Wspomnienia z Woli Chroberskiej i Dzieciństwa w Chrobrzu

Poniższa artykuł to połączenie poruszających wspomnień z okresu II wojny światowej, koncentrujących się na dramatycznych wydarzeniach w Woli Chroberskiej, oraz barwnego obrazu dzieciństwa spędzonego we wsi Chroberz w latach 80. i 90. XX wieku. Czytelnik zostanie przeniesiony w dwa różne światy, ukazujące złożoność historii i magię beztroskich lat.

Wojenna Opowieść: Wydarzenia z Końca 1944 Roku

Rozmowa o wojennych latach

Był letni dzień. Miałem wtedy może czternaście lat. Wracaliśmy z ojcem pieszo z Kostrzeszyńskiego Pola. W Korcach dogoniła nas furmanka. Ojciec znał się z woźnicą. Po wymianie uprzejmości woźnica zaprosił nas na wóz. Droga była rozmiękła i błotnista, bo poprzedniego dnia padał deszcz, co oczywiście nie sprzyjało szybkiej jeździe, ale za to sprzyjało rozmowie. Ojciec z woźnicą rozmawiali o wszystkim: o pogodzie, przyrodzie, urodzaju..., a ponieważ wypadała rocznica istnienia II Republiki Pińczowskiej, zaczęli rozmawiać o tamtych zdarzeniach i akcjach. - No i ta akcja, kiedy to od nas zabrali tamtych Niemców. - Wiecie, to ja do nich strzelałem - powiedział woźnica. - Jak to się stało, że ten jeden postrzelony i przebity bagnetem przeżył? - zapytał ojciec. Dojechaliśmy do drogi, gdzie pasowało nam wysiąść. Woźnica zatrzymał się, a my wysiedliśmy. - Kto to jest? - zapytałem ojca. - Edek L. O tym wydarzeniu słyszałem od mego ojca zarówno wcześniej, jak i później. Tata miał „obsesję” wojny. Ciągle wracał do wojennych spraw. Miał doskonałą, wręcz niespotykaną pamięć. Pamiętał ze szczegółami wydarzenia, daty, liczby i nazwiska. Lubił wspominać.

Panorama Woli Chroberskiej z perspektywy Wielkiej Góry w okresie jesiennym, 1944 rok

Sytuacja w Woli Chroberskiej i okolicach jesienią 1944

Była późna jesień 1944 roku. Republika Pińczowska pod presją niemieckich sił zakończyła swoje istnienie. W połowie sierpnia partyzantka z AK przeszła do podziemia, partyzantka lewicowa poszła za front. Wieczorami widać było od strony Stopnicy łuny i błyski rozrywających się pocisków przeciwlotniczych. Niemcy, przy pomocy miejscowej ludności zmuszonej do pracy, wybudowali już na Nidzie linię obronną A1. W Woli Chroberskiej stacjonował pododdział żołnierzy niemieckich. Nadzorowali wyrąb i transport drewna niezbędnego do rozbudowy umocnień obronnych w Chrobrzu i jego okolicach. W szeregach oddziału byli także tak zwani „Ruscy”. Kim byli „Ruscy”, trudno powiedzieć. Niektórzy z nich mieli broń, a inni nie. Ci, którzy nie mieli broni, mieli konie, a nawet wozy. Robili za woźniców. Prawdopodobnie byli to jeńcy radzieccy, którzy czy to dobrowolnie, czy to pod przymusem, zostali wcieleni do pododdziałów Wermachtu. Wszyscy oni byli zakwaterowani w miejscowych domach.

Widok na Wielką Górę w Woli Chroberskiej, ukazujący zabudowania wiejskie

Pożar stodoły i zasadzka

Pewnego, chyba już grudniowego dnia, do jednej „wolskiej panny” Marysi przyszła z Aleksandrowa koleżanka. Mówiła, że zostanie na noc. Młodzi niemieccy żołnierze czuli się w wiosce dość bezpiecznie i swobodnie, oraz jak to zwykle bywa, flirtowali z miejscowymi dziewczętami. Nagle z nad Wielkiej Góry wyleciały dwa radzieckie samoloty. Jeden z nich oddał salwę z karabinu maszynowego pociskami zapalającymi. Zapaliła się Szostakowa stodoła. Niemcy kierowali akcją gaśniczą, a także brali w niej czynny udział. W tym czasie koleżanka Marysi „ulotniła się”. Prawie nikt tego nie zauważył. Po ugaszonym pożarze żołnierze niemieccy, w tym także tzw. „Ruscy”, w chałupie u Franciszka Grzywny zrobili sobie małą libację. Karabiny postawili w kącie, a sami siedzieli i biesiadowali przy stole. Nagle nieoczekiwanie wpadł do mieszkania Sasza z PEPESZEM w ręku i krzyknął z całych sił - Hände hoch! Sasza był radzieckim jeńcem, który uciekł z niemieckiej niewoli i przystał do polskich partyzantów. Był dobrym druhem Romana Kałuży z Zagaja Stradowskiego. Przeżył wojnę, wrócił do ZSRR i prawdopodobnie jak każdy, kto się poddał do niewoli, w nagrodę rąbał choinki na Syberii. Po wojnie kilkakrotnie odwiedzał Polskę i Zagaje Stradowskie.

Tragiczne skutki i strach we wsi

Wracając jednak do tamtej nocy: Niemców, którzy nie mieli broni, zwolniono. Pozostałych prowadzono przez pola, aż do lasu, potem przez Mały Dołek i Dulnice. Za leśniczówką, kilkaset metrów od miejsca, gdzie trzydzieści parę lat później dumnie przemawiał Sasza, żołnierzy niemieckich rozebrano do naga, rozstrzelano, a następnie każdego dźgnięto bagnetem. Jeden z Niemców odzyskał przytomność. Wyszedł spod gałęzi ranny, nagi i bosy. Nasłuchując szczekania psów, doszedł do Zagaja Stradowskiego i poprosił miejscowych Polaków, by zawieziono go do Chrobrza, byleby tylko nie przez Wolę Chroberską. Niemca umyto, opatrzono mu rany, ubrano, a później przez Zawarżę zawieziono do Chrobrza, gdzie stacjonowało jego dowództwo. Niemieckie dowództwo zarządziło natychmiastowe poszukiwania zwłok swoich zabitych żołnierzy, ale miejscowi tak prowadzili poszukiwania, aby nic nie znaleźć. W Woli Chroberskiej zapanował strach. Obawiano się, że Niemcy spacyfikują wieś. Mieszkańców wymordują, a zabudowania spalą. Niektórzy młodzi udawali się w pośpiechu do rodzin w okolicznych wsiach, aby uniknąć najgorszego.

Refleksje o wojnie

Będąc małym chłopcem, przysłuchiwałem się rozmowom starszych, wśród których pamięć o tamtych dniach wciąż była żywa. Nie raz słyszałem stawiane pytania, na ile śmierć kilkunastu żołnierzy wroga przyczyniła się do szybszego zakończenia wojny?

Dzieciństwo w Chrobrzu: Zabawy i Życie Codzienne w Latach 80. i 90.

Wstęp do wspomnień

Moi Kochani Chrobrzanie i inni, którzy będziecie to czytać. Przedstawiam opowiadanie, które jest dość długie, ale założę się, że gdybyście Wy opisali swoje przygody, to byłoby to równie długie, a może i dłuższe :) Opisuję tę część Chrobrza, w której mieszkałam ja, moje koleżanki i koledzy. Chroberz w porównaniu z innymi wsiami jest dużą wsią. Nie jest to jedna ulica, wzdłuż której po jednej i drugiej stronie stoją domy i wszystkie dzieci z całej wsi bawią się ze sobą. Chroberz to północna część miejscowości. Co robiliśmy, w co bawiliśmy się, będąc dziećmi w latach osiemdziesiątych i w początkach lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku we wsi Chroberz? Postanowiłam o tym napisać, ponieważ już tyle razy opowiadałam moim córkom Adzie i Urszuli o moim dzieciństwie i przygodach w Chrobrzu, że sama stwierdziłam, iż jest to ciekawe i warte, by o tym wspomnieć, tym bardziej, że to odeszło i jest tylko w naszej pamięci, w naszym sercu. Na początku pragnę napisać kilka zdarzeń z mojego wczesnego dzieciństwa, ot, taki krótki wstęp, a w dalszej części opiszę co robiliśmy my, dzieci. Wychowałam się w Chrobrzu. Całe moje dzieciństwo spędziłam w tej uroczej, interesującej oraz intrygującej wsi, która ma bardzo bogatą historię. Zachęcam wszystkich do jej poznania. Piękna wieś Chroberz, położona nad piękną rzeką Nidą. Mieszkałam niedaleko rzeki, dziś jest to ulica Ogrodowa. Gdy wspominam tamten czas, to cała ulica tętniła życiem. Niemal w każdym domu były dzieci, nawet kilkoro. Na tę ulicę przychodziły też dzieci z pobliskich ulic i wszyscy razem bawiliśmy się. Dom, w którym ja mieszkałam, stał naprzeciwko budynku, gdzie niegdyś była siedziba gminy. Wychowywała mnie moja kochana Babcia i Dziadek, którym jestem za to bardzo wdzięczna, oraz wujek Mietek i ciocie - Zosia i Marysia.

Widok na północną część miejscowości Chroberz z lat 80. lub 90. XX wieku

Wczesne lata i nauka jazdy na łyżwach

Wspominam sobie moje wczesne dzieciństwo i uśmiecham się radośnie. Moja babcia kupiła mi czerwone wrotki, jeździłam na nich po domu, od krzesła do stołu i do kołyski, która wędrowała od domu do domu. Wiele małych dzieci w tej kołysce wyhuśtało się, zanim nauczyły się chodzić. Miałam może wtedy cztery lata. Potem dostałam łyżwy saneczkowe, a następnie dostałam na urodziny przepiękne, bielusieńkie łyżwy figurówki. Zimą, gdy Nida wylewała na łąki i zamarzała, babcia chodziła ze mną, bym ja mogła nauczyć się jeździć. Odgarniała śnieg drapachą i stała patrząc na mnie i podziwiając.

Zimowy krajobraz rzeki Nida w Chrobrzu, z dziećmi jeżdżącymi na łyżwach

Zimowe szaleństwo na rzece i górkach

Wracając do zamarzniętej wylanej rzeki Nidy… oczywiście nie byłam jedyną osobą, która z niej korzystała. Tamto miejsce pod Olszykiem zimą tętniło życiem. Mnóstwo dzieci przychodziło pojeździć na łyżwach, poślizgać się na butach, a chłopcy grali w hokeja. Było słychać dziecięce piski, krzyk, śmiech. Dobrze też pamiętam o innym miejscu, które zimą zamieniało się w rewię na lodzie. Był to niezapomniany staw w parku. Pamiętam, że przychodziło tam mnóstwo dzieci, młodzieży i starszych. Jestem przekonana, że wszyscy świetnie się bawili. Jazda na łyżwach po zamarzniętej wylanej rzece i stawie nie były jedynymi zimowymi sportami, którymi się zajmowaliśmy. Kolejnym niesamowitym zimowym szaleństwem było zjeżdżanie z oblodzonej górki od miejsca, które zaczynało się na wysokości byłego baru MAX w kierunku mostu. Jakaż ta ulica była zimą wyślizgana! Ona była jak lustro. Dawniej bardzo rzadko jeździły tamtędy samochody, toteż spokojnie można było tam zjeżdżać. Było tak ślisko, że starsi ludzie mieli trudność, by wyjść do góry tą ulicą. Z tego powodu mieszkańcy pobliskich domów wysypywali popiół na pobocze, a myśmy się bali, żeby tylko nie na środek ulicy, a gdy już się tam znalazł, byliśmy mocno zawiedzeni. Zjeżdżaliśmy z tej góry, jak szaleńcy na sankach, na łyżwach, a nawet na takich krótkich nartach. Gdy to czytasz, a przeżyłeś to, to z pewnością wiesz, jaka to była super zabawa. Kolejnym miejscem, gdzie dzieci mogły się zimą wyżyć, była górka pod byłą gorzelnią, a w zasadzie były tam dwie górki, ale ta jedna była bardzo emocjonująca. Była ona stroma i miała takiego powiedzmy garba. Ten garb wyrzucał nas w powietrze, a potem lądowaliśmy na dole. Trzeba było nie lada odwagi, by zjechać stamtąd na sankach. Gdy już zabieraliśmy się do tego, to zamykaliśmy oczy. Rzadko udawało nam się wylądować na sankach, zwykle lądowaliśmy obok, na śniegu. Z tej górki zjeżdżało się zwykle na workach po nawozach, które były wypchane sianem. Tyłki nas bolały, oj bolały. Wspomnę jeszcze o górce pod kościołem, zjeżdżaliśmy też z górki na ulicy Ogrodowej. Miejsc do zabaw było mnóstwo, wszystkie dzieci wspólnie się bawiły. Nie pamiętam kłótni, za to śmiech i piski. Do domu wracałam spocona, mokra, z rumianymi policzkami i zdrowo zmęczona.

Dzieci zjeżdżające na sankach z oblodzonej górki w Chrobrzu, z widokiem na stary bar MAX

Wiosenne przygody: kry, ogniska i huśtawki

Nadchodziło przedwiośnie, topniał lód, było mokro i mnóstwo błota. Czy siedzieliśmy z tego powodu w domu? Nic podobnego! Łąki to był nasz główny cel. Tam, od państwa Żuchowskich, nie jestem teraz w stanie dokładnie tego umiejscowić, może ciut dalej, ciągnął się taki pas krzaków w kierunku rzeki, a wzdłuż tych krzaków przebiegał rów. Dla mnie jako dziecka, był dosyć głęboki i szeroki. Gdy robiło się cieplej i lód w tym rowie topniał, tworzyły się kry, a my, koleżanki, które głowy miały pełne pomysłów, wymyśliłyśmy ściganie się po tych krach… kto pierwszy po drugiej stronie rowu! Super, nie ma co, przednia zabawa. Weszłam na jedną krę, potem na drugą i wylądowałam w lodowatej wodzie na plecach. Żal było opuścić ten „plac zabaw”, ale trzeba było pójść do domu się przebrać. W tych krzakach, wiosną robiliśmy sobie też ognisko i piekliśmy sobie w nim ziemniaki. Gdy już najedliśmy, a były przepyszne, to rzucaliśmy się nimi. Super zabawą było huśtanie się na huśtawce przy stawie państwa Żuchowskich. Ta huśtawka nie była taka sobie zwyczajna. Była zawieszona na długich sznurach, zawiązanych na drzewie tuż koło stawu, a gdy huśtaliśmy się, to znajdowaliśmy się nad tym stawem. Pamiętam, że dla mnie to było bardzo emocjonujące przeżycie.

Dzieci bawiące się przy roztopach wiosną w Chrobrzu, nad rowem lub stawem, budujące ognisko

Letnie zabawy: guma, piłka, podchody i Nida

Na dworze robiło się coraz cieplej, było już w miarę sucho, łąki się zieleniły, drzewa porastały liśćmi. Było tak pięknie. Do nas na podwórko przylatywały jaskółki i tak radośnie się witały z nami, poprawiały sobie gniazdo, które od wielu lat miały w oborze, by potem móc złożyć jaja i na koniec wychować swoje pisklęta. Coś pięknego, a koty tylko patrzyły, by upolować jakąś. A my, dzieci, gdy ledwo zrobiło się ciepło, pościągaliśmy kurtki, kozaki i nałożyliśmy tenisówki, czy trampki. Oj, co za ulga, od razu było lżej, lepiej. Zimowe sporty zamieniliśmy na wiosenne. Pierwsze co, to było skakanie w gumę. Kto miał, to przynosił jakieś kawałki gum, wiązaliśmy je i zaczynała się zabawa. Zastanawiałam się, czy wspomnieć o pewnej koleżance z ulicy i w końcu doszłam do wniosku, że muszę o niej napisać, ponieważ była ona najlepszym skoczkiem, nie miała sobie równej, jak ona miała skoczyć, to już wiadomo wszystkim było, że skoczy, a mówię o Kseni Studniarz. Oczywiście najlepiej w gumę skakało się na boso. To co, że od ziemi jeszcze ciągnęło zimno i miałyśmy wilgotne skarpetki, liczyło się tylko to, żeby skoczyć jak najlepiej. Graliśmy też w kabel, skakaliśmy na skakance. Graliśmy w piłkę. Z piłką wiąże się mnóstwo zabaw. Bardzo lubiłam grę w zbijanego. Następna zabawa to gra w klasy, tzw. „chłopa”, „raz dwa trzy, baba jaga na oczy patrzy", w kapsle, albo rysowanie na ziemi koła, które dzieliło się na cztery części. Każda część była państwem danej osoby i zabierało się po kawałku te państwa. W tej grze trochę obrażaliśmy się jedno na drugie, ale na krótko. Ja bardzo dobrze wspominam zabawę, w której uczestniczyło sporo dzieci.... „gąski, gąski do domu”. O ile dobrze pamiętam, to nauczyła nas tego pani Tulej wraz ze swoimi córkami. I często bawiliśmy się w tę zabawę na ulicy, albo na placu pod remizą strażacką. Była to bardzo emocjonująca zabawa, w końcu trzeba było uciekać przed wilkiem, wcale nie dziwi fakt, żeśmy tam piszczeli i krzyczeli… śmiech też był. Jedna z najlepszych zabaw to strzałki, czyli podchody. Oj, to też lubiłam bardzo, choć zdarzały się oszustwa, np. szukamy drużyny, a drużyna już dawno w domu. W tej zabawie brało udział sporo dzieci. Przychodzili koledzy z domów pobliskich ulic. Spora część Chrobrza była wtedy nasza, zaczynając od naszych ulic przez cały park, okolice zamczyska itd. Zabawa była przednia. Nadchodziły coraz bardziej ciepłe dni… koniec maja i gorący czerwiec. Rzeka Nida znów nas zapraszała do siebie. Pewnie też była zadowolona, jak my wszyscy. Co odważniejsi, głównie chłopcy, kąpali się w niej jeszcze przed Sobótkami. My, dziewczyny, czekałyśmy do 24 czerwca, by móc zanurzyć się w chłodnej wodzie w upalne dni. W końcu nadchodziły upragnione wakacje! Ale ja nie pamiętam, bym wylegiwała się w łóżku do 10 czy 12 godziny. To nawet nie było możliwe, myślę sobie, że nawet bym nie chciała. Zwyczajnie szkoda czasu. Siódma godzina pobudka!

Dzieci bawiące się w gumę lub w podchody na tle wiejskiego krajobrazu Chrobrza, lato

Codzienność: czekanie na chleb i poranne pobudki

Gdy byłam młodsza i jeszcze nie chodziłam w pole, to chodziłam za to do sklepu. To nie było takie pójście i przyjście za chwilę, to było czekanie przez kilka godzin na… chleb, albo na cukier, który przywożony był z Kazimierzy. Najczęściej jednak był to chleb, jeden bochenek żytniego, który nie wyzwalał tyle emocji, co bochenek chleba pszennego i chleb pszenny, ale o tym za chwilę. Sklep…

Dawny sklep GS w Chrobrzu przy ulicy Chrobrego, lata 80. lub 90. XX wieku

Refleksja nad zmianami w dzieciństwie

Przyglądam się dzisiejszym dzieciom i młodzieży i mimo tego, iż widzę, że się bawią ze sobą i jedni i drudzy, to i tak dostrzegam w nich takie zagubienie. Nie mają ze sobą takiego kontaktu, jak dzieci dawniejszych czasów. Nieraz słyszę, jak mówią, że się nudzą, że nie ma co robić i chodzą tak sobie bez celu, z telefonami w ręku. Tak, ten widok staje się coraz bardziej popularny, przynajmniej w mieście. Sama nie wiem z czego to wynika, bo przecież gdziekolwiek jesteśmy, teren niewiele się zmienił, zawsze jest gdzie się bawić, biegać.

Współczesne zdjęcie dzieci lub młodzieży korzystających z telefonów, jako kontrast do opisanych wcześniej zabaw

tags: #nastepnym #razem #pozar #chomikij