Katastrofa górnicza w kopalni Barbara-Wyzwolenie w Chorzowie to tragiczny pożar, do którego doszło 21 marca 1954 roku. Akcja ratownicza trwała niezwykle długo - przez 50 dni. Dokładna liczba ofiar tej tragedii do dziś pozostaje nieznana, choć szacunki wskazują na śmierć niemal setki górników.
Przebieg katastrofy
Niedzielna szychta 21 marca 1954 roku
Dramat rozegrał się na dolnych pokładach kopalni Barbara-Wyzwolenie 21 marca 1954 roku, podczas popołudniowej niedzielnej szychty. Dwieście metrów pod ziemię zjechało czterystu górników. Sporą część zatrudnionych w chorzowskiej kopalni stanowili wówczas więźniowie, jeńcy wojenni oraz żołnierze Batalionów Pracy.
Wybuch pożaru i szybkie rozprzestrzenianie się
Około godziny 19 na skrzyżowaniu chodników wybuchł pożar. Dopiero po kilkunastu minutach zauważył go więzień pracujący kilkadziesiąt metrów dalej. Mężczyzna powiadomił sztygara. W pokładzie 418 kilkudziesięciu ludzi znalazło się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Jak wspomina Józef Matuszek, ekspert od wentylacji, bezpośrednią przyczyną pożaru była lampa karbidowa powieszona na obudowie chodnika.

Próby ewakuacji i śmiertelne pułapki
Po paru minutach górnicy rozpoczęli ewakuację, jednak ich droga ucieczki była już pełna dymu i trujących gazów. Palił się cały przenośnik w pochylni transportowej, a temperatura rosła do kilkuset stopni. Wentylatory okazały się zbyt słabe, a gorące gazy zmieniły kierunek przepływu powietrza w chodnikach wentylacyjnych. Kolejne korytarze wypełniały się trującym dymem, który dotarł do głównego korytarza kopalni i szybko wypełnił prawie wszystkie korytarze i wyrobiska, zabijając kolejnych górników. Po kilku godzinach zagroził wszystkim, którzy jeszcze byli pod ziemią.
Górnicy z pokładu 510 ginęli podczas panicznej ucieczki, biegnąc w stronę szybu korytarzem, w którym powinno być świeże powietrze. Ośmiu ludzi z oddziału IV, pracujących półtora kilometra od centrum pożaru, wyszło z przodka po narzędzia. Nie wiedzieli o niebezpieczeństwie, bo nikt ich nie ostrzegł. W głównym przekopie zaskoczył ich tlenek węgla. Aby zabić człowieka, wystarczy 0,1 proc. tego gazu w powietrzu, a tam było prawie 7 proc. Górnicy tracili przytomność w ułamku sekundy, po chwili padali martwi.
Kilkanaście żołnierzy z Batalionów Pracy próbowało wydostać się przez szyb wentylacyjny, co okazało się niemożliwe. Aby zapobiec ucieczkom, władze kopalni nakazały zdemontować drabinki. Dwustumetrowy szyb stał się teraz kominem wyrzucającym kłęby dymu.
Akcja ratownicza i działania UB
Pierwsze godziny akcji
Na powierzchni wieść o pożarze rozeszła się błyskawicznie, a przed bramą kopalni zgromadziły się tłumy ludzi: kobiety, dzieci, rodziny górników. Około 21 na miejsce dotarły pierwsze oddziały ratownicze - najpierw z kopalni Polska, potem Siemianowice, Rozbark, Kleofas, Wanda-Lech. Rozpoczęła się akcja ratownicza, niestety improwizowana, ponieważ ratownicy nie znali układu wyrobisk i nie było przewodników ani łączności. Brakowało map, a pierwszy szkic sytuacyjny ratownicy rysowali kredą na wagoniku do przewozu węgla. W nocy podjęto czternaście prób wejścia w rejon pożaru. Jak wspominał nieżyjący już Jan Mitręga, późniejszy minister górnictwa, do akcji „postawiono wszystko, co w tym kraju było możliwe, a nawet niemożliwe”, włączając w to sprowadzenie sześciu ton suchego lodu z Łodzi samolotem. Metoda ta okazała się jednak całkowicie nieskuteczna. Udział członków aparatu partyjnego, w tym prezesa Wyższego Urzędu Górniczego, również nie poprawiał sytuacji ani nie zastąpił braku pochłaniaczy czy zwykłych telefonów.
Wewnątrz kopalni Wujek: nieznana historia upadku polskiego górnictwa
Rola Urzędu Bezpieczeństwa
W tym samym czasie na powierzchni trwała inna akcja. Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa (UB) zaczęli szukać winnych. Tuż po wojnie w Urzędzie Bezpieczeństwa utworzono referaty ochrony przemysłu, których funkcjonariusze badali każdy wypadek w celu znalezienia winnych dywersji lub sabotażu. Do śledztwa włączono kilkudziesięciu ubeków; niektórzy w przebraniu udawali ratowników, podsłuchując rozmowy i szukając podejrzanych. Takie działania często paraliżowały akcję ratowniczą. Niezależne śledztwa prowadziły referaty ze Stalinogrodu (ówczesna nazwa Katowic w latach 1953-1956), Gdańska i Krakowa. Ubecy nie wierzyli sobie nawzajem, a górników przesłuchiwano po kilka razy, często godzinami czekali na korytarzu gmachu UB.
Poszukiwanie kozła ofiarnego
Dochodzenie prowadzone na ogromną skalę nie dawało rezultatów, aż w końcu ktoś doniósł, że ogień podłożył Emanuel Drużba, główny mechanik. Był on idealnym kandydatem na sabotażystę, ponieważ był bezpartyjny i miał syna w seminarium. W środę, po trzech dniach nieprzerwanej akcji ratowniczej, Emanuel Drużba wrócił do domu, gdzie już czekali na niego ubecy. Przez kolejne cztery dni i noce rewidowali mieszkanie, przeglądali książki, zrywali podłogę, po czym zniknęli bez słowa.
Sprawę szybko skierowano do sądu. Jako dowody winy przedstawiono broszury faszystowskie oraz spłonki materiałów wybuchowych. Obrony podjął się mecenas Stanisław Kwieciński, który żądał ekspertyz. Pomogła opinia profesora Bednarskiego, biegłego z Akademii Górniczo-Hutniczej, dzięki której Emanuela Drużbę już w lipcu oczyszczono z zarzutów. Z więzienia na Mikołowskiej zwolniono go dopiero w listopadzie, a do tego momentu nikt nie wiedział, gdzie był przetrzymywany.
Kontekst i przyczyny pożarów w PRL
Prymitywne warunki pracy i zaniedbania
Józef Matuszek, który pisał pracę dyplomową o układzie wentylacyjnym kopalni Barbara, wspominał, że "były tam niestabilne prądy powietrza, słabe wentylatory. Czasem było tak mało tlenu, że gasły lampki karbidowe oświetlające przodek. Po wojnie było tak prawie we wszystkich kopalniach". Doktor Bogdan Ćwięk, wieloletni dyrektor Centralnej Stacji Ratownictwa w Bytomiu, potwierdza, że w latach 50. pożary w kopalniach były czymś zupełnie normalnym. Do 1969 roku w śląskich kopalniach zanotowano około sześciu tysięcy pożarów. W 1954 roku tylko w kopalni Polska ogień gaszono pięćdziesiąt cztery razy.

Tuszenie wypadków i oficjalne dane
Wypadki często zatajano, by uniknąć kłopotliwych dochodzeń. W niektórych kopalniach z ogniem walczono nawet po parę razy dziennie. Pożary były tak powszechne, że w kwietniu 1954 roku zajęto się nimi na egzekutywie Komitetu Centralnego PZPR. Dla władz partyjnych najważniejsze było wydobycie węgla. Monika Bortlik-Dźwierzyńska z katowickiego oddziału IPN, badająca podobne sprawy, stwierdza, że funkcjonariusze UB często tuszowali prawdziwe przyczyny wypadków i liczbę ofiar. Kopalnia Barbara-Wyzwolenie jest najbardziej drastycznym przykładem takich działań.
Rola Batalionów Pracy
Bataliony Pracy utworzono na rozkaz marszałka Konstantego Rokossowskiego. Wcielano do nich poborowych z grup "politycznie niepewnych" - blisko 200 tysięcy młodych chłopców, synów obszarników lub osób skazanych za przestępstwa przeciwko ludowej ojczyźnie, trafiło do kopalń i kamieniołomów. Wystarczyło mieć dziesięć hektarów ziemi, rodzinę na Zachodzie lub krewnego z AK, by zostać wcielonym. Nosili mundury, ale zamiast broni mieli łopaty. Pracowali przez siedem dni w tygodniu, z jedną niedzielą w miesiącu na odpoczynek, często poświęcaną na szkolenie wojskowe. Ich śmierć w kopalniach, w przeciwieństwie do zwykłych górników, była łatwa do ukrycia, ponieważ nie pobierali numerków przy zejściu pod ziemię. Ryszard Durda, który sam był w Batalionach Pracy, wspomina, że zginęło ponad sto osób, a sporą część stanowili właśnie żołnierze z tych batalionów.
Wnioski po latach: wadliwa wentylacja
Gerard Libera, przez wiele lat główny inżynier wentylacji w kopalni Kleofas, który pracował także w Barbarze i zbierał szczątki informacji o wypadku, przeanalizował wszystko, co udało się odtworzyć. Jego zdaniem przyczyną tragedii była wadliwa wentylacja. W kopalni istniały ogromne zaniedbania, dlatego ogień rozprzestrzenił się tak szybko i odciął drogi ucieczki. Profesor Witold Budryk zorganizował w 1956 roku konferencję na temat wentylacji w kopalniach, gdzie, jak wspomina Bogdan Ćwięk, "pierwszy raz oficjalnie mówiono o wypadku w Barbarze" i podano, że zginęło osiemdziesięciu ludzi.
Pamięć o tragedii i jej skutki
Pogrzeby i próby ukrycia skali
Gerard Libera pamięta pogrzeby górników jako wielkie manifestacje z mnóstwem ludzi, gdzie trumny wieziono na ogromnych platformach. Władze nie mogły ukryć tak wielkiej tragedii, choć małe wypadki można było zataić. W tym przypadku zginęło zbyt wielu ludzi, choć do dziś nikt nie zna dokładnej liczby.
Utracone dokumenty
Obecnie nie można odnaleźć pełnych dokumentów dotyczących katastrofy. Nie ma ich ani w Katowicach, ani w Krakowie. Dokumentacji wypadku nie ma też w Wyższym Urzędzie Górniczym, gdzie znajduje się jedynie krótka notatka informująca o osiemdziesięciu ofiarach. Przed laty część dokumentów z katastrofy przechowywano w Chorzowskim Zjednoczeniu Węglowym, które zostało zlikwidowane po 1989 roku, a dokumenty wywieziono.
Los rodziny Emanuela Drużby
Ogień pochłonął nie tylko wiele ofiar, ale także zniszczył życie rodziny Emanuela Drużby. On sam stracił zdrowie w więzieniu na Mikołowskiej i zmarł kilka lat po wypadku. Aresztowanie odbiło się także na życiu jego syna, Piotra, który został księdzem, ale zmarł w wieku 41 lat. Z całej rodziny pozostała tylko córka państwa Drużbów, która niechętnie opowiada o tamtych wydarzeniach i, mimo upływu ponad pół wieku, prosi o zachowanie anonimowości. Nawet jako czternastoletnia dziewczynka miała obstawę w drodze do szkoły - zawsze towarzyszyło jej dwóch mężczyzn w płaszczach.

Wspomnienia i świadectwa
Relacje Józefa Matuszka
Józef Matuszek, który doskonale znał kopalnię Barbara i pisał pracę dyplomową o jej układzie wentylacyjnym, wspomina wizytę prokuratorów. Przyjechali, gdy dogaszano pożar, i musieli wejść do niebezpiecznej strefy, aby znaleźć ślady podpalenia. Szczególnie interesował ich ogromny transformator, za którego działanie był odpowiedzialny Emanuel Drużba. Podejrzewano, że pożar powstał właśnie w tym miejscu.
Relacje Gerarda Libery
Gerard Libera, którego ojciec pracował w Barbarze, wspomina, że w podziemnym magazynie trzymano kilka ton dynamitu. Gdyby doszło do wybuchu, kopalnia przestałaby istnieć. Libera, jako młody górnik w 1960 roku, odbywał praktykę w Barbarze i rozmawiał z ludźmi, którzy uczestniczyli w pożarze. Jego przyjaciel ojca, Henryk Nowak, kierownik stacji ratownictwa, również rozmawiał o tym wypadku. Libera uważa, że większość pożarów w tamtych czasach powodowali ludzie. "Wtedy do pracy przyjmowano wszystkich. Liczyła się każda para rąk. Każdy, kto przyjechał ze wsi, dostawał pracę. Wystarczyło, że umiał trzymać łopatę. Ci ludzie nie zdawali sobie sprawy z zagrożeń, które sami powodowali" - mówi.
Wspomnienia Ryszarda Durdy
Ryszard Durda, wcielony do Batalionów Pracy, wspomina, że miał sporo szczęścia. Był w tym samym obozie z tymi z Barbary i wie, że zginęło ponad sto osób, w tym spora część to byli żołnierze z Batalionów Pracy.
Wspomnienia Jana Mitręgi
Nieżyjący już Jan Mitręga, który uczestniczył w akcji ratowniczej, wspominał, że brało w niej udział wielu członków rządu i aparatu partyjnego, a dla potrzeb akcji „postawiono wszystko, co w tym kraju było możliwe, a nawet niemożliwe”. Po latach, będąc ministrem górnictwa i wicepremierem, Mitręga do śmierci trzymał się oficjalnej wersji wydarzeń.