Wieś Manieczki w województwie wielkopolskim, kojarzona przez wielu fanów muzyki klubowej z kultowym klubem Ekwador, jest miejscem wielu historii - od tragicznych zdarzeń, po narodziny i rozkwit legendy polskiego clubbingu. W ostatnim czasie wieś była świadkiem zarówno działań gaśniczych po poważnym pożarze, jak i nieustannych dyskusji wokół przyszłości jej najsłynniejszej dyskoteki.
Pożar w Kombinacie Rolniczym Manieczki
Dziś rankiem, 10 sierpnia, straż pożarna w Śremie otrzymała zgłoszenie o ogromnym pożarze na terenie Kombinatu Rolniczego Manieczki w województwie wielkopolskim. Akcja gaśnicza obejmowała budynki gospodarcze oraz garaże, wewnątrz których znajdowały się dwa ciągniki rolnicze.

Jak przekazał kapitan Miłosz Zdęga, strażak dowodzący działaniami w Manieczkach, akcja polegała na gaszeniu tychże obiektów i sprzętu. Wyzwaniem dla strażaków był brak hydrantów z wodą na terenie kompleksu, co wymusiło jej dowożenie z pobliskiego miejsca. W późniejszej fazie akcja koncentrowała się na dogaszaniu tlących się drewnianych elementów oraz ciągników rolniczych. Przyczyny wybuchu pożaru pozostają nieznane.
Klub Ekwador: Legenda Polskiego Clubbingu
Choć Manieczki znalazły się w centrum uwagi z powodu pożaru, od lat są synonimem dla fanów muzyki elektronicznej dzięki klubowi Ekwador. Miejscowość na trwałe wpisała się w kulturę muzyki klubowej, goszcząc zarówno rodzimych didżejów, którzy zaczynali tu swoje kariery, jak i wiele zagranicznych sław.
Narodziny i Rozkwit Legendy
Historia dyskoteki rozpoczęła się 40 kilometrów na południe od Poznania, w Śremie. Jednak to w Manieczkach, w 1998 roku, lokal oficjalnie ruszył, stając się jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na klubowej mapie Polski. Nazwa klubu pochodziła od wydanego rok wcześniej hitu DJ Sashy - „Ecuador”, a co ciekawe, 16 lat później DJ Sasha faktycznie zagrał w Manieczkach. Kamień węgielny pod powstanie klubu położył Jan Bajer, twórca wzorcowego PGR-u, który wydzierżawił upadające sklepy rodzinie, która do dziś prowadzi klub. Budynek dawnych sklepów - klasyczna socjalistyczna "podkowa" - mieścił na początku jedną salę z barem, antresolą i miejscem dla didżeja. Lokalizacja w popegeerowskiej wsi, 10 kilometrów od miasta, budziła zdziwienie, lecz nie przeszkodziła w rozkręceniu biznesu.

Do Manieczek muzyka elektroniczna, przybywająca zza Odry, trafiła tranzytem przez Mielno, z klubu „Miami” przybył DJ Kris, który z sezonowego didżeja stał się rezydentem. „To był obłęd, prawdziwy rozkwit” - wspominają właściciele klubu, podkreślając, że legenda powstała dzięki temu, że nie poprzestano na samych imprezach klubowych. Ekwador pojawiał się na słynnej Love Parade w Berlinie i porywał tłumy na Paradzie Wolności w Łodzi. Klub posiadał również wakacyjną filię w Mielnie, a masowe imprezy w Arenie w Poznaniu oraz tematyczne wydarzenia, takie jak Amsterdam Dance Mission, przyciągały ludzi z całej Polski. Apogeum było stworzenie festiwalu Sunrise with Ekwador w Kołobrzegu, który wyrósł na legendzie Manieczek.
Złoty czas „Ekwadoru” to okres, gdy specjalne autobusy przywoziły gości z Poznania i dalszych rejonów kraju na cotygodniowe imprezy. Bywalcy tworzyli swoistą „rodzinę”. Andrzej „Dżeju” Strzała, stały bywalec z Wrocławia, wspomina, jak pokonywał setki kilometrów, by uczestniczyć w imprezach, często dwukrotnie w ciągu weekendu. Jego rekord to powrót z wakacji we Włoszech, by tylko na chwilę zajechać do domu i znów ruszyć do Manieczek.
Wyzwania i Kontrowersje
Wieść o tym, że klub Ekwador został wystawiony na sprzedaż, zatrwożyła stałych bywalców, którzy wylewali swoją rozpacz na profilu dyskoteki, podkreślając, że „Taka historia nie może się zakończyć... to nie jest jakaś popierdółka, tylko Ekwador! Duma i legenda Polski, tam wszystko się zaczęło i musi trwać!”. Według nieoficjalnych wieści właściciel miał sprzedawać dyskotekę z powodu konkurencji, choć dawni bywalcy sugerowali, że kłopoty wynikały z braku zmian. Agent nieruchomości prowadzący ofertę sprzedaży lokalu o powierzchni 2000 metrów kwadratowych, z możliwością adaptacji na magazyny, przyjmował wiele telefonów od ludzi wyrażających swoje obawy i wspomnienia związane z „świątynią”. Klubowicze apelowali o niesprzedawanie „jazdy”, która wraz z Manieczkami i „Ekwadorem” stała się słowem kluczem oznaczającym to samo - unikalną muzykę i miejsce.
Działalność klubu nie zawsze była bezproblemowa dla lokalnej społeczności. Janusz, mieszkaniec Manieczek, z okien widzący klub, zastanawia się, „kto się na to zgodził, żeby w środku wioski działała taka dyskoteka?”. Przeszkadzał mu przede wszystkim hałas, brud oraz fakt, że goście załatwiali swoje potrzeby w piwnicach bloków. Podczas największych imprez parking przy „Ekwadorze” nie mieścił wszystkich chętnych, a samochody parkowały wzdłuż uliczek wioski, gdzie dochodziło również do improwizowanych imprez. Z czasem mieszkańcy przywykli do obecności klubu, choć letnie imprezy nadal bywają uciążliwe. Małgorzata, matka małego dziecka, potwierdza, że „wszystko u nas słychać, okien otworzyć nie można, zimą jest lepiej”. Wspominano również o incydentach, takich jak znalezienie zwłok młodego człowieka w historycznym parku naprzeciwko „Ekwadoru”, w pobliżu kaplicy Józefa Wybickiego. „Policja zrobiła z tym porządek” - wspomina Janusz.
W 2006 roku gwiazda klubu zaczęła blednąć. Klub wydzierżawiono, ale nowi prowadzący podołali temu tylko przez rok. W tym okresie miejsce działało pod nazwą „Manieczki”, bez możliwości korzystania z marki „Ekwador”. W tym czasie, jak wspominają bywalcy, narkotyki zdawały się przyćmić sławę tego miejsca. Jedną z imprez przerwano interwencją policji, co skomentował Darek „Merco”, wierny bywalec z Sokołowa Podlaskiego, pokonujący co tydzień 430 kilometrów w jedną stronę. Wspomina on, że „dziwnie szybko się impreza skończyła”.
JAK UDAŁO SIĘ ODZYSKAĆ ŚWIĄTYNIE [Film Dokumentalny]
Powroty i Nowe Życie Klubu
Po rocznej przerwie, 11 października 2014 roku, klub Ekwador zawiesił swoją działalność, co było ciosem dla jego fanów. Jednak w 2015 roku legendarny Ekwador został ponownie otwarty. Tłumy klubowiczów odwiedzają to miejsce do dziś, a "Nie spać. Zwiedzać. Ekwador znowu otwarty!" stało się nowym zawołaniem. Klub aktywnie szuka swojego miejsca na rynku, organizując koncerty takich gwiazd jak Weekend w 2013 roku, Doda z zespołem, czy Donatan i Cleo, które przyciągały rzesze fanów.
Zmieniła się również klientela i jej styl. Kiedyś dominowały wyzywające koszulki, skąpe stroje, białe futrzane kozaki i rękawy na przedramionach. Dziś, podobnie jak w klubach z selekcją, panie stawiają na „małą czarną”, a panowie na koszule i półbuty. Klientela dorosła i ma swoje życie. Mimo tych zmian, klimat „wielkiej ekwadorskiej rodziny” przetrwał, a ludzie z odległych miast, takich jak Białystok czy Rzeszów, nadal zjawiają się w Manieczkach. Na imprezach zawiązują się przyjaźnie, a nawet małżeństwa. W niedzielne poranki odbywały się również legendarne "afterparty" na stacji paliw w Śremie, które Darek wspominał słowami: "Ludzie szli do kościoła, a my dopiero zaczynaliśmy się bawić". Dziś w Manieczkach jest spokojniej, a uczestnicy imprez dopytują o możliwość zaparkowania na podwórkach, a następnie śpią w samochodach do południa. Dziś policja dyskretnie przygląda się uczestnikom, czuwając, gdy wiadomo, że do wioski zjedzie większa liczba ludzi.
Pierwsza impreza w Ekwadorze odbyła się w 1998 roku, a na nocnych imprezach bawiło się tam regularnie kilka tysięcy osób. Klubowicze, tacy jak Artur i Piotr, komentując 18. urodziny klubu w Manieczkach, mówili: „Rodzinnie i jak zawsze godnie” oraz „Ekwador wchodzi w dorosłe życie, najlepsza osiemnastka na ziemi!”.
Manieczki: Miejscowość z Bogatą Historią
Historia Manieczek nie ogranicza się wyłącznie do klubowej sceny. Miejscowość słynie również z Państwowego Gospodarstwa Rolnego Manieczki (PGR Manieczki), które było pierwszym w kraju tzw. agromiasteczkiem. Powstałe w 1960 roku, wzorcowe PGR z własnym centrum, sklepami i punktami usług, miało wieloletniego i najsłynniejszego dyrektora - Jana Bajera. Rozpad PGR-u i śmierć "Pana Bajera" były jednymi z trzech momentów, kiedy, jak głosi lokalna opowieść, "nad Manieczkami płakano".
Manieczki są także miejscem związanym z postacią Józefa Wybickiego, autora słów do hymnu. Od 1781 roku był on właścicielem Manieczek, a w dworze przez lata gromadzono pamiątki po nim. Największą pamiątką po Wybickim jest barokowa rotunda - kapliczka ufundowana przez niego w podziękowaniu za pomyślność w życiu. Miejscowe władze od lat debatują nad stworzeniem miejsca pamięci J. Wybickiego.
W parku przy dworze w Manieczkach stoją dwa kamienne ścięte filary. Legenda głosi, że zostały postawione na pamiątkę pojedynku dwóch braci, walczących o jedną kobietę, którzy zginęli na miejscu. Podobne słupy, wiązane z symboliką wolnomularską, można znaleźć w innych miejscach Wielkopolski.