„Co nie zabije, to wzmocni” - tymi słowami burmistrz Zalewa Marek Żyliński skomentował sytuację, gdy na sesji Rady Miejskiej pojawił się Bogusław Lech, właściciel spalonego zakładu drobiarskiego Lech-Drób. Cała społeczność miasteczka przekonuje się dziś, jak ważna jest solidarność w obliczu kryzysu.
Tragiczny pożar w zakładzie drobiarskim
W nocy z piątku (20 listopada) na sobotę (21 listopada) na terenie zakładów drobiarskich Lech-Drób w Zalewie doszło do pożaru. Jak wstępnie ustaliła Policja, przyczyną zdarzenia było zwarcie instalacji elektrycznej przy transformatorze. Gdy wybuchł pożar, na terenie zakładu znajdowali się pracownicy nocnej zmiany, łącznie ponad 100 osób. Na szczęście wszystkich sprawnie ewakuowano i nikt nie ucierpiał.

Z ogniem walczyło 20 zastępów Straży Pożarnej. Strażacy uratowali część mienia zakładu, ale straty i tak są potężne. Wnętrze zakładu Lech-Drób spłonęło doszczętnie, a dach hali i jego konstrukcja zawaliły się.
Szacowanie strat i skala przedsiębiorstwa
Wstępnie oszacowano straty na kwotę oscylującą w granicach od 15-16 do nawet 20 milionów złotych. Szacunki te jednak wciąż mają charakter orientacyjny, ponieważ stan obiektu grozi zawaleniem, co uniemożliwia pełne oszacowanie. Koszt odbudowy zakładu opiewa na około 30 milionów złotych.
Bogusław Lech, współwłaściciel firmy, podczas sesji miejskiej rady w Zalewie podkreślił skalę działalności przedsiębiorstwa. Zakład zwoził kurę z całej Europy, przerabiając dziennie 200-250 ton drobiu, co odpowiadało około 14-15 ciężarówkom. Firma pracowała na trzy zmiany. Dzień przed pożarem cena kury rosołowej wynosiła 1,50-1,70 zł, po zdarzeniu spadła do zera.
Ogromne konsekwencje gospodarcze i społeczne
Pożar w Lech-Drób to nie tylko dramat właścicieli, ale przede wszystkim pracowników i całej lokalnej społeczności. Firma zatrudnia ponad 550 osób, często całe rodziny, w 7-tysięcznej gminie Zalewo. - To dla naszej gminy prawdziwy dramat. Nie jest to problem pojedynczego zakładu, mówimy o ogromnym problemie społecznym - stwierdził burmistrz Marek Żyliński.
Pożar domu w Jarnołtówku [naszeOpole.pl]
Wpływ na pracowników i rynek
Dziś ci ludzie ciągle są pracownikami Lech-Drób, choć większość przebywa na urlopach. - Nie ma żadnych przepisów, które mogłyby chronić naszych pracowników w sytuacji takiego kataklizmu. Na co najmniej rok mnóstwo ludzi straciło pracę - powiedział Bogusław Lech. Z punktu widzenia firmy najlepiej byłoby ogłosić upadłość, wówczas państwo przejęłoby obowiązek wynagrodzenia dla pracowników.
Na skutek pożaru ucierpiały również inne firmy, ponieważ rynek nie był w stanie przyjąć takiej ilości żywca, który pozostał. Gospodarcze następstwa pożaru obejmują niestety szereg innych negatywnych zjawisk, a ich załagodzenie to obecnie największe wyzwanie lokalnego samorządu.
Wpływ na budżet gminy i lokalne przedsiębiorstwa
Wśród gospodarczych konsekwencji pożaru jest też spadek siły nabywczej sporej części mieszkańców gminy, którzy dotychczas zasilali inne lokalne przedsiębiorstwa, pozostawiając tam część swoich wynagrodzeń. Ucierpieć może także budżet lokalnego samorządu - dotychczas tylko z tytułu podatku od nieruchomości Lech-Drób wpłacał do gminnej kasy ponad 520 tysięcy złotych rocznie. Pod ogromnym znakiem zapytania stanęła też przyszłość wielu innych lokalnych przedsiębiorstw, które kooperowały z Lech-Drobem. Skala gospodarczych konsekwencji ma zasięg co najmniej regionalny.
Współpraca i nadzieje na odbudowę
Zarząd spółki i lokalny samorząd we współpracy z innymi jednostkami intensywnie pracują nad załagodzeniem skutków tego gospodarczego wstrząsu. Burmistrz Marek Żyliński, który już rano po zdarzeniu deklarował pomoc w odbudowie firmy, podkreślił: - Pukam do wszystkich drzwi i staram się na miarę swoich możliwości i kompetencji pomagać w formalnościach związanych z odbudową firmy.
Działania na rzecz pracowników i firmy
Kwestią priorytetową jest obecnie błyskawiczne zagospodarowanie kadry pracowniczej. Jak tłumaczy burmistrz Marek Żyliński, kwestia zapewniania im podstawowego bezpieczeństwa materialnego to aktualnie priorytet. Odbyło się spotkanie z udziałem burmistrza, zarządu spółki i pracowników poszczególnych pionów zakładu, a także urzędników, przedstawicieli Powiatowego Urzędu Pracy w Iławie i kierowników gminnych jednostek organizacyjnych oraz rady gminy. Wszystkim zależy na tym, by na czas odbudowy zakładu i przywrócenia tam produkcji zapewnić pracownikom tymczasowe zatrudnienie w innych zakładach.
- W tej chwili prowadzimy rozmowy w sprawie wynajęcia jakiegokolwiek zakładu, by część ludzi mogło w nim pracować - dodaje Bogusław Lech. - Jednocześnie próbujemy uruchomić to, co nam zostało tutaj, w Zalewie. Tu jednak też przepisy nas ograniczają. Właściciele napisali już do burmistrza wniosek o umorzenie podatku lub rozłożenie go na raty, licząc na pomoc, gdyż każde pieniądze są dla firmy ważne.

Pozytywne akcenty i perspektywy
Mimo poważnej sytuacji, burmistrz Żyliński rozmowę kończy pozytywnym akcentem. - W tym całym nieszczęściu są trzy budujące elementy, które pozwalają nam z nadzieją patrzeć w przyszłość - mówi. - Pierwszy to fakt, że, choć pracownicy przeżyli traumę, to na szczęście w wyniku pożaru nikt nie został poszkodowany. Niezwykle ważna jest też ogromna determinacja właścicieli zakładu, by jak najszybciej przywrócić produkcję przynajmniej na takim poziomie, jak przed pożarem. Budująca jest też ogromna solidarność i życzliwość zarówno ze strony pracowników, jak i innych jednostek samorządowych i rządowych. Otrzymałem deklaracje wszelkiej pomocy na szczeblu powiatowym, wojewódzkim i krajowym.
Szacuje się, że proces odbudowy zakładu, nawet przy deklarowanym przez wszystkie samorządy maksymalnym przyspieszeniu wszelkich procedur administracyjnych, potrwa od 9 do 12 miesięcy. - Być może uda się to jeszcze przyspieszyć. Osobiście mam nadzieję, że zakład ruszy ponownie w czerwcu 2016 roku - dodaje Marek Żyliński. Maksymalne przyspieszenie wszelkich procedur administracyjnych to absolutna oczywistość.