Międzynarodowy Dzień Strażaka i powołanie
4 maja na całym świecie obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Strażaka. Celem tego święta jest oddanie hołdu dla poległych strażaków oraz wyrażenie szacunku dla tych ludzi za ich trud i narażanie życia. Oficjalnie święto to zostało także ustanowione w Polsce przez Sejm RP i 4 maja świętuje zarówno Państwowa Straż Pożarna, jak i Ochotnicza Straż Pożarna.
Z okazji tego dnia często rozmawia się z osobami, które łączą pasję sportową z działalnością w straży pożarnej. Jedną z takich postaci jest Jakub Jamróg - na co dzień żużlowiec, który związany jest także z Ochotniczą Strażą Pożarną w Zakrzowie.
Jakub Jamróg podchodzi do swojej pasji strażackiej bardzo poważnie i traktuje ją jako powołanie.

Korzenie pasji i dziedzictwo rodzinne
Straż pożarna zafascynowała Jakuba Jamroga, gdy miał 12 lat. Wywodzi się on z miejscowości Zakrzów, gdzie mocno zaszczepiona jest chęć niesienia pomocy. Jak wspomina: „Jesteśmy bardzo małą miejscowością i nie mamy m.in. drużyny piłkarskiej, wobec czego 95% chłopaków od nas z wioski interesuje się strażą i poświęca jej swój wolny czas”.
Rodzinne korzenie odegrały kluczową rolę w jego zaangażowaniu. Strażakiem ochotnikiem był również jego ojciec, a wcześniej dziadek. „Fakt, że mój dziadek oraz ojciec też byli w OSP sprawił, że naturalnym krokiem było dla mnie pójście w ich ślady” - przyznaje Jamróg. Kiedy inni chodzili kopać piłkę, Jakub z rówieśnikami startował w zawodach sportowo-pożarniczych, rywalizując w różnych konkurencjach. Po ukończeniu 18 lat nie miał wątpliwości i od razu poszedł na szkolenie, od tamtej pory pomagając, kiedy tylko może.
Chęć zostania strażakiem zawodowym była silna. „Chciałem i to bardzo, ale żużel był większą pasją. Myślę, że gdybym się nie ścigał, gdyby coś mi nie wyszło na początku kariery, to mocno bym to rozważał i był zawodowym strażakiem” - mówi Jamróg. Pożarnictwo było dla niego wentylem bezpieczeństwa, a jego jednostka, choć ochotnicza, jest zrzeszona w Krajowym Systemie Ratowniczo-Gaśniczym i jest dobrze wyposażona, realizując określone zadania.
Druhom z OSP Zakrzów przekazano torbę przedmedyczną - film 1
Charakterystyka służby w Ochotniczej Straży Pożarnej
Służba w Ochotniczej Straży Pożarnej jest specyficzna i wymaga stałej gotowości. Nie ma czegoś takiego w OSP jak dyżury, jak to ma miejsce w Państwowej Straży Pożarnej. W OSP system alarmowania opiera się na małym pagerze oraz dodatkowych SMS-ach, a także syrenie. Aby zdążyć na akcję, Jakub Jamróg musi być obecny w swojej miejscowości. Jak podkreśla: „Po alarmie mamy 2-3 minuty na przybycie do remizy. Nie muszę nawet jechać do Tarnowa, by wykluczyć swój udział. Wystarczy, że pojadę do sklepu trzy kilometry od domu i już nie mam szans zdążyć z powrotem. Nikt nie będzie przecież czekał na mój przyjazd. Nie ma na to czasu”.
Gdy pojawia się alarm, wszyscy, którzy są na miejscu, reagują, chwytając za kluczyki od auta, wsiadając na rower czy biegnąc do jednostki. Rocznie Jakub Jamróg wyjeżdża na akcje trzy, cztery, maksymalnie pięć razy. Cała jednostka uczestniczy w około 30-40 zdarzeniach rocznie, z czego większość stanowią wypadki drogowe. Z miejscowości Zakrzów do jednostki Państwowej Straży Pożarnej w Tarnowie jest około 15 kilometrów, co sprawia, że często ochotnicy jako pierwsi docierają na miejsce zdarzenia, a zawodowi strażacy dojeżdżają kilka-kilkanaście minut później. W takich sytuacjach każda minuta jest cenna.
W jednostce OSP w Zakrzowie znajdują się trzy samochody: dwa wozy bojowe (ciężki i średni) oraz samochód do transportu ludzi. W wozie jest miejsce dla sześciu strażaków. Jakub Jamróg, dzięki posiadanym uprawnieniom technicznym, często ma pod opieką sprzęt hydrauliczny do cięcia blach, natomiast dowódca dzieli obowiązki, przydzielając zadania związane ze sprzętem gaśniczym czy opieką medyczną. Ważne jest także odpowiednie wyszkolenie, a większość szkoleń przeszedł jeszcze jako junior Unii Tarnów, jednak ciągle się dokształca i uczestniczy w kursach.

Emocje i wyzwania podczas interwencji
„Czuję dużą adrenalinę. Gdy jedziesz do remizy, to czujesz takie dodatkowe emocje, bo nie wiesz do końca co cię spotka. Gdy przebieramy się w kombinezony (Nomex - dop. red.), to już wiemy, do czego wyjeżdżamy” - opowiada Jakub Jamróg. Mimo że interwencje bywają „banalne”, jak usuwanie plam oleju z jezdni, do każdego wyjazdu trzeba przystąpić skupionym w stu procentach. Zupełnie inaczej jest, gdy jedzie się do pożaru, wypadku samochodowego czy ratować ludzi. „To jest taki żywioł, że człowiek się czuje jak przysłowiowe mrówki z mrowiska zalewane wiaderkiem wody” - dodaje.
Największym przeżyciem dla Jamroga są wypadki samochodowe, które nazywa „ludzkimi tragediami”. Wspomina serię, gdy koło jego miejscowości, na dawnej drodze wojewódzkiej „94” (popularna trasa przed wybudowaniem autostrady z Krakowa do Tarnowa), widział pięć ofiar śmiertelnych w ciągu roku. „Takie obrazki dają mocno do myślenia i wpływają na psychikę” - podkreśla. „Kiedyś nieśliśmy poszkodowaną po wyciągnięciu z samochodu. Nagle się ocknęła, chwyciła kolegę za rękę i zaczęła przerażona wołać o pomoc. Na jej twarzy malował się wielki strach i bezsilność. Ta kobieta kompletnie nie wiedziała, co się dzieje. Nie ukrywam, że wyjazdy na takie akcje mocno na mnie wpłynęły”.
Choć służba strażaka-ochotnika bywa ryzykowna, Jakub Jamróg nie uważa, by specjalnie ryzykował. „Warto jednak pamiętać, że nie jestem zawodowym strażakiem. Oni zdecydowanie częściej mierzą się z trudnymi tematami. U nas jest inaczej, bo działamy głównie na terenach wiejskich, więc takich poważnych pożarów jest tutaj niewiele”. Jednak trudne akcje się zdarzają. „Kiedyś męczyliśmy się cały dzień z pożarem stodoły. Niebezpiecznie było, kiedy zaczęła palić się kotłownia. Koledzy musieli wejść do środka w specjalnych aparatach. Bardzo ryzykowali”. Najtrudniej jest jednak brać udział w akcji, w której są ofiary śmiertelne, ponieważ „z tym nie da się oswoić”.
Łączenie pasji sportowej ze służbą
Połączenie kariery żużlowej ze służbą w OSP nie stwarza większych problemów. „To jest taka działalność, która nie angażuje mnie mocno w życie. Czasem uda się wyskoczyć na godzinę czy dwie, co przy pięciu wyjazdach w roku daje naprawdę niewiele” - wyjaśnia Jamróg. Żużel pozostaje na pierwszym miejscu, dlatego na tę drugą pasję nie ma zbyt wiele czasu.
Kluby, w których startował, odbierają jego zaangażowanie bardzo pozytywnie. Nie jest to działalność kolidująca z jego obowiązkami sportowymi, a co więcej, nie ma ryzyka, że nie pojedzie na mecz z powodu akcji. „To nie jest zawód, bo nie pobieram żadnych pieniędzy” - podkreśla, traktując to jako formę udzielania się w społeczności. Koledzy z jednostki traktują go jak kumpla z wioski, który „robi coś jeszcze”, choć na pewno mu kibicują.
Mimo "filigranowej" sylwetki, Jakub Jamróg daje radę w straży. „Wiadomo, lepiej być «miśkiem», ale mam kolegów, którzy są podobnej postury co ja i również dają radę” - mówi. Samochód ma ogromną pompę, a precyzyjne podawanie wody jest kluczowe. Posiada uprawnienia techniczne i często używa ponad 10-kilogramowych nożyc hydraulicznych. Przyznaje, że są czynności sprawiające mu trudność, ale „nikt nie może powiedzieć, że sobie nie radzę”.
Przyszłość i przekazywanie wartości
Jakub Jamróg widzi przyszłość swojej rodziny związaną z Zakrzowem i strażą pożarną. Pytany, czy chciałby, aby jego synowie także dołączyli kiedyś do straży pożarnej, odpowiada: „Pewnie tak będzie. Jak dobrze pójdzie, to niedługo osiedlimy się na stałe w mojej miejscowości i nie będziemy mieli daleko do remizy, więc pewnie pójdą w moje ślady, aczkolwiek to jest tak samo jak z żużlem. Będą chcieli, to im pomogę, a jeśli nie, to nie będę ich namawiał na siłę”.
