Historia i Losy Polskich Strażaków w Okresie Wojennym i Powojennym

Badanie losów strażaków po upływie dziesięcioleci jest zadaniem niezbędnym, a jednocześnie trudnym i frapującym. Często wiąże się z szalonymi myślami, że nigdy nie poznamy pełnej listy ofiar, ani pełnych okoliczności towarzyszących tragicznej, a najczęściej bohaterskiej śmierci. Dostępne informacje bywają sprzeczne, a badanie utrudnia częsty brak dokumentów.

Trudności w Dokumentowaniu Losów Strażaków

Jedną z najtrudniejszych kwestii jest niemożność wskazania miejsca wiecznego spoczynku wielu ofiar, zwłaszcza gdy doczesne szczątki uległy spopieleniu. Świadomość, że niejedne szczątki zostały pochowane bezimiennie, w nieznanym miejscu, jest jak ostry nóż. Ile matek, ojców, sierot, wdów i najbliższych żyło lub żyje z taką niewiedzą? Upływający czas nie zawsze, i nie do końca goi rany.

Rola Polskich Strażaków podczas II Wojny Światowej

Nasi poprzednicy - polscy strażacy zawodowi i pracownicy cywilni jednostek ochrony przeciwpożarowej podczas II wojny światowej - walczyli w szeregach Wojska Polskiego, w rozmaitych oddziałach zbrojnych podziemia lub wypełniali swe obowiązki wobec Ojczyzny i rodaków w formacjach pożarniczych.

Losy Uwięzionych i Prześladowanych

Tych, których wzięto do niewoli, przetrzymywano i więziono w obozach jenieckich obu agresorów. Często umieszczano ich w obozach koncentracyjnych, masowej lub natychmiastowej zagłady, łagrach i innych ponurych miejscach kaźni. Byli to ludzie aresztowani za przynależność do nielegalnych organizacji działających przeciwko obu okupantom, za wspieranie takich organizacji lub podejrzewani o takie zachowania. Represje spotykały również za posiadanie broni palnej, prowadzenie sabotażu, dywersji, niewykonywanie poleceń władz okupacyjnych, wydawanie i kolportaż prasy, ulotek, rozpowszechnianie informacji wrogich obu okupantom. Ujęci bywali przypadkowo podczas łapanek, pacyfikacji, obław i jako zakładnicy. Schwytani byli także podczas akcji przeciwko polskiej inteligencji, na handlu żywnością, za odmowę podpisania niemieckiej listy narodowej - volkslisty i wstąpienia do armii niemieckiej i ZSRR, a także za prowadzenie tajnego nauczania, udzielanie pomocy Żydom i osobom ściganym przez aparat policyjny.

Zdjecie archiwalne przedstawiajace polskich strazakow z okresu II RP

Organizacja Pożarnictwa w II RP i pod Okupacją

Pożarnictwo przed II Wojną Światową

Szeregi zawodowego pożarnictwa w II Rzeczypospolitej były nieduże. Wynikało to między innymi z gospodarczego zacofania, w tym słabego uprzemysłowienia odrodzonej Ojczyzny i niskiej urbanizacji - w 1938 roku w miastach mieszkało około 30% populacji. Nie wydaje się też, by władze państwowe w jakiś szczególny sposób troszczyły się o bezpieczeństwo przeciwpożarowe, choć podczas I wojny światowej w Tymczasowej Radzie Stanu powstał niezwykle postępowy projekt powołania państwowej ochrony przeciwpożarowej. Z kolei ustawa z dnia 13 marca 1934 roku o ochronie przed pożarami i innymi klęskami stanowiła ledwie krok do stworzenia skutecznej ochrony przed pożarami, gdy tymczasem z ogniem "szły" całe wioski i miasteczka, a regułą były pożary obejmujące po kilka wiejskich zabudowań. W II RP nie było państwowego, centralnego fachowego organu do spraw ochrony przed pożarami.

Dopiero wobec realnej napaści Niemiec najwyższe czynniki państwowe uświadomiły sobie powagę sytuacji. Wówczas to rząd wydał 29 stycznia 1937 roku rozporządzenie o przygotowaniu w czasie pokoju obrony przeciwlotniczej i przeciwgazowej Państwa. W efekcie wzrosła liczba terenowych jednostek ZSP z 67 i 2946 etatami w 1935 roku do 106 ze stanem 3600 osób w 1938 roku. Oznaczało to, że prawie co ósmy strażak pełnił służbę zawodową w Warszawskiej Straży Ogniowej (WSO), która w 1937 roku liczyła 460 ludzi. Druga pod względem wielkości zawodowego personelu była wtedy OSP w Łodzi, gdzie oprócz ochotników służyło 151 zawodowych strażaków. W kluczowych państwowych przedsiębiorstwach istniały zawodowe SP.

Poza strażami zawodowymi personel pożarniczy pełnił służbę lub pracował na stanowiskach cywilnych w referacie pożarniczym Ministerstwa Komunikacji, w wydziałach mechanicznych dyrekcji okręgowych PKP (było ich dziewięć), w dowództwach Okręgów Korpusów WP (było ich dziesięć), Wydziale Pożarniczym Departamentu Budownictwa Wojskowego Ministerstwa Spraw Wojskowych (lub MSW), Powszechnym Zakładzie Ubezpieczeń Wzajemnych, w przemyśle chemicznym, cukrowniczym, górnictwie nafty i gazu oraz w rafineriach. Były to pojedyncze stanowiska oficerskie lub instruktorskie. Najwięcej kadry zawodowej - wyłączywszy straże zawodowe zwane miejskimi - miały struktury Głównego ZSP RP, a po 28 listopada 1933 roku ZSP RP. W biurze jego Zarządu Głównego było blisko 20 etatów. Po 3-5 osób (w tym referentki oddziałów żeńskich) zatrudnionych było w 16 wojewódzkich inspektoratach, utrzymywanych z budżetów wojewodów. W 220 powiatach (na 264 ziemskie i 23 miejskie/grodzkie w 1938 roku) zatrudnieni byli w biurach wydziałów powiatowych instruktorzy powiatowi pożarnictwa.

Organizacja Pożarnictwa pod Okupacją

Po zajęciu Polski przez Niemcy i ZSRR tereny państwa zostały podzielone. Ponadto Słowacja otrzymała Spisz i Orawę.

Tereny Wcielone do Rzeszy

Do Rzeszy włączono tereny województw: pomorskiego, poznańskiego i śląskiego oraz części białostockiego, kieleckiego, krakowskiego, łódzkiego i warszawskiego. Obejmowały one 92 tys. km² z 10 mln mieszkańców. Włączenie do niemieckiego organizmu państwowego skutkowało wprowadzeniem niemieckiego porządku w strażach. Nastąpiła fala zwolnień Polaków ze służby, a pozostanie w niej wiązało się najczęściej z podpisaniem volkslisty. Tych, których nie zwolniono, na przykład dlatego, że podczas I wojny światowej walczyli w armii pruskiej, kierowano na stanowiska pomocnicze. Ze stanowisk dowódczych w Poznaniu, Toruniu, Bydgoszczy, Gdyni, Katowicach, Bytomiu, Grudziądzu i Świętochłowicach usunięto wszystkich polskich strażaków.

Tereny Wcielone do ZSRR

Do republik radzieckich: Białoruskiej i Ukraińskiej, włączono województwa: lwowskie, nowogródzkie, poleskie, stanisławowskie, tarnopolskie i wołyńskie, zajmujące obszar 201 tys. km² powierzchni z 13,4 mln mieszkańców, w tym blisko 5 mln narodowości polskiej. Litwa otrzymała na podstawie układu z ZSRR z 10 października 1939 roku okręg wileński (w zasadzie województwo wileńskie) z Wilnem, zajmujący 6,8 tys. km² z blisko 550 tys. mieszkańców. Obszar ten z całą Litwą 3 sierpnia 1940 roku został wcielony do Związku Radzieckiego. Na terenach włączonych do ZSRR zaprowadzono ustrój i prawo obowiązujące w tym państwie. Ochrona przeciwpożarowa w Związku Radzieckim znajdowała się w gestii Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych ZSRR (NKWD), a fachowym urzędem był w tym komisariacie Główny Zarząd Ochrony Przeciwpożarowej (GUPO). Na poziomie republik, obłasti i rejonów funkcjonowały terenowe komórki GZOP. Zgodnie z dekretem z dnia 17 kwietnia 1918 roku o organizacji walki z ogniem w państwie, straże zawodowe były służbami komunalnymi. W zawodowych strażach pożarnych działających na obszarach włączonych do ZSRR służyło wielu Polaków. W państwie litewskim interesujący nas obszar podlegał Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, a kilka zawodowych straży pożarnych utrzymywanych było przez samorządy. Litwa nie miała własnej ustawy regulującej sprawy ochrony przeciwpożarowej.

Generalne Gubernatorstwo (GG)

Z pozostałych terenów II RP, na podstawie niezgodnego z prawem międzynarodowym dekretu Adolfa Hitlera z 12 października 1939 roku, który wszedł w życie 26 tego miesiąca, utworzono Generalne Gubernatorstwo (General Gouvernement). Ten kolonialny twór zajął 95,7 tys. km² i miał 12 mln mieszkańców. Gubernię podzielono na cztery dystrykty: Krakau/Kraków, Lublin, Radom i Warschau/Warszawa, a te z kolei na powiaty i gminy. Po zajęciu obszarów dawnych województw: lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego przez Niemców, 1 sierpnia 1941 roku utworzono piąty dystrykt (Galizien/Galicja) z 12 powiatami. Odtąd powierzchnia GG wynosiła 145,2 tys. km z 14,5 mln osób.

Parlament hitlerowskiej Rzeszy przyjął 23 listopada 1938 roku ustawę o zwalczaniu (gaszeniu) pożarów w Rzeszy. Na jej podstawie wydano szereg wykonawczych aktów prawnych, którymi dokonano gruntownej przebudowy niemieckiej ochrony przeciwpożarowej. Jednocześnie ustawa znosiła struktury związkowe ochotniczego strażactwa, a straże pożarne, w tym ochotnicze, stały się formacjami podległymi Policji Porządkowej (Ordnungspolizei, Orpo). Utrzymano dotychczasowy system finansowania straży pożarnych przez samorządy. Po utworzeniu GG działalność rozpoczęła niemiecka Policja Porządkowa, która była groźnym narzędziem terroru i wyniszczania ludności - głównie polskiej i żydowskiej. Orpo kierował Dowódca SS i Policji (Befehlshaber der Ordnungspolizei, BdO). W urzędzie Dowódcy Orpo działała komórka pożarnicza - Oddział Straż Pożarna (Abteilung Feuerwehr). Kierowali nim oficerowie Policji Ochrony Przeciwpożarowej: ppłk Lothar Garski, mjr inż. bud. Ulrich Meinl i płk inż. bud. Heinz Günther. Oficerowie ci nadzorowali działalność Komisarycznego Kierownika Technicznego/Kierownika Technicznego Pożarnictwa. Major Meinl był człowiekiem wyrozumiałym i niczym nie przypominał typowego funkcjonariusza aparatu okupacyjnego, utrzymywano z nim bliskie kontakty, które umożliwiały wgląd w jego dokumenty służbowe. Przychylny wobec Polaków był także jego następca, Heinz Günther.

Mapa podziału Polski w czasie II wojny światowej

Na terenie GG zaprowadzono ochronę przeciwpożarową w oparciu o niemiecką ustawę z 23 listopada 1938 roku i przepisy wykonawcze do niej. Odrębne rozporządzenie o ochronie przed pożarami w GG podpisał Generalny Gubernator dr Hans Frank 22 kwietnia 1941 roku. Naczelnym polskim organem pożarniczym na terenie GG był od lutego/marca 1940 roku Komisaryczny Kierownik Techniczny Polskich Straży Ogniowych (z siedzibą w Warszawie), a od maja 1940 roku Kierownik Techniczny Pożarnictwa (z siedzibą w Krakowie). Urząd Kierownika sprawowali płk poż. Jerzy Lgocki, a od sierpnia 1942 roku jego dotychczasowy zastępca, ppłk poż. Terenowymi organami ochrony przeciwpożarowej w GG byli instruktorzy pożarniczy dystryktów i powiatowi instruktorzy. Instruktorami pożarniczymi dystryktów byli między innymi mjr/ppłk poż. Longin Jaroszewski (Lublin), mjr poż. Marian Sakiewicz (Lwów) i ppłk poż. Józef Mikuła (Radom). Na terenie GG funkcjonowało 39 zawodowych straży pożarnych. Największa z nich - WSO - miała pięć oddziałów. Tuż przed wybuchem powstania warszawskiego stan WSO wynosił 680 ludzi. Straż krakowska miała dwa oddziały, w których pełniło służbę 72 strażaków. Stan ZSP w Radomiu był zbliżony, a ZSP w Lublinie nie przekraczał 60 ludzi. W 23 miastach GG istniały pogotowia zawodowe działające na bazie miejskich OSP.

W celu wzmocnienia biernej obrony przeciwlotniczej (obrony cywilnej) na terenie GG, co wynikało z przygotowań do wojny ze Związkiem Radzieckim, 18 kwietnia 1941 roku wydano rozporządzenie policyjne o utworzeniu służby pomocniczej ochrony przeciwlotniczej (Luftschutz- und Hilfdienst, LHD). Weszło do niej pięć specjalistycznych służb, w tym służba przeciwpożarowa. Do obowiązkowej mundurowej służby kierowano młodych ludzi w wieku od 17 do 24 lat. Służba w LHD chroniła przed wywiezieniem na roboty przymusowe i dawała dużą swobodę poruszania się. Polscy strażacy zawodowi, a i ochotnicy, podczas okupacji działali w wielu podziemnych organizacjach, w tym o charakterze zbrojnym.

Sprzęt Pożarniczy po II Wojnie Światowej

Skąd pochodziły auta, którymi jeździli do pożarów polscy strażacy zaraz po II wojnie światowej? Zaopatrzenie ze strony UNRRA, dzięki której do Polski trafiło około 25 tysięcy samochodów demobilowych, było tylko jedną z dróg pozyskiwania w latach 1945-1947 pojazdów dla Polski. Inne to wojenne dostawy Lend-Lease oraz zakupy rządu polskiego w demobilach zachodnich. Nie należy też zapominać, że w znacznej części samochody ciężarowe stanowiły sprzęt zdobyczny i pozostawiony w Polsce przez Niemców po działaniach wojennych. Najwięcej zdobytych zostało w walce lub ściągniętych z pola walki, a potem remontowanych i oddawanych do użytku. Pozyskiwano je także z nietypowych miejsc, na przykład z Zalewu Wiślanego, gdzie po dwóch latach niszczenia pod wodą wydobyto kilkaset samochodów, ciągników itp., zatopionych podczas ofensywy Armii Czerwonej na Pomorzu. Niemieckie ciężarówki trafiały też do Polski w ramach powojennej rewindykacji mienia z terenów niemieckich.

W 1949 roku w grupie samochodów ciężarowych większość stanowiły pojazdy pochodzące z powojennego demobilu. 5% samochodów pochodziło z innych źródeł, np. pojazdy przedwojenne ukryte w czasie okupacji, auta sprowadzone do Polski prywatnie przez powracających do kraju żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Najliczniejszą ze wspomnianych grup tworzyły pojazdy marek Bedford, Chevrolet, Dodge, Ford, Fordson, GMC i Studebaker. Każda z tych marek reprezentowana była przez co najmniej trzy do pięciu modeli.

Kluczowa była jednak przede wszystkim inna sprawa - jak te pojazdy były rozdzielane. Bezwzględny priorytet miało wojsko. Drugie w kolejności były służby "utrwalające władzę ludową", czyli bezpieka, KBW, milicja i podległe im formacje. Po nich w kolejce ustawiały się przedsiębiorstwa odbudowujące kraj, zapewniające zaopatrzenie, firmy komunikacyjne, służby sanitarne, władze lokalne i na samym końcu straż pożarna. Faktycznie wyglądało to tak, że dla strażaków pozostawały ostatki zaopatrzenia motoryzacyjnego w dalece niewystarczającej liczbie - pojazdy w najgorszym stanie technicznym, modele bardzo trudne w naprawie i wyeksploatowany sprzęt poniemiecki. Ewentualnie przekazywano im auta już wcześniej zużyte przez inne podmioty. Potwierdzenie tego faktu znajdujemy również w literaturze, np. w książce „Sprzęt pożarniczy” autorstwa ppłk. poż. inż. Franciszka Kowalskiego, wydanej w 1948 roku, gdzie można znaleźć informacje, że do straży pożarnej trafiło m.in. kilka amerykańskich wozów Bantam BRC, które wyprodukowano w małej serii, a o częściach zamiennych do nich można było tylko pomarzyć.

Zdjecie wozu strazackiego marki Dodge z czasow powojennych

Ewolucja Sprzętu Strażackiego i Wyzwania Dawnych Lat - Perspektywa Muzeum Pożarnictwa w Przeworsku

W dawnych stajniach księcia Lubomirskiego w Przeworsku, gdzie dziś mieści się Muzeum Pożarnictwa, nie znajdzie się już wspaniałych rumaków, lecz skarby tam zgromadzone skutecznie przenoszą do czasów, gdy strażacy w mundurach z płótna lnianego podrywali się na dźwięk gongów, dzielnie ruszając do nierównej walki z ogniem. Wojciech Kruk, historyk i adiunkt z Muzeum Pożarnictwa w Przeworsku, opowiedział o sekretach tego zawodu i jedynych na Podkarpaciu tak okazałych zbiorach.

Początki Walki z Ogniem i Obowiązki Mieszkańców

Pierwszym sprzętem gaśniczym były skórzane wiadra. Dopiero w XIV wieku wynaleziono szpryce, które do Polski dotarły późno, bo w XVI wieku, początkowo posiadając je jedynie duże miasta jak Poznań, Kraków czy Piotrków Trybunalski. Szpryce były podłużne, drewniane, ale i mosiężne, działały na zasadzie dzisiejszej strzykawki, wciągano do nich wodę, przyciskano i woda z nich wylatywała. Był to raczej prymitywny sprzęt, w jednej szprycy mogło się zmieścić od litra do 7 litrów wody, a zasięg strumienia nie był imponujący. Każdą szprycę obsługiwała jedna osoba. W zbiorach muzeum w Przeworsku znajdują się takie szpryce, w tym mosiężna francuska z początku XX wieku i drewniana z XX wieku.

Dawniej obowiązkiem każdego mieszkańca domu było posiadanie „sprzętu przeciwpożarowego”. Na chałupie musiał wisieć bosak, wiadro, czy drabina, dzięki którym jeszcze przed przyjazdem straży można było na własną rękę ratować dobytek. Chodzili kontrolerzy, którzy to sprawdzali, a kto nie miał tego sprzętu, musiał płacić kary. Zachował się nawet dokument Antoniego Lubomirskiego, właściciela Przeworska z 16 sierpnia 1762 roku, dotyczący „zachowania naypilniejszey ostrożności od ognia”, w tym obowiązku stawiania wysokich murowanych kominów, posiadania przy domach kadzi na wodę, drabin, osęk oraz określający obowiązki stróżów miejskich nocnych względem „pilności ognia i złodzieja”.

Systemy Alarmowania i Dawne Remizy

Na wsiach do wzywania straży pożarnej służyły różnego typu gongi, wykonane z felgi od koła, z pocisku artylerii czy z odkładnicy. Znajdowały się one w różnych miejscach wsi, a w mniejszej miejscowości wystarczał jeden czy dwa. Gdy ktoś zauważył pożar, jego obowiązkiem było dać sygnał. Wieszano też dzwonki na dachu remizy strażackiej, które miały długi sznur, za który pociągano na alarm. Czasami używano też dzwonów kościelnych. Muzeum w Przeworsku posiada dzwon z 1748 roku z dzwonnicy po dawnej cerkwi w Grzęsce, który służył podczas wybuchu pożaru. Ponadto w zbiorach są późniejsze trąbki, sygnałówki i używane do dziś syreny na korbę z lat 50. i 60. XX wieku, przechowywane w remizach. Dawne remizy to były stare drewniane szopy, stodoły lub niezamieszkałe domy.

Mundury i Wyposażenie Ochronne

Stroje galowe używane podczas świąt, uroczystości czy parad nie różniły się tak bardzo od dzisiejszych. Bojowe - zdecydowanie tak. Strażacy zakładali mundury z płótna lnianego: spodnie i koszulę przypominającą katanę, głównie szyte przez żony strażaków. Mundury z okresu międzywojennego można zobaczyć w zbiorach muzeum.

Hełmy bojowe były mosiężne, z grzebieniem, który dodatkowo zabezpieczał głowę strażaka przed spadającym sufitem czy belkami. Z tyłu miały kołnierze chroniące szyję. Duże wrażenie robią dziś też skórzane i mosiężne hełmy paradne z pięknymi ozdobami, będące arcydziełami sztuki rzemieślniczej. Muzeum posiada hełmy z okresu zaboru austriackiego, które zdobi wizerunek sokoła w locie z inicjałami SO (Straż Ogniowa), używane przez strażaków z terenu Galicji. Ponadto pruskie, rosyjskie i pochodzące z „Huty Ludwików” w Kielcach z 1938 roku.

Na początku XX wieku wynaleziono maski przeciwgazowe i aparaty tlenowe. Maska i pochłaniacz służyły do ochrony dróg oddechowych strażaka przed działaniem szkodliwych dymów i gazów pożarowych. Natomiast aparat był duży i ciężki, ważyły od kilku do nawet kilkunastu kilogramów. Służył on już do całkowitej izolacji dróg oddechowych strażaka i można było z niego korzystać w każdych warunkach, bez względu na zawartość tlenu w powietrzu. W przeworskim muzeum można zobaczyć trzy takie cenne aparaty tlenowe: niemieckie Draegery z lat 40. XX wieku, w formie plecakowej.

Historia gaszenia pożarów – kanał World Geographic

Rozwój Sikawek i Innego Sprzętu

Przełomem stały się sikawki. Pojawiały się już w XVII wieku, jednak dopiero w XIX wieku zaczęto stosować je w Polsce. Niestety, wszystkie modele - zarówno te do zaprzęgów konnych czy mniejsze, przenośne, tzw. taczkowe - były drogie. Nie każda straż pożarna mogła sobie na nie pozwolić. Muzeum posiada jedną z największych kolekcji w Polsce, w tym XIX-wieczne modele produkowane przez wiedeńską firmę Wm. Knaust, a także sikawki lwowskie, sanockie, krakowskie, warszawskie czy tarnowskie. Do obsługi dużych sikawek do zaprzęgu konnego potrzeba było zazwyczaj kilkunastu ochotników: czterech strażaków do pompowania i jeden do trzymania węża zakończonego prądownicą. Ponieważ była to ciężka praca, musieli mieć zastępstwo. Konie potrzebne zarówno do przewozu sikawek, jak i dodatkowych wozów z załogą, pożyczali gospodarze danej wioski.

W specjalnych skrzyniach przy sikawkach przechowywano różnego rodzaju klucze do przykręcania i łączenia węży, czy toporki, które każdy strażak nosił przy pasie podczas akcji. Służyły do wybijania okien, wyważania zamków w drzwiach i kłódek. Wszystkie sikawki wyposażone były w latarnie, m.in. naftowe, karbidowe, świecowe. Do lat 30. XX wieku nie było w Przeworsku światła, więc w nocy trzeba było jakoś oświetlić drogę. Obowiązkowym wyposażeniem były też drabiny tzw. dwuhakowe zwane strzechowymi, które miały dwa zagięte zęby, którymi można było zahaczyć o dach. Świetnie sprawdzały się również drabiny Szczerbowskiego - nazywane piramidką. Były one składane, co umożliwiało wchodzenie na nie i z jednej, i z drugiej strony. Z kolei podobnymi do wideł bosakami strzechowymi zdejmowano palącą się słomę. Praktycznym sprzętem były też pływaki, które utrzymywały węża na powierzchni pobieranej wody oraz tłumice do gaszenia trawy czy ściółki leśnej, używane do dziś.

Wyzwania i Pożary Dawnych Lat

Prawdopodobieństwo pożaru kiedyś było dużo większe niż dzisiaj ze względu na powszechną drewnianą zabudowę, dachy ze słomy bądź kryte gontem. Gdy wybuchał pożar, to zanim pomoc dojechała, zazwyczaj nie było co gasić. Strażacy mogli jedynie polewać wodą domy obok, aby pożar się nie rozprzestrzeniał. Dawniej często płonęły całe wioski i miasta. Tak też było między innymi w 1930 roku w Przeworsku, gdzie w dzielnicy żydowskiej wybuchł duży pożar. Cały rynek i ul. Kazimierzowska zostały doszczętnie zniszczone. Straż pożarna z Przeworska (powstała w 1896 roku) nie mogła dać sobie rady z jego opanowaniem. Na pomoc przyjechały: straż Potockiego z Łańcuta, pomoc wojskowa z Jarosławia, straż cukrowni, straż z Mikulic i innych okolicznych miejscowości. W końcu udało się pożar ugasić, ale straty były bardzo duże - spłonęło 45 domów.

Użycie sikawek strażackich wymagało sąsiedztwa zbiornika wodnego: rowu, stawu czy studni. Gdy nie było go w pobliżu, trzeba było około 400-500-litrowymi beczkami bądź beczkowozami tę wodę przywozić. Przy tym ogromnym pożarze w Przeworsku wodę dowożono z rzeki Mleczki, oddalonej o około kilometr od miejsca pożaru. Pożar był tak spektakularny, że rozpisywały się o nim nie tylko gazety w Polsce, ale i zagranicą. Prawdopodobną przyczyną była przewrócona świeca. Pięć lat później, w 1935 roku, władze Przeworska doszły do wniosku, że prawdopodobieństwo wybuchu podobnych pożarów jest bardzo duże, a sikawki nie spełniają swojej roli. Zakupiono więc pierwszą dla miasta motopompę - urządzenie ze zbiornikiem na paliwo, silnikami i wóz do jej przewozu. Ten ostatni eksponowany jest w zbiorach muzeum.

Motoryzacja w Pożarnictwie

Sikawek używano jeszcze do lat 60. XX wieku. Później zaczęły pojawiać się samochody strażackie. Unikatowym modelem jest dziś Star 20, którego model z 1953 roku, niestety w złym stanie, znajduje się w zbiorach muzeum. W latach 60. i 70. zaczęły służyć Stary 21, 25, 26, z których niektóre w ochotniczych strażach pożarnych jeszcze działają. Prawdziwym skarbem przeworskich zbiorów jest jednak amerykański Dodge. To unikatowy, choć nie typowo strażacki samochód. Mają go tylko dwa muzea w Polsce: w Przeworsku i w Alwerni koło Krakowa. Dodge’e produkowano na potrzeby armii. Ten trafił do byłego województwa przemyskiego z USA z powstałej w 1943 roku w Waszyngtonie UNRRA, która udzielała pomocy krajom wyzwalającym się po II wojnie światowej. Trafił on na tereny Przeworska w 1963 roku, służył kilka miesięcy w Kańczudze, później został przeniesiony do Świętoniowej. Przewoził strażaków oraz motopompę. W 1987 roku Dodge trafił do muzeum jako wysłużony samochód, a w 2014 roku poddano go konserwacji.

Muzeum Pożarnictwa w Przeworsku

Muzeum Pożarnictwa w Przeworsku, mieszczące się w dawnych stajniach cugowych księcia Lubomirskiego, posiada około 1400 eksponatów. Do tego ponad 400 teczek zawierających akta i dokumenty dotyczące dziejów ochotniczych straży pożarnych, a także zbiór fotografii archiwalnych liczący ponad 2,5 tysiąca pozycji. Muzeum powstało z prywatnych zbiorów kolekcjonera i pasjonata Leona Trybalskiego w 1974 roku. Jest to jedyne tego rodzaju muzeum na Podkarpaciu, pokazujące postęp techniki ratowniczej, jaka dokonała się na przestrzeni ostatnich 150 lat. Cały sprzęt pochodzi tylko z terenu powiatu przeworskiego, z wyjątkiem około 10 eksponatów. Nad całością zbiorów czuwa rzeźbiona w drewnie, polichromowana figurka z 1823 roku - patron strażaków, Święty Florian.

tags: #jak #wyglada #strazak #po #wojnie