Tragedia w koszalińskim escape roomie: Dramat rodzin i kontrowersje wokół akcji ratunkowej

Pożar w escape roomie "To Nie Pokój" - Ofiary i okoliczności tragedii

Do tragicznego pożaru w escape roomie „To Nie Pokój” w Koszalinie doszło 4 stycznia 2019 roku po godzinie 17.00. Ogień pojawił się w trzykondygnacyjnym budynku przy ul. Piłsudskiego i objął pokój zagadek, w którym przebywała akurat grupa pięciu nastolatek. Dla nastolatek wizyta w escape roomie przy Piłsudskiego była głównym punktem imprezy urodzinowej. Dziewczyny próbowały rozwiązać szereg zagadek logicznych - tylko wtedy byłyby w stanie otworzyć drzwi i wydostać się z pomieszczenia.

W wyniku zatrucia tlenkiem węgla zginęło pięć 15-latek - uczennice gimnazjum: Julia, Karolina, Amelia, Wiktoria i Małgorzata. Wszystkie zginęły. Dziewczynki były w trzeciej klasie gimnazjum nr 9 w Koszalinie. Pomieszczenie, w którym doszło do tragedii to jeden z kilku escape roomów na terenie miasta. 15-latki: Amelia, Małgosia, Karolina i Wiktoria świętowały w nim tego dnia szesnaste urodziny swojej koleżanki Julii. Z miejsca, gdzie wybuchł pożar, udało się wydostać 25-letniemu mężczyźnie. Poważnie poparzony został także pracownik escape roomu, 25-letni mężczyzna. Był przytomny, miał oparzenia pierwszego i drugiego stopnia. Pracownik escape roomu nie otworzył dziewczętom drzwi.

Thematic photo of emergency services at a fire scene with a building

Dramatyczna rozmowa z ojcem - Chwile bezradności i poszukiwania informacji

Rodzice pięciu 15-latek, które zginęły w koszalińskim escape roomie, byli obecni na miejscu rozgrywającej się tragedii. Kiedy media informowały na bieżąco o sprawie, w tym o ofiarach, oni wciąż nie wiedzieli, w jakim stanie są ich dzieci przebywające w budynku. Bliscy ofiar przez ponad godzinę, stojąc na mrozie, próbowali otrzymać od służb informacje na temat stanu zdrowia swoich dzieci.

W tym czasie jeden ze strażaków zaczął informować dziennikarzy o sytuacji. „Poszkodowanych jest sześć osób - mówi uwidoczniony na nagraniu strażak dziennikarzom. - Ile nie żyje? - dopytują. - Pięć - odpowiada po chwili zastanowienia”. W tym momencie podchodzi do niego mężczyzna. „Przepraszam. Kiedy dowiemy się jako rodzice, co się stało z naszymi dziećmi?” - pytał. „Proszę być spokojny - słyszy. - Nie może być tak, że nikt nie chce nam powiedzieć. Co, nie żyją dzieciaki? Żyją? Dlaczego nikt nam nie chce nic powiedzieć?” - dopytywał ojciec. Strażak, którego nagranie pokazywało rozmowę z prasą, apelował o spokój, jednak mężczyzna nie dawał za wygraną. „Nie. Ja jestem wyjątkowo spokojny. Gdybym był niespokojny, to bym się na pana rzucił, a ja pytam spokojnie. Jak można nas tak traktować. Od godziny coś się dzieje. Nikt nam nie chce udzielić informacji, co z naszymi dzieciakami. Pięć dziewczynek i co?” - dopytywał przez cały czas mężczyzna.

Gdy strażak powtarza, że zaraz do niego podejdzie, ojciec dodaje: „Podejdzie pan? Kiedy? Jak pan skończy wywiad, to wtedy przyjdzie pan do rodziców? Wywiad jest ważniejszy? Nie wiemy od godziny, co z naszymi dzieciakami” - mówi łamiącym się głosem. Dopiero wtedy strażak odchodzi z nim na bok. Po kilku minutach na nagraniu widać, że ktoś podchodzi do czekających na wiadomość rodziców. Rozmawia z nimi chwilę. Nagle rozlegają się krzyki i płacz. „Matko, Boże”. Dramatyczne sceny rozgrywają się zaledwie kilka metrów od stojących na ulicy gapiów i dziennikarzy.

PATRIOT24 NEWS: Pięć ofiar pożaru w tym dzieci, w Escape Room w Koszalinie!

Ocena działań służb ratunkowych i informacyjnych

Działania straży pożarnej na miejscu

Po tym, jak rodzice zostali poinformowani o tragedii, strażak wrócił do dziennikarzy. „Osoby, które zginęły, nie mogły się wydostać z labiryntu. Nie było drogi ewakuacji. Ze wstępnych ustaleń straży pożarnej wynika, że w escape roomie w Koszalinie było "wiele zaniedbań"” - powiedział. Komendant Główny PSP gen. Leszek Suski poinformował, że w obiekcie było wiele niedociągnięć. Urządzenia grzewcze prawdopodobnie były zbyt blisko materiałów palnych, a instalacje elektryczne prowadzone były w sposób prowizoryczny. Paweł Frątczak, rzecznik prasowy Komendanta Głównego Państwowej Straży Pożarnej, ujawnił, że tragedii można było zapobiec. W pomieszczeniu znaleziono świece, a osoby znajdujące się w środku nie miały możliwości ucieczki w razie wypadku, zaś gaśnice nie zostały użyte.

Mł. kpt. Tomasz Kubiak, rzecznik zachodniopomorskich strażaków, skomentował pojawiające się doniesienia o tym, że ofiary tragicznego pożaru były skute kajdankami, mówiąc: „Nie mam takich informacji. Słyszeliśmy o takich doniesieniach. Żaden z funkcjonariuszy, którzy działali przy tym zdarzeniu, nie przekazał takich informacji”. Mł. kpt. Kubiak, broniąc strażaka, który informował media, podkreślił: „Państwowa Straż Pożarna nie udziela informacji o śmierci rodzinom ofiar. A jednym z naszych zadań jest m.in. informowanie mediów o ewentualnych ofiarach. Ten strażak nie wiedział i nie miał prawa mieć informacji, czy ktoś poinformował już rodziców o tragedii. Będę go bronił, on wykonywał swoje obowiązki, a jednym z nich jest informowanie mediów”. Dodał, że strażak „bardzo profesjonalnie wykonał swoją pracę”, przerywając rozmowę z mediami, by zająć się ojcem, mimo że to nie było jego bezpośrednie zadanie.

Infographic: Layout of a safe escape room vs. the Koszalin escape room

Rodzice zmarłych dziewcząt zarzucają koszalińskiej prokuraturze szereg zaniedbań. W oświadczeniu odczytanym przez Adama Pietrasa, rodzice stwierdzili: „W mediach pojawiała się informacja o udziale 29 strażaków. Fakt jest jednak taki, że w pierwszym rzucie na miejsce dojechało ośmiu strażaków, z których dwóch, po pewnym czasie, weszło do środka. Następnie, po ponad 8 minutach, dojechało kolejnych sześciu strażaków. Każda sekunda dla naszych dzieci była ważna, ale ilość sił i środków do prowadzonych działań, nie była wystarczająca, a kierowanie nimi nie było prawidłowe”. Rodzice podkreślili, że w tym czasie „ani w Koszalinie, ani rejonie nie działo się nic, co by wymuszało wysyłanie jednostek ratownictwa gaśniczego do innego zdarzenia”. Ich zdaniem, „była to niewystarczająca ilość środków do tego, aby skutecznie przeprowadzić działania ratowniczo-gaśnicze. Chyba, że chodziło o ugaszenie pożaru, a nie uratowanie osób, które się tam znajdowały”.

Pierwsze wozy gaśnicze przyjechały na miejsce o 17:21. Wejście do escape roomu i pomieszczenie od frontu stały w ogniu, dziewczynki znajdowały się w sali z tyłu budynku. Można było próbować dotrzeć tam przez inny pokój, w którym ognia nie było. Tych informacji strażacy jednak nie mieli i zanim zorientowali się, jak wygląda wnętrze budynku, i opanowali ogień, cenny czas uciekał. Do uwięzionych dziewczynek dotarli po kilkunastu minutach. Artur Barabas, ojciec Karoliny, ubolewał: „Dlaczego nikt nie zapytał tego człowieka [z obsługi escape roomu], gdzie są dzieci, w którym pomieszczeniu, żeby pokazał palcem. To się wydaje tak oczywiste”. Ojciec Julki wskazał: „Są słowa świadków, którzy mówią, że akcja była kompletnie nieudolna, że stojący z boku ludzie krzyczeli, żeby zaczęli się ruszać. Było mnóstwo możliwości dotarcia do dzieci, bardzo szybko. To nie był żaden labirynt, jak komunikowano w mediach. Wręcz przeciwnie, dziewczynki znajdowały się 2,7 metra od okna”. Podsumowując, „Tu na pewno popełniono błąd. Na pewno osoba, która była za to odpowiedzialna, albo nie wykazała się doświadczeniem, albo kompetencją”.

Wątek dotyczący przebiegu samej akcji ratunkowej - ocenę działań służb medycznych i straży pożarnej - prokuratura wyłączyła do odrębnego postępowania. Śledztwo wciąż trwa. Jarosław Pawlak, jeden z rodziców, przytoczył rozmowę z prokurator: „Pierwsze słowa, jakie usłyszałem od pani prokurator: „Panie Pawlak, strażacy i medycy perfekcyjnie wykonali swoją pracę”. Pytam: „Na jakiej podstawie pani tak sądzi?”. „Bo tak zazwyczaj działają””.

Na ostatniej rozprawie przesłuchiwany był emerytowany strażak, który przebywał w dyspozytorni, gdy wybuchł pożar. „W dniu wybuchu pożaru nie pracował już w Państwowej Straży Pożarnej. Był przedsiębiorcą i prowadził sezonową działalność. - 4 stycznia 2019 roku moja była partnerka była dyspozytorem w Komendzie Miejskiej PSP w Koszalinie. Miałem jej przywieźć dowód rejestracyjny samochodu - opisywał. - Na stanowisku kierowania dzwoniły telefony - wspominał feralny wieczór emeryt. - Odebrałem jeden z nich, bo wiedziałem, kto dzwoni. To był rzecznik prasowy. Powiedziałem, że teraz funkcjonariuszka nie może rozmawiać - wskazał”. Sąd zarządził odtworzenie nagrań zarejestrowanych w dyspozytorni w momencie, gdy przyjmowano zgłoszenie o pożarze. Słychać wyraźnie rozmowę telefoniczną między dwoma mężczyznami. Jeden informuje drugiego: „Cześć Stanisław, na Piłsudskiego jest pożar” - i że zaraz słuchawkę przejmie dyspozytorka. „To jest mój głos? To wygląda, jakby był mój głos, ale nie poznaję” - stwierdził emerytowany strażak. Rodzice zarzucają, że strażak-emeryt w dyspozytorni rozmawiał o swoim biznesie z przedstawicielem sieci handlowej i nie mieli prawa tam być, gdy wybuchł pożar escape roomu.

Działania policji i wsparcie psychologiczne

Kilka minut po interwencji ojca, policja przekazała informacje o śmierci dziewczynek rodzicom. Nie zabrała ich w żadne zamknięte miejsce. O wszystkim dowiedzieli się stojąc na chodniku przed budynkiem, w którym doszło do tragedii. Nadkom. Alicja Śledziona, rzecznik prasowy zachodniopomorskiej policji, poinformowała: „Rodziny zmarłych nastolatek zostały powiadomione o ich śmierci przez policjantów niezwłocznie po bezsprzecznym potwierdzeniu przez policję tego faktu”. Na pytanie, czy przekazanie informacji w taki sposób było odpowiednie, odpowiedziała: „Funkcjonariusze Komendy Miejskiej Policji w Koszalinie, mając świadomość ogromu tragedii, uczynili to w sposób maksymalnie dostosowany do tej wyjątkowej sytuacji, biorąc pod uwagę obecność rodzin na miejscu akcji gaśniczej”. Zapewniła, że „policja, zgodnie z przyjętymi procedurami, nie upubliczniała informacji o osobach poszkodowanych w wyniku pożaru przed przekazaniem tragicznych danych rodzinom”.

Pomoc psychologiczna dla bliskich ofiar została zorganizowana dwie godziny po tragedii. Wówczas zostali oni przewiezieni do pobliskiej szkoły podstawowej, by zajęli się nimi specjaliści. Było to już po przekazaniu im informacji o śmierci dzieci. Robert Grabowski, rzecznik prasowy prezydenta Koszalina, przyznał, że przez pierwsze dwie godziny rodziny nie były objęte pomocą psychologiczną ze strony miasta. Pierwszych informacji i ewentualnej pomocy miały udzielać obecne na miejscu służby. „Zaplecze psychologiczne zostało rozwinięte przy szkole, bo takie było zalecenie. Zadziałaliśmy w miarę szybko - do pomocy zostali poproszeni psycholodzy z MOPR, miejskiej i powiatowej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, ze stowarzyszenia Młodzi Młodym i z Centrum Zdrowia Psychicznego” - poinformował Robert Grabowski.

Uchybienia w konstrukcji i funkcjonowaniu escape roomu

Według ustaleń prokuratury, do śmierci pięciu 15-letnich dziewczynek w Koszalinie doszło wskutek braku możliwości ewakuacji z escape roomu. Jedyne okno w pomieszczeniu gry Mrok, w którym zamknięto dziewczęta, było zabite deskami i okratowane. Nastolatki nie mogły wydostać się z obiektu - od wewnątrz w drzwiach nie było klamki. Ze wstępnych ustaleń wynika, że w koszalińskim escape roomie doszło do wybuchu butli gazowej. Pożar wybuchł prawdopodobnie w poczekalni. Zapalił się ulatniający się z piecyka gaz.

Inne nieprawidłowości obejmowały urządzenia grzewcze, które były zbyt blisko materiałów palnych, oraz prowizoryczne instalacje elektryczne. W tej chwili nie wiadomo, dlaczego obsługa escape roomu nie zareagowała, gdy pojawił się ogień, i nie otworzyła drzwi pokoju zagadek od zewnątrz. Marcin Pleskacz, właściciel firmy Escape Room Supplier, wyjaśnił: „Najczęstszym rozwiązaniem, kiedy drzwi zamykane są magnetycznie, jest guzik bezpieczeństwa. W razie jakiegokolwiek zagrożenia, obsługa wciska guzik, co automatycznie otwiera wszystkie drzwi”.

W recenzjach klienci informowali o zapachu gazu, a także o niskim standardzie lokalu: „Byliśmy tam tydzień temu. Escape room był zimny, brudny, zniszczony, dogrzewany piecykiem gazowym. Standard pokoi (byliśmy w 2 pod rząd) na bardzo niskim poziomie. Jak zobaczyłam ten piecyk w 1 z pokoi, przeszła mi przez głowę myśl, że to niebezpiecze. Tym bardziej w takich spartańskich warunkach. Wspomnę jeszcze o toalecie (brak wody i światła - paliły się świeczki, wodę trzeba było spłukać wiaderkiem, a ręce "umyć" chusteczką nawilżaną). Podobno to wina właścicielki budynku, która, cytuję ' boi się przymrozków i zakręca wodę'”.

Konsekwencje tragedii - Śledztwo, proces i ogólnopolskie kontrole

Śledztwo w tej sprawie zostało zamknięte 1 kwietnia 2019 roku, a 30 kwietnia do Sądu Okręgowego w Koszalinie skierowano akt oskarżenia przeciwko czterem osobom. Akt oskarżenia obejmuje 30-letniego Miłosza S., projektanta i organizatora escape roomu; Małgorzatę W., jego babcię, która zarejestrowała działalność; Beatę W., która współprowadziła lokal i pracownika Radosława D. Te cztery osoby mają zarzuty umyślnego stworzenia niebezpieczeństwa wybuchu pożaru i nieumyślnego doprowadzenia do śmierci pięciu 15-letnich dziewcząt. Grozi im do 8 lat pozbawienia wolności. W czwartek planowany jest kolejny dzień procesu ws. tragedii w koszalińskim escape roomie.

Rodzice pięciu 15-latek wydali oświadczenie, w którym zarzucają koszalińskiej prokuraturze szereg zaniedbań: „Wczoraj, po raz kolejny, prokuratura podała przyczynę pożaru, jako rozszczelnienie się instalacji piecyka gazowego. Twierdzenie to jest sprzeczne z opinią zespołu biegłych z Instalacji gazowych i pożarnictwa. Jest to dla nas niezrozumiałe, dlaczego prokuratura i policja nie zabezpieczyły w sposób należyty dowodów w sprawie, w szczególności miejsca zdarzenia i rzeczy, które tam się znajdowały. Wywiezienie ich na wysypisko śmieci, bez należytego zweryfikowania, przyczyniło się do tego, że wiele ważnych śladów zostało bezpowrotnie zatartych” - odczytał Adam Pietras.

Pogrzeb ofiar pożaru odbył się 10 stycznia 2019 roku. Dziewczęta spoczęły obok siebie na koszalińskim cmentarzu komunalnym.

Thematic photo of candles and flowers at a memorial site

Po tragedii w koszalińskim escape roomie przeprowadzono kontrole w pokojach zagadek w całym kraju. Działania strażaków wykazały, że 80 proc. tego typu obiektów nie spełniało wymogów bezpieczeństwa pożarowego. Z powodu zagrożenia strażacy nakazali zamknąć 79 lokali. Prezydent Koszalina ogłosił niedzielę dniem żałoby. W mieście odwoływane są wydarzenia kulturalne. Kondolencje rodzinom ofiar złożyli również przedstawiciele Ministerstwa Edukacji Narodowej oraz minister Joachim Brudziński, który zapewnił o wsparciu ze strony służb.

tags: #koszalin #escape #wywiad #strazak