogli "wynająć" chorych do prac rolnych, a zapłatą często były papierosy. Wśród rolników utarło się nawet powiedzenie: "Jeden wariat - pół traktora". Niektórzy pacjenci pracowali bez ubezpieczenia, bez świadczeń związanych z zatrudnieniem, co oznaczało, że ich wieloletnia praca nie wliczała się do stażu. Ten problem istniał od okresu międzywojennego, kiedy to pacjenci pracowali w gospodarstwach rolnych przy szpitalach w zamian za utrzymanie. Dopiero w wolnej Polsce zaistniał zakaz wykorzystywania chorych psychicznie do pracy na rzecz zakładu lub własnego utrzymania, by uniknąć traktowania cierpiących ludzi jako taniej siły roboczej.

Kim byli pacjenci?

Do szpitala w Górnej Grupie trafiały osoby z ciężkimi i przewlekłymi zaburzeniami psychicznymi, takie jak schizofrenia, padaczka, a także osoby z otępieniem i różnym stopniem niepełnosprawności intelektualnej. Wielu z nich było "przewlekle chorych", uznanych za niemożliwych do wyleczenia. Byli to często pacjenci opuszczeni przez rodziny, samotni, bezdomni, dla których szpital stawał się całym światem. Najciężej chorzy - epileptycy, schizofrenicy, katatonicy i inni pacjenci izolowani ze względu na ciężkie upośledzenie umysłowe - mieli wieloosobową salę szpitalną jako jedyny świat. Lekarze mówili o nich, że "mieszkali tu od zawsze i aż do śmierci". Pacjenci Ci poza tym, że byli najbardziej chorzy, to byli także często przypięci do łóżka, a ich sala zamknięta na klucz. Pacjenci byli podzieleni na piętra według stopnia sprawności: lżej chorzy i samodzielni przebywali na pierwszym piętrze, zaś ci, którzy nie byli w stanie samodzielnie wykonywać nawet podstawowych czynności, umieszczono na ostatnim, trzecim piętrze.

Nieoficjalnie mówiło się także o sporej liczbie osób, które przebywały w Górnej Grupie, choć nie powinny tam być. Byli to niekiedy ludzie "normalni", których ówczesny system nie mógł wtłoczyć w ramy, np. milicjant, który zabił żonę, lub opozycjoniści i nonkonformiści. Istniała nawet teoria, że cały pożar był celowo wywołany, by pozbyć się niewygodnych dla władzy ludzi. IPN zajął się tą sprawą, ale odmówił wszczęcia śledztwa.

Tragiczna noc pożaru

Ostrzeżenie Aliego

Późnym wieczorem 31 października 1980 roku, nic nie zwiastowało tragedii. Temperatura na zewnątrz wynosiła -10 stopni Celsjusza. Życie w szpitalu toczyło się swoim rytmem: pielęgniarki, cztery niedoświadczone kobiety, rozpoczęły dyżur o 21:00, rozdały wieczorne leki i zamknęły sale na klucz, by udać się do pomieszczenia socjalnego. Około godziny 23:00, do pokoju pielęgniarek przybiegł wystraszony pacjent o nazwisku Alkowski, znany wszystkim jako "Ali". Wymachiwał rękoma, krzycząc, że się pali. Ali był spokojnym i lubianym pacjentem, ale miał jedną wadę - był piromanem. Kilka razy podpalił różne przedmioty, w tym swój materac. Tydzień wcześniej również alarmował o pożarze, który okazał się fałszywy. Dlatego tym razem nikt mu nie uwierzył, a pielęgniarki roześmiały się i kazały mu wrócić do łóżka. Alkowski jednak nie dał za wygraną i, świadomy swojej reputacji, coraz głośniej alarmował: "Pali się! Pali! To nie Ali!". Dopiero gdy jedna z pielęgniarek poczuła dym, stało się jasne, że tym razem Ali nie żartował.

Miejsca przeklęte - Szpital w płomieniach

Rozwój pożaru i chaotyczna akcja ratunkowa

Pielęgniarki pobiegły w stronę oddziału, próbowały otworzyć drzwi do sali, ale klamka była już gorąca. Przez chwilę słyszały jęki i trzepotanie się chorych po podłodze, ale dymu w korytarzu było coraz więcej. W szpitalu zgasło światło w wyniku uszkodzenia instalacji elektrycznej. Brak wody do gaszenia ognia, zamurowane wyjścia ewakuacyjne oraz pacjenci uciekający i chowający się przed pijanymi strażakami - to wszystko sprawiło, że szanse na ratunek były niewielkie.

Salowy Kulaszewski, członek OSP w Górnej Grupie, jako pierwszy dostrzegł łunę nad szpitalem i natychmiast zaalarmował straż. Powiadomiono straż pożarną w Świeciu, Grudziądzu i Bydgoszczy. Po kilkunastu minutach służby ratunkowe zjawiły się na miejscu. Gdy przybyła straż, paliło się już trzecie piętro i strych. Akcja ratunkowa okazała się drogą przez mękę. Strażacy z Ochotniczej Straży Pożarnej nie mieli nawet odpowiedniego sprzętu ochronnego. Niektórzy z nich nie posiadali kasków, co sprawiało, że rezygnowali z przedostania się w dalsze rejony ogarnięte ogniem. Wyprowadzali tylko tych pacjentów, którym udało się podejść najbliżej wyjścia o własnych siłach.

Około północy w akcji gaszenia brało udział siedem zastępów straży pożarnej. Wodę czerpano ze stawu w przyszpitalnym parku, która jednak szybko się skończyła, ponieważ pobliski staw był zanieczyszczony liśćmi, a pompy strażackie nie mogły pobierać wody. Nowo przybyłe jednostki dzieliły się sprzętem i coraz śmielej wchodziły w najniebezpieczniejsze miejsca pożaru. Strażakom brakowało podstawowego sprzętu, jak liny asekuracyjne, latarki czy hełmy. Akcja ratownicza była prowadzona bardzo chaotycznie, a hydrant na podwórzu nie działał.

Trudności z ewakuacją pacjentów

Największą trudnością w ratowaniu ludzi okazali się być najbardziej chorzy pacjenci. Część chorych, przymocowana do łóżek pasami bezpieczeństwa, nie miała w ogóle możliwości ucieczki. Inni, dla których szpitalna sala i personel medyczny były jedyną znaną rzeczywistością, nie chcieli uciekać. Bali się idących im z pomocą żołnierzy i strażaków, myśleli bowiem, że wybuchła wojna. Chowali się pod łóżkami, przerażeni widokiem ratowników. Dochód do sytuacji, w których po wyciągnięciu chorych z palącej się sali, prowadzono ich w stronę wyjścia, a uratowani mężczyźni zaczynali się wyrywać i wracali do swoich sal, prosto w objęcia ognia. Strażacy musieli ponownie wracać tam, skąd przed chwilą wrócili. Zdarzali się również chorzy, którzy na widok strażackiego munduru dostawali ataku paniki i uciekali. Nagle ktoś wpadł na pomysł, aby strażacy ubrali białe, lekarskie fartuchy. Okazało się to strzałem w dziesiątkę - pacjenci przestali się bać obcych i chętnie pozwalali się wyprowadzać.

Pielęgniarka Ewa, dyżurująca tej nocy na pierwszym piętrze, krzykami próbowała zmusić strażaków do bardziej ofiarnej postawy. Bez rezultatu. Sama chwyciła za latarkę i bez zabezpieczenia pobiegła w stronę sali, gdzie znajdowali się chorzy, nieporuszający się samodzielnie. Widok, jaki zobaczyła na miejscu, był makabryczny: pacjenci przywiązani na noc do łóżek palili się żywcem. Reszta mężczyzn, zamiast uciekać z sali, chowała się pod metalowe łóżka, które pod wpływem ogromnej temperatury wyginały się. Kilku chorych biegło po korytarzu, paląc się żywym ogniem. Salowi i pielęgniarki bez lęku udawali się w najdalsze rejony ogarnięte ogniem, robiąc co tylko w ich mocy, by wyciągać ludzi i oddawać ich w ręce strażaków. Członkowie personelu medycznego okazali się prawdziwymi bohaterami.

Bohaterowie i kontrowersje

Wśród bohaterów tej nocy byli wspomniani Andrzej Rutkowski i Jerzy Sinicki, a także trójka żołnierzy - Jerzy, Marcin i Marek - którzy bez rozkazu weszli w ogień, by wynieść z magazynku butle z propanem-butanem, co z pewnością zapobiegło większej liczbie ofiar. Po tragedii pojawiły się głosy, że nie wszyscy strażacy wykazali się bohaterstwem. Według relacji świadków, część strażaków odmówiła udziału w akcji ratunkowej i nie weszła do płonącego budynku. Mówiono, że "dzień przed Wszystkich Świętych prawie w każdym domu byli goście i przed 23 mało kto był trzeźwy. Strażacy potykali się o własne węże, strumień wody ich prowadził". Na miejsce tragedii stawiły się tłumy ludzi, jednak znaczna większość z nich nie miała najmniejszego zamiaru ratować kogokolwiek.

Bilans tragedii i jej echo

Ofiary i ich pochówek

Kiedy ogień przygasł, strażacy wraz z salowym Kulaszewskim weszli do jednej z sal, znajdując 26 spalonych ciał. Prawie wszyscy leżeli pod drzwiami, co sugeruje, że chorzy do ostatniej chwili próbowali się wydostać. Ciała owijano w prześcieradła, koce, a gdy ich zabrakło, używano worków foliowych. Zwłoki wyniesiono na zewnątrz i załadowano do ciężarówki. Ostateczny bilans pożaru to 55 ofiar śmiertelnych i 26 ciężko poparzonych. Jednym z poparzonych odwiezionych do szpitala, zapytany o nazwisko, miał odpowiedzieć: "Ja nie mam nazwiska, moje nazwisko się spaliło".

Po pożarze spalone szczątki chorych pochowano w małych dziecięcych trumienkach, by zaoszczędzić na drewnie, i złożono w zbiorowej mogile. Zostali oznaczeni jako "NN", jak rozkazał lokalny dygnitarz partyjny, argumentując, że "przecież i tak już byli martwi za życia - nie mieli często rodzin, a szpital w Górnej Grupie był całym ich światem". Zostali skazani przez władzę na zapomnienie. Dopiero w XXI wieku doczekali się upamiętnienia. Dzięki śledztwu IPN znamy nazwiska większości z nich, a w 2017 roku upamiętnił ich zakon werbistów. W 2010 roku, po 30 latach od tragedii, odsłonięto tablicę z nazwiskami ofiar spoczywających w zbiorowym grobie, a w 2017 roku na terenie dawnego szpitala pojawił się głaz z tablicą w hołdzie ofiarom.

Przyczyny i odpowiedzialność

Przyczyną dramatu okazała się nieszczelność przewodu kominowego. Eksperci ustalili, że wypełnione łatwopalnym ociepleniem ściany (mech, igliwie, trociny) tliły się już od jakiegoś czasu. Ogień "pracował" między warstwami cegieł, a gdy dotarł do drewnianego strychu, wszystko potoczyło się błyskawicznie. W wyniku pożaru uszkodzeniu uległa instalacja elektryczna, w całej placówce zgasło światło, co jednak nie było niczym niespotykanym przy przerywanych dostawach energii w tamtych czasach. W stan oskarżenia postawiono dyrekcję szpitala, jednak w 1984 roku sprawa została umorzona na mocy amnestii.

Szkic drugiego piętra szpitala w Górnej Grupie po pożarze, przedstawiający układ sal i korytarzy.

Dziedzictwo i pamięć

Pożar szpitala psychiatrycznego w Górnej Grupie stał się inspiracją dla Jacka Kaczmarskiego, który napisał tekst do muzyki Przemysława Gintrowskiego. Tragiczne wydarzenia w Górnej Grupie były kolejną katastrofą lat 80., która obnażyła olbrzymie zaniedbania w polskiej psychiatrii. Historia ta wstrząsnęła ze względu na podobieństwa do innych przypadków, jak np. Kortau - przemilczenie, anonimizacja ofiar, niepamięć. Ukazuje, jak gwałtownie kończy się historia miejsca tak ważnego dla chorych. Pokazuje cierpienie ocalałych, kryzys tożsamości wywołany utratą domu. Podkreśla również dyskryminację strukturalną, z jaką pacjenci zakładów psychiatrycznych spotykali się w PRL, a często spotykają się do dziś, gdzie zawsze brakuje środków.

tags: #gorna #grupa #pozar