Ogień, choć daje życie i postęp, ma również swoje niszczycielskie oblicze. Od wieków płoną osady, miasta, wsie, lasy i pola, pałace, świątynie, gmachy publiczne oraz wszelkie wytwory rąk ludzkich. Historia Polski odnotowała wiele tragicznych pożarów, które na zawsze zmieniły oblicze miast, zakładów przemysłowych i zabytków.
Katastrofalne pożary miast i budynków użyteczności publicznej
Pożar Pińska w 1921 roku
6 sierpnia 1921 roku Pińsk nawiedził katastrofalny pożar. Wskutek długotrwałej suszy i wyjątkowo gwałtownej wichury ogień rozprzestrzenił się z nadzwyczajną szybkością. Płomienie były przerzucane ponad dachami kamienic, stając się źródłem nowych zarzewi pożaru. W bardzo krótkim czasie, bo zaledwie w sześć godzin, spłonęło około 400 budynków, w znacznej części murowanych. Ogień pochłonął najbogatszą, handlową część miasta. Okazało się, że budulec pochodzący z funkcjonujących w okolicy cegielni był niskiej jakości, ponieważ glina zawierała dużą domieszkę marglu. Pożar przyniósł tak katastrofalne skutki, ponieważ ochrona przeciwpożarowa w Pińsku, tak jak na całych Kresach Wschodnich, była słabo zorganizowana i niedostatecznie finansowana. Po tym zdarzeniu utworzono komitet odbudowy miasta pod przewodnictwem starosty.
Pożar zamku Tarnowskich w Dzikowie w 1927 roku
Nad ranem 21 grudnia 1927 roku płomienie pojawiły się w zamku Tarnowskich w Dzikowie (obecnie dzielnica Tarnobrzega). Prawdopodobnie ogień został zaprószony podczas podgrzewania zamarzniętych rur wodociągowych i początkowo rozprzestrzeniał się na strychu. Płomienie dostrzegła około godziny 3.00 nad ranem służąca, która obudziła mieszkającego w zamku bibliotekarza oraz nauczyciela w położonym nieopodal gimnazjum, Michała Marczaka. Zdając sobie sprawę z zagrożenia dla bezcennych zbiorów kultury narodowej zgromadzonych w zamkowej bibliotece, Marczak starał się ratować je z pomocą służby, a potem także zaalarmowanych mieszkańców Dzikowa oraz uczniów gimnazjum, w którym uczył. Zbiory znajdujące się w bibliotece starało się ocalić 18 osób, w większości uczniowie gimnazjum, a wraz z nimi Alfred Freyer, lekkoatleta, ośmiokrotny mistrz Polski i 14-krotny rekordzista kraju w biegach na długich dystansach. Niestety, płonący strop biblioteki zapadł się, zabijając osiem osób, w tym Freyera.
Pożary Teatru Narodowego w Warszawie
Teatr Narodowy spalił się aż pięć razy w swojej historii. Do poprzednich pożarów doszło 11 czerwca 1883 roku, 2 listopada 1919 roku, we wrześniu 1939 roku i w sierpniu 1944 roku. Ostatni pożar miał miejsce 9 marca 1985 roku. Podczas trwającej na dużej scenie próby sztuki „Życie jest snem” Pedra Calderóna nagle pojawił się ogień. Obite grubym płótnem deski zaczęły się wybrzuszać, a spod nich z sykiem wydobywał się gęsty czarny dym i płomienie. Dym bardzo szybko rozprzestrzenił się po kilku kondygnacjach. Osoby znajdujące się w pracowniach na czwartym piętrze nie zdołały się ewakuować i przy otwartych oknach czekały na ratunek. Zastępy strażaków przybyłe na miejsce rozpoczęły akcję od ataku na scenę i podscenie, kierując tam liczne prądy wody i piany gaśniczej zarówno z zewnątrz, jak i od środka. Szybko pojawiły się problemy z zaopatrzeniem wodnym - ciśnienie sieci hydrantowej było niewystarczające, mimo odłączenia od niej wielu okolicznych obiektów. Strażacy znajdujący się blisko ognia nie mogli pracować dłużej niż 10 minut z powodu bardzo wysokiej temperatury. Zadymienie okazało się tak duże, że nawet lampy górnicze nie były wystarczająco skuteczne. Tę skomplikowaną akcję w skrajnie trudnych warunkach strażacy prowadzili przez blisko 6 godzin, a uczestniczyło w niej 46 sekcji. Kiedy pożar opanowano, jego dogaszanie trwało jeszcze wiele godzin. Tym razem, wobec głębokiego wyniszczenia gospodarczego w czasie stanu wojennego, odbudowa teatru trwała długie 11 lat i zakończyła się 19 listopada 1997 roku.

Pożar na budowie Dworca Głównego w Warszawie w 1939 roku
6 czerwca 1939 roku o godzinie 6:35 Warszawska Straż Ogniowa została telefonicznie zawiadomiona o pożarze na budowie Dworca Głównego. Akcją od samego początku dowodził komendant Stanisław Gieysztor, który przybył na miejsce zdarzenia z pierwszymi oddziałami. Walka z ogniem toczyła się na wysokości, istniała realna groźba zawalenia się poszczególnych segmentów. Część murów i ścian była w fazie budowy. Wokół palącego się budynku leżały materiały budowlane, co utrudniało strażakom dostęp do obiektu. Schody wewnętrzne nie były ukończone, co wykluczało możliwość przemieszczania się po nich. Płonąca termoizolacja, papa dachowa i smoła wydzielały duże ilości czarnego dymu, utrudniając widoczność i porozumiewanie się. Groźba zawalenia się pięter skłoniła dowodzącego do rozlokowania wokół budynku dodatkowych posterunków. Podczas akcji wystąpiły problemy z wodą. Niestety, w czasie akcji poległ jeden ze strażaków, a kilku zostało ciężko rannych. Po zakończeniu akcji Stanisław Gieysztor podsumował postawę swoich podkomendnych słowami: "Znam dobrze francuskich i niemieckich strażaków i wiem, jak świetnym sprzętem dysponują. Sam wymieniłbym się z nimi na niejedno, ale przenigdy na moich ludzi." Następnego dnia odbyła się uroczystość na placu Piłsudskiego, podczas której premier Składkowski odznaczył Krzyżami Zasługi 62 strażaków.
Pożar Komendy Miejskiej Policji w Świętochłowicach w 1999 roku
31 grudnia 1999 roku, w przededniu milenijnej klątwy, na Śląsku strażacy zmagali się z pożarem w budynku Komendy Miejskiej Policji w Świętochłowicach. W chwili przybycia na miejsce zdarzenia pierwszej jednostki PSP ogniem objęte było trzy czwarte powierzchni dachu (około 235 m²). Na palące się poddasze po klatce schodowej podano w natarciu dwa prądy gaśnicze wody. Istniało zagrożenie dla zdrowia czterech funkcjonariuszy Policji, którzy nie wyrazili zgody na opuszczenie budynku do czasu przeprowadzenia ewakuacji magazynu amunicji i broni. Podczas działań pojawiły się komplikacje z zaopatrzeniem wodnym. W trwającej prawie 11 godzin akcji udział wzięło 21 zastępów Państwowej Straży Pożarnej. Z uwagi na powstałe szkody Policja nigdy nie powróciła do swojej siedziby. Obecnie w odremontowanym budynku mieści się inna instytucja, otwarta w 2014 roku.
Pożary w przemyśle i transporcie
Pożar kopalni Reden w Dąbrowie Górniczej w 1923 roku
20 września 1923 roku doszło do podziemnego pożaru w kopalni Reden w Dąbrowie Górniczej. Podczas prac wydobywczych przebito się do starego wyrobiska, uwalniając gazy i wywołując niewielki pożar. Kierownictwo kopalni zezwoliło jednak na kontynuowanie robót strzałowych, co doprowadziło do utworzenia kolejnej wyrwy w ścianie oddzielającej wypełnione gazem stare wyrobisko. Gazy zaczęły rozprzestrzeniać się na całą kopalnię i dotarły do chodnika, na którym gaszono wspomniany wyżej pożar. Ogień wybuchł z nową siłą i spowodował eksplozję, odcinając grupie górników drogę do szybu głównego. Zginęło 38 pracowników nocnej zmiany. Podczas akcji ratowniczej wydobyto ciała 27 ofiar. Skala dramatu wymagała wyjaśnienia przyczyn zdarzenia. Okazało się m.in., że kopalnia miała mało wydajny system wentylacyjny, ale bezpośredniego powodu wybuchu nie udało się ustalić.
Pożar Wielkopolskiej Wytwórni Samolotów „Samolot” w 1929 roku
Wielkopolska Wytwórnia Samolotów „Samolot” była jednym z pierwszych takich zakładów w Polsce. 12 września 1929 roku w wytwórni wybuchł pożar. Zniszczeniu uległy hale fabryczne, 10 gotowych samolotów oraz niedawno sprowadzone urządzenia do ich produkcji. Straty były tym poważniejsze, że część urządzeń nie była ubezpieczona. Pożar udało się ugasić dzięki wysiłkowi całej załogi, która wsparła strażaków w walce z żywiołem. Po trzech miesiącach udało się odbudować wytwórnię. Niestety, narastający kryzys gospodarczy i spowodowane pożarem wydatki zmusiły właścicieli do zamknięcia zakładów. Ostatnim zaprojektowanym w Poznaniu samolotem był treningowy BM-6, który nie zdążył już wejść do produkcji seryjnej.
Pożar na MS Maria Konopnicka w Stoczni Gdańskiej w 1961 roku
Do pożaru na pokładzie statku MS Maria Konopnicka w basenie portowym Stoczni Gdańskiej doszło 13 grudnia 1961 roku podczas prac przy rurociągu, który dostarczał paliwo do agregatu prądotwórczego. Rurociąg został odłączony, by można było uszczelnić kilka nieszczelnych spoin, a agregat przestał działać. Pracujący w pobliżu stoczniowiec, chcąc przywrócić dostawę energii elektrycznej z agregatu, odkręcił zawór doprowadzający ropę do spawanego rurociągu. Gdy płonąca ropa wywołała pożar, stoczniowcy zaczęli uciekać z wnętrza statku, zamykając za sobą włazy i drzwi, aby zahamować szerzenie się ognia. 21 z nich nie zdążyło uciec, bo ognista ciecz odcięła im drogę - schronili się w maszynowni. Kiedy strażacy dotarli na miejsce, okazało się, że nie mają wystarczającego wyposażenia, aby ugasić pożar i dotrzeć do stoczniowców. Istniała możliwość uratowania stoczniowców przez wypalenie w poszyciu statku otworu ewakuacyjnego, jednak nikt z dyrekcji stoczni nie zaryzykował podjęcia samodzielnej decyzji, by to zrobić. Zamiast tego czekano na decyzję z Warszawy. Kiedy ta nadeszła, było już za późno, ponieważ stoczniowcy zginęli z braku tlenu, który zużył pożar szalejący w zamkniętym wnętrzu statku.
Pożar w Pollenie Aroma w Warszawie w 1982 roku
Warszawska Pollena Aroma, produkująca syntetyki i kompozycje zapachowe dla przemysłu farmaceutycznego i kosmetycznego, była monopolistą w kraju. 1 maja 1982 roku doszło do pożaru, który stworzył zagrożenie nie mniejsze niż pamiętany wciąż żywo dramat z Czechowic-Dziedzic. Nagromadzenie materiałów niebezpiecznych w połączeniu z procesami technologicznymi fabryki stanowiło tykającą bombę, z którą jednak strażacy poradzili sobie wzorowo. Pomimo wybuchających beczek czy skażenia związkami chemicznymi, których skład był nieznany, a działania nie dało się przewidzieć, pożar opanowano w niecałe 3 godziny. Dzięki sprzyjającym warunkom strażacy uczestniczący w działaniach mogli sprawnie realizować plany dowódców. Dzień świąteczny (łatwiejszy dojazd, brak pracowników w zakładzie), dobre warunki atmosferyczne (lekki wiatr nie powodował rozprzestrzeniania się ognia) oraz pora dnia (dobra widoczność i orientacja w terenie) były tego dnia sprzymierzeńcami w walce z żywiołem. Po zakończeniu akcji podjęto decyzję o skierowaniu na obserwację do placówek medycznych 181 strażaków i 159 podchorążych uczestniczących w akcji ze względu na to, że mieli kontakt z potencjalnie toksycznymi substancjami.
Pożar cysterny LPG w Chrzanowie w 2008 roku
W piątkowy wieczór 26 września 2008 roku strażacy z Chrzanowa wyruszyli do niezwykle trudnej akcji. Pod wiaduktem kolejowym zapaliła się cysterna przewożąca mieszaninę propanu-butanu LPG. Ruch drogowy i kolejowy został natychmiastowo wstrzymany z uwagi na zagrożenie i potrzeby akcji ratowniczej. Lokalizacja zdarzenia w ścisłym centrum liczącego prawie 40 tysięcy mieszkańców miasta dodatkowo komplikowała sytuację. Walka z ogniem trwała prawie 48 godzin. W tym czasie z dwóch stron schładzano cysternę sześcioma prądami wody i piany oraz monitorowano wypalanie się ulatniającego gazu. Kluczowe dla powodzenia akcji było sprawne zorganizowanie zaopatrzenia wodnego, które zapewniło stały dostęp do wody. W działaniach brały udział 54 zastępy PSP, OSP i ZSP. Poza 171 strażakami z ogniem walczyły służby miejskie, pogotowie, policjanci, specjaliści z branży chemicznej i samochodowej. Usytuowanie miasta na granicy województw małopolskiego i śląskiego pozwoliło na sprawne dołączenie do akcji kompanii ciężkich samochodów gaśniczych z Katowic.

Pożar w zakładach Cersanit w Starachowicach w 2022 roku
W czwartek 10 lutego 2022 roku doszło do wielkiego pożaru na terenie zakładów produkcyjnych Cersanit w Starachowicach. Ogień pojawił się na odcinku produkcyjnym i objął halę o powierzchni około 4 tysięcy m². Potężne kłęby dymu unosiły się nad miastem - ten obraz jak z katastroficznego filmu nie znikał przez wiele godzin. W czasie wybuchu pożaru w zakładzie znajdowało się 100 pracowników. Wszyscy zdołali się w porę ewakuować na zewnątrz. Z hali udało się wynieść niebezpieczne środki chemiczne oraz butle z gazem. Pożar strawił linię produkcyjną wanien i armatur. Straty były ogromne, szacowano je na 80 milionów złotych.
Pożary zabytków
Pożary Kościoła św. Elżbiety we Wrocławiu
II wojnę światową Kościół św. Elżbiety we Wrocławiu przetrwał bez większych uszkodzeń. XIII-wieczna świątynia służyła również jako sala koncertowa, a jej drewniane organy z XVIII wieku wykorzystywano w czasie festiwalu Wratislavia Cantans. Bogate wyposażenie kościoła i dużą część oryginalnej substancji budowlanej strawiły jednak trzy pożary. Pierwszy miał miejsce 4 czerwca 1960 roku - po uderzeniu pioruna spłonął szczyt wieży i został uszkodzony dach. Zostały one wyremontowane, lecz 20 września 1975 roku wieża ponownie zajęła się ogniem, a wraz z nią otaczające ją jeszcze drewniane rusztowanie. Ostatni, najpoważniejszy w skutkach pożar - z 9 czerwca 1976 roku - spowodował prawie całkowite zniszczenie drewnianego wyposażenia kościoła. Spłonęły organy, więźba dachowa, zawaliły się częściowo żebra sklepienia nawy głównej, a sklepienia popękały. Pękła również południowa ściana nawy głównej i odchyliła się od pionu. Odbudowy podjęto się dopiero w 1981 roku, i trwała ona przez całe lata 80.
Pożar Zamku w Malborku w 1959 roku
„Dziennik Bałtycki” z 23 grudnia 1959 roku poinformował o procesie dotyczącym pożaru, który wybuchł na zamku w Malborku w nocy z 8 na 9 września tego samego roku. Na ławie oskarżonych Sądu Wojewódzkiego w Gdańsku zasiedli pracownicy firmy elektrotechnicznej oraz dozorca, którym zarzucano nieumyślne doprowadzenie do zaprószenia ognia.
Odbudowa powojenna
Patrząc na dzisiejszy stan pokrzyżackiej warowni, trudno uwierzyć, że w 1945 roku, po zakończeniu działań wojennych, poważnie zniszczona była połowa zamku. Położony przez Niemców i zdobyty przez Rosjan Malbork powoli zapełniał się Polakami. Pierwsze transporty repatriantów dotarły do miasta na początku maja 1945 roku. Po przekazaniu 3 czerwca 1945 roku władzy przez komendanta radzieckiego podpułkownika Denisowa przedstawicielom władz polskich, zamek stał się w zasadzie obiektem bezpańskim. Nie można jednak pominąć ambitnych przedsięwzięć ówczesnych czynników państwowych, powiatowych i miejskich, które podejmowano dla zabezpieczenia i ratowania pamiątek historycznych, starych ksiąg, obrazów i mebli znajdujących się w zniszczonym zamku - pisał Heliodor Ofierzyński w „Zarysie działalności i pracy ćwierćwiecza Koła Przewodników oddziału PTTK w Malborku”, wydanym w 1979 roku. Jak podkreślał autor tego opracowania, nie można zapomnieć o garstce zapaleńców, która podjęła się ratowania zachowanych zbiorów muzealnych, jak pierwsza kustosz Alicja Godlewska, a później Zofia Hendzel oraz o takich mieszkańcach Malborka, jak Franciszek Czubek, Stefan Krajka i inni. Na stronie internetowej Muzeum Zamkowego można przeczytać, że przez pierwszych pięć powojennych lat zrujnowana warownia pozostawała w gestii Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Planowano otwarcie w niej filii stołecznej placówki. W tym celu rozpoczęto pierwsze prace zabezpieczające i porządkowe, rozminowano teren zamku i naprawiono bramy. Bardzo ważnym przedsięwzięciem było wówczas naprawienie dużej części uszkodzonych dachów, co zabezpieczyło zabytek przed szkodliwymi działaniami atmosferycznymi do czasu planowanej odbudowy. 30 listopada 1950 roku zamek trafił pod skrzydła Ministerstwa Kultury i Sztuki, a jego administratorem stał się wojewódzki konserwator zabytków w Gdańsku. Przekazał on jednak opiekę nad zamkiem Polskiemu Towarzystwu Turystyczno-Krajoznawczemu Okręgu Gdańskiego, a ono z kolei 24 lutego 1957 roku - oddziałowi PTTK w Malborku.
Warto bowiem pamiętać, że mimo zniszczeń wojennych życie bardzo szybko wracało do normy. Już w 1946 roku do Malborka zaczęli przyjeżdżać turyści, zainteresowani przede wszystkim pokrzyżacką warownią. W pierwszych latach po zakończeniu wojny zamek odwiedziło około 38 tysięcy osób. Jak wspominają współcześni muzealnicy na stronie internetowej Muzeum Zamkowego, to nieustanne zwiększanie się ruchu turystycznego spowodowało, że podjęto dalsze prace porządkowe i remontowe. Miały one jednak charakter doraźny i wykonywano je bez szczegółowej dokumentacji. Pod koniec lat pięćdziesiątych inicjatorem działań na rzecz ochrony i uporządkowania zabytku stał się Społeczny Komitet Odbudowy Zamku, utworzony przez miejscowych działaczy kulturalnych. Prace nabrały wyraźnego ożywienia, a komitet podjął ponadto starania o zorganizowanie w zamku instytucji muzealnej. "Muszę powiedzieć, że mimo całego systemu partyjno-rozdzielczego, jaki panował, była tutaj liczna grupa ludzi-indywidualistów: aptekarz, notariusz, nauczyciel, szef Powszechnej Spółdzielni Spożywczej. Wszyscy byli zaangażowani" - wspominał kilka lat temu śp. Arkadiusz Binnebesel, znany miłośnik kultury i historii, zasłużony dla miasta Malborka, który w tamtym czasie był zaangażowany w odbudowę warowni. Wydawało się, że zamek jest uratowany. I wtedy pojawił się groźny ogień.

Wybuch i śledztwo
"W nocy z 7 na 8 września 1959 roku wybuchł pożar na zamku. Z okna swojego pokoju widziałem wielką łunę" - opowiadał Arkadiusz Binnebesel. W akcji, jak zapisano w „Kronice miasta Malborka”, brało udział 26 sekcji ogniowych i około 500 ludzi. Straty oszacowano na 4 miliony złotych. Panorama Malborka zmieniła swój wygląd. "Zza Nogatu, z daleka już widać okopcone kikuty wysokich kominów i samotną szczytnicę północnego skrzydła - płaską i pionową, jakby niezwiązaną z całością masywu średniego zamku. Gdy podjeżdżamy pod sam zamek, przechodzimy przez niezniszczony, choć drewniany i kryty drewnianym dachem most, gdy znajdujemy się wreszcie na obszernym, dolnym dziedzińcu zamkowym - widzimy, że nie jest tak strasznie, jak się początkowo wydawało. Spaliły się wiązania, podtrzymujące strome dachy kryte dachówkami nad północnym i częścią zachodniego, nadnogackiego skrzydła średniego zamku. Zawaliło się też kilka stropów, co spowodowało zniszczenie urządzeń i pomieszczeń użytkowanych przez PTTK - sal noclegowych i biur. Ale nawet sala rycerska, nad którą spłonął dach, jest cała, z całym sklepieniem, o dwóch tylko niewielkich otworach, przez które przeświecało słońce."
O tym wydarzeniu mówiły również zachodnie rozgłośnie. Trzy dni po pożarze Radio Wolna Europa zaczęło o tym mówić. Całą sprawą zainteresowało się UNESCO oraz ONZ. Na początek znów zamek ratowali zwyczajni ludzie. "To była działalność wybitnie społeczna. Po pracy, popołudniami szliśmy odgruzowywać zamek. Co tydzień odbywały się narady i podczas jednej z nich padło takie zdanie: „W przyszłości będzie to Wawel Północy, będą tu przyjeżdżać tysiące turystów. Pamiętam, że pomyślałem wtedy: „Co ty gadasz, kto tu przyjedzie, kto to odbuduje…” - opowiadał Arkadiusz Binnebesel. Tuż po pożarze pojawiły się spekulacje, że poprzedziły go tajemnicze wybuchy, o których donosił tuż po zdarzeniu „Ekspres Wieczorny”. Eksplozje obudziły tamtej nocy mieszkańców. Przeprowadzone zostało wnikliwe śledztwo. Zakończyło się aktami oskarżenia dla pracowników i właściciela zakładu elektrycznego oraz dozorcy. Zarzucano im nieumyślne spowodowanie pożaru malborskiego zamku. Sąd Wojewódzki w Gdańsku ogłosił wyrok w grudniu 1959 roku. Na rok więzienia skazani zostali monterzy, którzy wadliwie założyli instalację na Zamku Średnim. Kolejny elektryk, który dołączył 12 punktów świetlnych do maksymalnie wyzyskanego już obwodu zachodniej części zamku - co spowodowało zwarcia przewodów - został skazany na karę 3 tysięcy złotych grzywny, jak pisał o tej sprawie „Dziennik Bałtycki” z 23 grudnia 1959 roku. Właściciel warsztatu elektrotechnicznego, który delegował swoich pracowników do pracy na zamku, otrzymał karę 15 tysięcy złotych grzywny. Natomiast dozorca zamku, który krytycznej nocy nie dopełnił obowiązku należytej kontroli pod względem bezpieczeństwa pożarowego i przed udaniem się na spoczynek nie sprawdził powierzonego jego opiece obiektu, został skazany na 10 miesięcy więzienia z zawieszeniem wykonania kary na okres dwóch lat. Pożar przyspieszył powołanie muzeum. Na początku 1960 roku minister kultury powołał pełnomocnika, który zajął się przygotowaniami do otwarcia placówki w Malborku. Muzeum Zamkowe rozpoczęło swoją działalność 1 stycznia 1961 roku.
Edukacja i dokumentacja historycznych pożarów
Portal edukacyjny o pożarach Lublina
Portal edukacyjny poświęcony pożarom w historii Lublina, ich wpływowi na miasto oraz dawnym metodom walki z ogniem zaprezentował Ośrodek Brama Grodzka - Teatr NN. „Inspiracją był dla nas obraz nazwany +Pożar Lublina+, który wisi w kościele ojców dominikanów i przedstawia panoramę płonącego miasta, przez które idą dominikanie niosący relikwie Drzewa Krzyża Świętego. Portal ma na celu przypominać historię Lublina i jednocześnie ukazywać kontekst kulturowy dawnego miasta." Twórcy portalu podkreślają, że pożary w historii budziły w ludziach lęk i respekt, a ich skutki ponosiły nie tylko jednostki, ale i całe społeczności. Pożary miały poważny wpływ na miasta - na ich gospodarkę, architekturę i przestrzeń. Na portalu zamieszczono informacje o ponad 40 pożarach, które miały miejsce w Lublinie od początku XV wieku do początku XIX wieku. Przy każdym z opisów cytowane są teksty źródłowe skąd pochodzą informacje o pożarze, a zasięg pożaru oznaczony jest na mapie Lublina. Na przykład wielki pożar z 1575 roku, który był jednym z najtragiczniejszych w historii miasta, opisał m.in. poeta, ówczesny pisarz rady miejskiej Sebastian Klonowic. Specjalny dział na portalu poświęcono skutkom pożarów. Przedstawione są tam konsekwencje zniszczeń i strat oraz ich wpływ na układ przestrzenny miasta w kolejnych stuleciach. Opisane są także konsekwencje prawne, w tym m.in. przywileje i ulgi nadawane przez władze różnym podmiotom, co miało wspomóc i przyspieszyć odbudowę miasta. Na przykład po tragicznym pożarze w 1575 roku król Stefan Batory w 1576 roku. Na portalu umieszczono też informacje o sposobach gaszenia pożarów w historii, o narzędziach do tego wykorzystywanych, a także metodach zapobiegania pożarom. W dziale „Pożarnicze opowieści” umieszczone są natomiast nagrania strażaków. Osobne miejsce na portalu ma obraz z bazyliki ojców dominikanów na Starym Mieście przedstawiający pożar Lublina w 1719 roku. Malowidło o wymiarach 3,85 m na 3,25 m wykonane zostało prawdopodobnie w pierwszej połowie XVIII wieku, jego autor jest nieznany. Na obrazie - oprócz panoramy Lublina, płonących budynków oraz procesji prowadzonej przez dominikanów - znajduje się także opis tamtych wydarzeń. Specjalna interaktywna makieta na portalu umożliwia podświetlenie poszczególnych fragmentów obrazu. Historia przedstawiona na obrazie jest też inspiracją do corocznych obchodów kolejnych rocznic tamtych wydarzeń, w formie happeningu, ulicami Starego Miasta w Lublinie - trasą procesji z 1719 roku. Portal poświęcony pożarom Lublina jest efektem projektu "Pożar Lublina - 298".

Książka „Siedleckie pożary”
Książka „Siedleckie pożary. Tytuł brzmi niszowo i katastroficznie, ale tak naprawdę jest to specyficznie ujęta historia miasta i tworzących je ludzi. Dziś pożar nawet pojedynczego budynku jest sensacją. W domach mieszkalnych i budynkach użyteczności publicznej mamy nowoczesne materiały, czujniki, automatyczne zraszacze i podręczne gaśnice, a straż pożarna nowoczesne wozy bojowe, podnośniki, termowizję i masę innych wyrafinowanych narzędzi. Ale kiedyś tak nie było. Siedlce były miastem drewnianym, gdzie ogrzewano się piecami i oświetlano świecami. W XIX wieku paliły się kilka razy, z czego raz niemal do cna. I trzeba było sobie radzić bez współczesnej techniki. Autorzy opisują, jak się do tego zabierano. Na poziomie doraźnym organizując pierwsze straże pożarne, doraźne schronienia dla pogorzelców i materialną pomoc w odbudowie. Na poziomie systemowym - odbudowując miasto po pożarach z bardziej przemyślanym układem zabudowy i z większymi wymaganiami odnośnie jakości materiałów. Książka obejmuje czasy od Księstwa Warszawskiego do odzyskania niepodległości w 1918 roku, bazuje głównie na ówczesnych materiałach prasowych i urzędowych raportach, ale nie jest to tylko historia samych pożarów i kolejnych odbudów. Tak naprawdę to historia ludzi, którzy potrafili sobie radzić nawet w kryzysach i tragediach.