Historia pożarów Kościoła Garnizonowego we Wrocławiu

Kościół św. Elżbiety we Wrocławiu, znany również jako Kościół Garnizonowy, od wieków góruje nad miastem, będąc jedną z największych świątyń. Jego bogata historia naznaczona jest jednak licznymi katastrofami, wśród których pożary z lat 1975 i 1976 zajmują szczególne miejsce w powojennych dziejach Wrocławia.

Rywalizacja o wysokość i symbolika wieży

W średniowieczu istniała silna rywalizacja między mieszczanami a duchownymi z Ostrowa Tumskiego. Wrocławscy bogacze dążyli do tego, by najważniejszy kościół parafialny w mieście, czyli fara elżbietańska, był wyższy od katedry na Ostrowie Tumskim, co miało symbolizować prestiż i potęgę miasta. W połowie XV stulecia wieża osiągnęła imponującą wysokość 130 metrów, z smukłym hełmem mierzącym aż 50 metrów, co było wybitnym dziełem średniowiecznych cieśli. Bartłomiej Stein, śląski geograf i kronikarz, w 1512 roku pisał z satysfakcją: „Od razu wpada w oczy gmach kościoła św. Elżbiety o dachu z glazurowanych dachówek. Jego wieża jest wyższa od wszystkich innych. Jej zwężający się ku górze szpic zdaje się sięgać nieba”. W tamtych czasach Wrocław znalazł się w pierwszej dziesiątce europejskich, a nawet światowych miast z najwyższymi budynkami. Wieża św. Elżbiety była prawdziwym drapaczem chmur, a wyższe budowle powstaną dopiero w XX wieku.

Katastrofy i zmiany wizerunku wieży

Katolicki kościół parafialny w 1525 roku przejęli ewangelicy. Prawdopodobnie było to możliwe dzięki legendarnej historii, w której mistrz krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą, Erhard Scultetus, przegrał świątynię w kości z ewangelikiem, wrocławskim patrycjuszem i podskarbim królewskim Heinrichem Rybischem. To najpewniej legenda, ale był to pierwszy kościół we Wrocławiu, który przejęli ewangelicy.

W nocy 24 lutego 1529 roku, podczas silnej wichury, potężny iglicowy hełm runął na cmentarz po południowej stronie kościoła. Zniszczenia były ogromne, ale w katastrofie zginął tylko... kot. Katolicy uznali to za karę boską za przejście kościoła w ręce protestantów, natomiast ewangelicy ripostowali, że to widomy znak opieki Boga, który zesłał aniołów, by unieśli spadający hełm, ratując ludzi. Ta historia świadczy o umiejętności wykorzystywania "piarowych sztuczek" już w tamtych czasach.

płaskorzeźba aniołów asekurujących hełm wieży Kościoła Garnizonowego

Na wschodniej ścianie wieży znajduje się tablica z płaskorzeźbioną sceną przedstawiającą to wydarzenie w interpretacji ewangelików, z aniołami asekurującymi hełm podczas upadku. Towarzyszy jej napis dziękczynny po łacinie: „Bogu najlepszemu, największemu, najświętszemu. Cudowny [jest] Pan na wysokości. Upadła wieża Siloe, krwią przelaną zroszona. Przy upadku tej naszej piramidy nikt nie zginął. Albowiem z nakazu Pana podtrzymana, a z jego łaski ręce anielskie ciężar złożyły. W roku Pańskim 1529, w noc następującą po dniu świętego Macieja, około godziny 11-tej”. Zwieńczenie wieży szybko odbudowano w latach 1531-1535, zmieniając jego formę na renesansową. Obecny hełm, choć również o renesansowych formach, został odbudowany już po pożarze w 1975 roku i jest znacznie niższy niż średniowieczny.

W późniejszych wiekach kościół również doświadczał zniszczeń: w XVIII wieku uszkodziła go eksplozja Baszty Prochowej, a w XIX wieku ostrzelały wojska napoleońskie. W 1962 roku od uderzenia pioruna zapalił się fragment wieży.

Pożar wieży w 1975 roku

20 września 1975 roku, tuż po godzinie trzeciej nad ranem, milicjant patrolujący rynek powiadomił straż pożarną o płonącej wieży kościoła św. Elżbiety. Ogień pojawił się u podstawy hełmu. Po przybyciu strażaków zaspany stróż tłumaczył, że nie ma kluczy do wieży. Cenne minuty mijały, podczas gdy strażacy dobijali się do proboszcza, a 90 metrów nad nimi szalał pożar. Kiedy w końcu udało się otworzyć drzwi, ratownicy wpadli na klatkę schodową, próbując wtaszczyć motopompę po kręconych, wąskich kamiennych schodkach. W tym czasie drewniana konstrukcja renesansowego zwieńczenia wieży zaczęła się zapadać. Elementy hełmu runęły do środka wieży, uwięzionych zostało 12 strażaków w ciasnej klatce schodowej. Akcja gaśnicza zamieniła się w akcję ratowniczą. Dopiero po półtorej godzinie udało się uwolnić strażaków i wyprowadzić ich przez strych kościoła. Płomienie zniszczyły belki, na których zawieszone były trzy dzwony, dwa z nich runęły w dół, a średni pękł podczas upadku.

Przyczyny i kontrowersje

Zapłonęły drewniane rusztowania oplatające wieżę od kilku lat. Iskry i płonące deski lądowały na dachach sąsiednich domów. Specjaliści wykluczyli wady instalacji elektrycznej. Pojawiły się teorie o iskrach z komina zakładów Intermoda, sąsiadujących z kościołem, gdzie palono poprodukcyjne resztki tkanin. Jednak śledczy uznali, że nie było to przyczyną pożaru. Tymczasem miasto obiegały wieści o podpaleniu.

Milicjanci dotarli do trzech chłopców w wieku 14-15 lat, którzy zeznali, że wieczorem przed pożarem wspięli się po rusztowaniu na taras widokowy, weszli do wnętrza wieży i wypalili papierosy. Twierdzili, że niedopałki pstrykali w stronę ul. Kiełbaśniczej, a zapałki starannie zgasili i schowali. Postępowanie wobec chłopców umorzono, co utwierdziło wrocławian w podejrzeniach, że jeden z nich był synem ważnej osoby. Straty były ogromne, a rok później świątynię czekała kolejna tragedia.

Największy pożar w powojennej historii Wrocławia w 1976 roku

Wieczorem 9 czerwca 1976 roku, zaledwie kilka miesięcy po pożarze wieży, jeden z najpiękniejszych kościołów Wrocławia ponownie ogarnęły płomienie. Był to najgroźniejszy kataklizm, jaki dotknął elżbietańską farę, a także największy pożar w dotychczasowych dziejach powojennego Wrocławia. Około godziny 20 chórzyści, a niemal jednocześnie właścicielka pobliskiego zakładu rzemieślniczego, zauważyli płomienie w kościelnych oknach i wezwali straż pożarną.

Akcja gaśnicza i jej przebieg

Strażacy zjawili się na miejscu w kilka minut. Tym razem nie czekali na klucze, szybko wyważyli drzwi i rozpoczęli ratowanie cennych przedmiotów: obrazów, rzeźb. Inni natychmiast przystąpili do gaszenia płonących organów. Królewski instrument topił piszczałki, wywoływał eksplozje miechów, a na kościelną posadzkę spadały nadpalone fragmenty rzeźb. Na miejscu były wszystkie jednostki straży pożarnej z Wrocławia oraz z Oleśnicy, Oławy i Trzebnicy. Z płomieniami walczyło niemal 200 strażaków z 21 cywilnych i 9 wojskowych jednostek.

Początkowo akcja prowadzona była we wnętrzu, ale gdy załamały się belki dźwigające dach i tony drewna oraz dachówek runęły na sklepienia nawy głównej i bocznych, zespoły gaśnicze przeniosły się na zewnątrz. Wybuch wyrzucił w powietrze płonące żagwie. Rozżarzone deski spadały na dachy domów wokół rynku, przenosząc płomienie na budynki przy ulicach św. Mikołaja, Rzeźniczej i Kiełbaśniczej. Niektóre doleciały nawet do budynku poczty. Mieszkańcy kamienic wokół kościoła, wraz ze strażakami, bronili domów przed żywiołem, polewając dachy wodą. Trwała ewakuacja dokumentów i wyposażenia kamieniczek „Jaś” i „Małgosia”.

zdjęcie płonącego Kościoła Garnizonowego w nocy

Miejsce zabezpieczały milicja i wojsko, zamykając pobliskie uliczki dla ruchu i utrzymując bezpieczną odległość od licznie zgromadzonych mieszkańców. Energetycy odcięli prąd w trakcjach tramwajowych. Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji wyłączyło wodę w wodociągach, by zwiększyć ciśnienie dla ratowników. Strażacy dodatkowo rozwinęli węże wzdłuż ulic Odrzańskiej i Kiełbaśniczej, pompując wodę z Odry. Tysiące litrów wody, choć miały gasić ogień, powiększyły szkody, wsiąkając w mury. Około godziny 22 ogień sięgnął rusztowań wieży, remontowanej po wcześniejszym pożarze. Po godzinie 23 pożar został ustabilizowany, ale dogaszanie trwało do godziny 4:30 następnego dnia.

Kontrowersje wokół przyczyn pożaru z 1976 roku

W tłumie rozchodziły się plotki o podpaleniu. Pojawiła się opowieść o niemieckiej wycieczce, która za 100 marek miała wykraść zabytkowe nuty i następnie podpalić gmach, aby zatrzeć ślady. Strażacy, którzy jako pierwsi weszli do płonącego wnętrza, dostrzegli dwa ogniska pożaru: jedno w organach, drugie na zewnątrz, w górnych partiach strychu nad nawą główną. Wstępne oględziny i zeznania świadków sugerowały, że źródła pożaru były niezależne od siebie, co wskazywało na podpalenie i sabotaż.

Jednak w krótkim, zaledwie czteromiesięcznym śledztwie odrzucono hipotezę o podpaleniu, wykluczono również zwarcie w instalacji elektrycznej. Stwierdzono, że zabezpieczenia przeciwpożarowe świątyni były w należytym porządku. Ostatecznie jako przyczynę pożaru specjaliści z Politechniki Wrocławskiej wskazali zatarcie się wirnika silnika w dmuchawie organowej. Miało to spowodować tlenie się kurzu i flaneli, a następnie przeniesienie ognia na drewniane elementy organów.

Zwolennicy wersji o podpaleniu przypominali, że silnik przechodził remont kapitalny pół roku wcześniej. Podpułkownik Feliks Kostecki, jeden z dowodzących akcją, stanowczo sprzeciwiał się tej wersji, twierdząc, że technicznie jest to niemożliwe i rysując schematy instalacji. Był przekonany, że „ktoś maczał w tym palce”, wskazując na dwa źródła ognia: organy i dach, argumentując, że płomienie z organów nie mogły dosięgnąć dachu z powodu zbyt dużej wysokości. Sugerował, że użyto mieszanki fosforanu i tlenków metali, która powoduje błyskawiczne rozprzestrzenianie się pożaru i wysoką temperaturę. Andrzej Kamiński, architekt, również uważał, że było to podpalenie. Z kolei pułkownik Ryszard Królicki zaprzeczał plotkom o podpaleniu, wskazując na elektryczne napędzanie organów i warstwy kurzu, które mogły szybko zapłonąć od iskry.

Pułkownik Władysław Bronz, autor książki o kościele, powołując się na dokumenty z pieczęciami „Tajne” i „Poufne”, potwierdził istnienie dwóch zarzewi ognia. Urzędnik MON stwierdził, że „ze względu na niekontrolowany dostęp do wieży, drewniane schody i konstrukcję hełmu wieży nie było trudno w zaplanowany sposób wzniecić tam pożar”. W kościelnych archiwach nie ma żadnych śladów pożaru, co proboszcz, ksiądz płk Józef Kubalewski, tłumaczy obawą księży przed notowaniem takich wydarzeń w ówczesnych czasach.

Organy Englera - "Głos Śląska"

Pożar z 1976 roku zniszczył Króla Instrumentów z kościoła św. Elżbiety - organy Michaela Englera Młodszego, zwane "Głosem Śląska". Engler pochodził z rodziny organmistrzów, która przez około 200 lat zajmowała się budowaniem organów na Śląsku. Budowa giganta trwała 11 lat, a mistrz nie dożył jej zakończenia. W przedsięwzięciu brali udział nie tylko specjaliści od instrumentu, ale także artyści, tacy jak Johann Albrecht Siegwitz, twórca wspaniałych rzeźb zdobiących prospekt organowy.

Bogato rzeźbiony, polichromowany i złocony instrument, z postaciami proroków starotestamentowych, personifikacjami Harmonii i Dysonansu oraz anielską orkiestrą, wprawiał w zachwyt. Ten wspaniały instrument zagrał ostatni raz podczas pożaru. Ponoć płomienie wdmuchnęły gorące powietrze jednocześnie do wszystkich 3077 piszczałek, sprawiając, że Król Instrumentów wydał swoje ostatnie tchnienie.

Odbudowa i współczesność

Kościół remontowano przez całe lata osiemdziesiąte. Użyto nowoczesnych materiałów: hełm na wieży ma dziś konstrukcję żelbetową, a drewnianą więźbę dachową zastąpiła stalowa kratownica. 31 maja 1997 roku, podczas wizyty we Wrocławiu, papież Jan Paweł II poświęcił świątynię, a sześć lat później nadał jej rangę bazyliki mniejszej. Wydarzenie to upamiętnia witraż z papieskim wizerunkiem w południowym oknie kościoła.

Odbudowa była procesem długim i trudnym. Przez lata budowla stała bez dachu, prowizorycznie zabezpieczona. Obrazy, świeczniki, żyrandole, ławy, epitafia i krucyfiksy trafiły na czas remontu do składnic muzealnych. Katarzyna Hawrylak-Brzezowska, miejski konserwator zabytków, wspomina pakowanie cennych eksponatów, z których spływała woda. Następnie trwały przepychanki o to, kto ma płacić za remont: minister kultury, miasto czy wojsko.

Pułkownik Władysław Bronz podkreślał, że wojsko nie miało środków. Pieniądze zaczęły płynąć po kilku latach, ale strumień środków poszerzył się, kiedy w 1990 roku powstał Ordynariat Polowy Wojska Polskiego i biskup generał Leszek Sławoj Głódź wysupłał fundusze, a zamienił je w prawdziwą rzekę przed Kongresem Eucharystycznym w 1997 roku. Andrzej Kamiński, główny projektant odbudowy, przyznaje, że to wojsko wzięło na siebie lwią część kosztów. Dzięki temu na początku lat 80. dach pokryto kolorową glazurowaną dachówką typu "mnich-mniszka", specjalnym rodzajem stosowanym w średniowieczu.

Pół setki osób - wojskowi, historycy, księża, konserwatorzy zabytków, członkowie Towarzystwa Miłośników Wrocławia - spotyka się co miesiąc w Stowarzyszeniu Odbudowy Kościoła Garnizonowego "Wieża", współzałożonym przez płk Bronza. Kościół wciąż wydaje się przetrzebiony: wiele wywiezionych eksponatów nie wróciło z muzealnych składnic, ponieważ brakuje odpowiednich zabezpieczeń antywłamaniowych, a także środków na dokończenie remontu, ogrzewanie i całkowite zabezpieczenie przeciwpożarowe. Koszty są ogromne - konserwacja jednego epitafium to 20 tysięcy złotych.

Płk Ryszard Królicki wspomina bezradność wobec płonącej nawy: „Co mogliśmy zrobić? Przecież, razem z wieżą, to najwyższy budynek w mieście. Ewakuowaliśmy co cenniejsze rzeczy i chroniliśmy okolice przed rozprzestrzenianiem się ognia. Dachu nie można było ugasić, za wysoko”. Płk Michał Kurzątkowski dodaje, że piany nie można było wyrzucić na taką odległość, a zalewanie ognia wodą było mało sensowne, gdyż woda w dużej części spływała na zewnątrz. Kurzątkowski, który kierował ogólnopolską grupą ratowników w Armenii po trzęsieniu ziemi, uważa pożar Elżbiety za swoje drugie najtrudniejsze doświadczenie.

Wrocław ma wiele starych, wielkich kościołów. Płk Królicki radzi: „Lepiej dmuchać na zimne: montować najlepsze zabezpieczenia, sprawdzać instalacje. Bo jak już się zapali... Wie pani, że na całym świecie nikt jeszcze nie ugasił płonącego kościoła? Za duże budowle, za dużo w nich drewna”.

Na szczęście podjęto decyzję o renowacji barokowego arcydzieła, konserwatorzy i organmistrzowie zapewniają, że organy zagrają ponownie.

tags: #kosciol #garnizonowy #pozar