Ulica Dowborczyków w Łodzi była miejscem kilku tragicznych zdarzeń pożarowych. Jedno z nich, z 2005 roku, wstrząsnęło miastem, gdy 6-letni Brajan Chlebowski bohatersko zadzwonił po straż pożarną, ratując życie swojemu ojcu i sąsiadom, samemu ginąc w pożarze. Jego historia stała się symbolem odwagi i bezinteresownego daru życia.

Bohaterski telefon i tragiczny finał
Przebieg wydarzeń
W sobotę, 5 lutego 2005 roku, o godzinie 13:47, do łódzkiej straży pożarnej wpłynęło dramatyczne zgłoszenie. "Pali się u mnie!" - słychać było głos dziecka. Na pytanie strażaka: "Gdzie?", chłopiec odpowiedział: "Niech pan przyjeżdża! Na Dowborczyków. Pali się nasze mieszkanie!". W tle rozmowy słychać było kaszel Brajana. Po kilku sekundach, do telefonu podszedł ojciec chłopca, Aleksander Ch. "Pożar się zrobił w domu, ale już go ugasiłem" - powiedział niewyraźnym głosem, co wywołało konsternację strażaków. Brajan podał nazwę ulicy, swoje imię i numer telefonu. Według strażaków, "było oczywiste, że dziecko nie robi sobie żartów", a "sytuacja jest groźna, przebijało przez jego wystraszony głos". Dwie minuty później zadzwoniła sąsiadka z góry.
Procedury dla dyspozytorów - Jurek w Ministerstwie Zdrowia - co dalej?
Akcja ratunkowa
Mimo zapewnień ojca o ugaszeniu pożaru, strażacy natychmiast wyjechali do zgłoszenia. Kiedy dotarli na miejsce, z mieszkania na drugim piętrze kamienicy przy Dowborczyków 27 wydobywał się ogień i kłęby dymu. Strażacy przebili się przez dym na klatce schodowej. Przy drzwiach wejściowych płonącego mieszkania znaleziono leżącego mężczyznę, Aleksandra Ch., a dalej w pokoju, na podłodze, leżał chłopiec. Natychmiast podjęto reanimację dziecka i przewieziono je do szpitala. Zdaniem strażaków, gdyby nie telefon chłopca, ogień mógłby ogarnąć inne lokale w kamienicy, a pożar mógł stwarzać niebezpieczeństwo także dla innych mieszkańców z uwagi na konstrukcję budynku.
Śmierć i dar życia
Mimo wysiłków lekarzy, 6-letni Brajan zmarł po kilku dniach w wyniku zaczadzenia. "Rokowania były od początku bardzo złe" - wspomina dr Wanda Stengert. Matka chłopca, Beata Chlebowska, podjęła niezwykle trudną decyzję o pobraniu narządów. Powiedziała: "Skoro nie było już szansy, to pomyślałam, że może uda się uratować inne dzieci". Mąż również nie opierał się tej decyzji. Decyzja rodziców, by oddać narządy zmarłego dziecka, by uratować inne dzieci, "świadczy o tym, że ci ludzie dojrzali, że coś zrozumieli". Ta śmierć przemieniła się w cud życia: Brajan uratował troje dzieci. Przeszczepiono jego wątrobę i nerki. Docent Andrzej Kamiński z Centrum Zdrowia Dziecka, który przeprowadzał operacje, określił to jako "wyjątkową sytuację", zaznaczając, że choć dla dziecka najlepszym dawcą jest rówieśnik, takich przypadków jest dwa, trzy w ciągu roku. Rodzice Brajana to kolejny etap cudu, szybko przystali na pobranie narządów. Do trumny włożono Brajanowi nowiutkie renault na resorach.

Życie Brajana: Portret małego bohatera
W oczach bliskich i wychowawców
Brajan Chlebowski, sześciolatek o blond włosach i rozbrajającym uśmiechu, był dzieckiem bystrym i inteligentnym. Krystyna Walczak, nauczycielka Brajana z przedszkola nr 99, pamiętała, jak czterolatek zabawnie wymawiał literkę "r". Czytał już wszystkim dzieciom, choć nigdy nie dokańczał ostatnich liter, jakby się śpieszył. Mówił i opisywał obrazki jak dorosły, widząc całość, podczas gdy inne dzieci robiły wyliczanki. Był jedynym, który umiał grać w gry logiczne, takie jak domino, warcaby i szachy. "Ktoś musiał spędzać z nim dużo czasu" - wspominała nauczycielka. Najczęściej mówił o babci, z którą chodził na spacery. Jego mama, Beata Chlebowska, była jedną z nielicznych, które rozumiały, że "sześć lat to już obowiązek nauki". Każda nieobecność Brajana była usprawiedliwiona, a wszystkie zajęcia dodatkowe wykupione. Babcia Albina, księgowa w zoo, musiała iść do pracy tego dnia, dlatego Brajan nie przyszedł do niej. Chłopiec uwielbiał samochody, a jego kolega z przedszkola nauczył go rozróżniania marek, także strażackich. Kiedy w zeszłym roku był z dziećmi na lekcji w straży pożarnej, jako jedyny potrafił powtórzyć numer alarmowy straży. Znał na pamięć wszyściutkie numery - do straży, policji i pogotowia. "Był rozsądny i ostrożny" - mówiła babcia. "Wiedział, że nie wolno podchodzić do ognia, że trzeba uważać."
Tło rodzinne i wcześniejsze incydenty
Rodzice Brajana, Beata i Aleksander Chlebowscy, od kilku lat mieli ograniczoną władzę rodzicielską. Cztery lata przed tragedią Aleksander Ch. "podpadł z dzieckiem" - "trochę łyknął, jak to na podwórku z sąsiadami", a "przy okazji cukier go złapał i fiknął". Został zatrzymany, ponieważ dzieciak bawił się obok. Od tego czasu w rodzinie był kurator. Według sąsiadów, zdarzały się głośne imprezy, ale dziecko było zadbane. Matka Brajana, Beata Chlebowska, często mówiła, że jest dumna z synów, "jak była pijana". Ojciec Brajana był rencistą od wielu lat i to on najczęściej przebywał z chłopcem w domu. Uczył go, rysował domki, kwiatki i literki. Aleksander Ch. chorował na cukrzycę od 30 lat i brał insulinę; "bywały dni, kiedy mąż był bardzo senny". Miesiąc przed tragicznym pożarem, w mieszkaniu Chlebowskich również wybuchł pożar, ponoć "garnek spadł z kuchenki" lub "ojciec Brajana coś gotował i zapalił się garnek". Aneta, córka sąsiadów, nie zwróciła uwagi na krzyk w dniu tragedii, "przyzwyczajona do krzyków na drugim piętrze".
Dochodzenie, zarzuty i wyrok
Ustalenia prokuratury
Według prokuratury, przyczyną pożaru było zaprószenie ognia. Przed tragedią ojciec Brajana, Aleksander Ch., pił alkohol wraz ze swoim kolegą. Obaj palili też papierosy. Po wyjściu kolegi, Aleksander Ch. wrzucił niedopałki papierosów do torebki foliowej ze śmieciami, a następnie wraz z synem oglądał telewizję. W trakcie śledztwa wyjaśnił, że po jakimś czasie zauważył i poczuł dym z przedpokoju. W kuchni, pod miejscem, gdzie wisiała torebka, paliła się podłoga. Próbował gasić zarzewie ognia mokrymi ścierkami, kiedy usłyszał głos Brajana wzywającego straż przez telefon. Myślał, że ugasił pożar i zamknął drzwi od przedpokoju, by powstrzymać dym. Następnie odebrał synowi słuchawkę i powiedział, że ogień został ugaszony. Według niego, w tym czasie Brajan otworzył drzwi, a do pokoju dostały się kłęby dymu. Aleksander Ch. rzucił słuchawkę i pobiegł dalej gasić pożar, pozostawiając syna w pokoju. Ogień szybko się rozprzestrzeniał. Mężczyzna zdążył tylko otworzyć drzwi wejściowe do mieszkania i stracił przytomność. To tłumaczy, dlaczego leżał przy drzwiach, a dziecko znaleziono w głębi mieszkania.
Postępowanie sądowe
Prokuratura oskarżyła 36-letniego Aleksandra Ch. o nieumyślne spowodowanie pożaru mieszkania, który zagrażał życiu i zdrowiu wielu osób i w wyniku którego zmarł jego syn, a także o spowodowanie 30 tysięcy złotych strat w mieniu budynku. Za zarzucane czyny grozi kara do 8 lat więzienia. Aleksander Ch. przyznał się do stawianych mu zarzutów, wyraził żal i skruchę. Złożył wniosek o dobrowolne poddanie się karze, na co prokuratura wyraziła zgodę. Został skazany przez sąd na trzy lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na sześć lat oraz dozór kuratora. Prokurator wniósł również o zobowiązanie oskarżonego do powstrzymywania się od alkoholu i poddania się leczeniu odwykowemu. "Ojcu sumienie spokoju już nie wróci" - mówili mieszkańcy.

Pamięć i dziedzictwo
Pośmiertne odznaczenia i inicjatywy
Śmierć 6-letniego Brajana wstrząsnęła Łodzią. Na wniosek władz miasta, ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski nadał pośmiertnie chłopcu Medal "Za Ofiarność i Odwagę". Władze Łodzi również planowały nazwać imieniem Brajana jeden z placów zabaw. W 2006 roku Stowarzyszenie "Życie po przeszczepie" ustanowiło nagrodę im. Brajana Chlebowskiego, przyznawaną ludziom szczególnie zasłużonym w przełamywaniu barier społecznych wobec przekazywania narządów do transplantacji. Dyrektorka przedszkola, Krystyna Osak, wzruszona, powiedziała, że dobrze, iż dzieci będą miały swojego bohatera, ale "jak dobrze byłoby, gdyby tym bohaterem nie został".

Reakcje społeczne
W pogrzebie Brajana uczestniczyły władze Łodzi oraz uratowani sąsiedzi. Mieszkańcy kamienicy dali każdy na wieniec z napisem "Ukochanemu Brajankowi", bez patosu, bo "dzieciak był ulubieniec. Takie podwórkowe dziecko". Sąsiadka z Dowborczyków 27, Ewa Ratowicz, ciągle widzi dzieciaczka, który "taszy po schodach hulajnogę i woła na dorosłych: 'Weź ty, bo masz większe ręce'". Ludzie "lubią bohaterów", ale "lepiej, żeby żył i był taki, jak to Brajan". "Widać, że kochali dzieciaka. Może nikt nie umiał pomóc? Zaradzić chorobie?" - zastanawiali się sąsiedzi. Wiele razy ktoś z kamienicy dzwonił na policję, zwykle nad ranem. Ale Aleksander Ch. "alkoholizm cukrzycą przysłaniał i na cztery łapy zawsze spadał".
Inne incydenty pożarowe przy ulicy Dowborczyków
Pożar garaży w 2024 roku
Ulica Dowborczyków była również sceną innych pożarów. W piątkowy poranek, 5 stycznia 2024 roku, łódzka straż pożarna dostała wezwanie do pożaru w centrum miasta. Okazało się, że pali się w kamienicy przy ul. Dowborczyków 24. Według wstępnych ustaleń, ogień pojawił się po godzinie 8:00 w pomieszczeniach garażowych o powierzchni około 100 m kw. Na miejsce pojechało 12 zastępów straży pożarnej. Z sąsiadującej kamienicy ewakuowano 25 osób. "Nie ma osób poszkodowanych" - informowali strażacy. Nadpaleniu uległ również dach kamienicy. Akcja dogaszania ognia trwała kilka godzin. Ruchem kierowała policja, a odcinek ulicy został wyłączony z ruchu. Trwało ustalanie przyczyn wybuchu ognia.

tags: #gotowanie #dowborczykow #pozar