Cały świat obiegła wieść o śmierci Neila Armstronga, dowódcy amerykańskiej załogi Apollo 11. Nie ma już między nami człowieka, który jako pierwszy postawił nogę na Srebrnym Globie. Zmarł po długiej chorobie i ciężkiej operacji serca w wieku 82 lat. Ten człowiek to był człowiek legenda, człowiek symbol. Zmarł Neil Armstrong - pierwszy człowiek, który w 1969 roku postawił stopę na Księżycu. Legendarny kosmonauta zmarł z powodu komplikacji po przebytej niedawno operacji serca. Według amerykańskich mediów, na początku sierpnia Armstrongowi wszczepiono by-passy. Dla NASA śmierć Armstronga to olbrzymia strata, bo mimo swojego wieku bardzo często gościł na Przylądku Canaveral. Dokonał to, o czym marzyło wielu astronautów, którzy pracowali w amerykańskiej agencji kosmicznej.

Wczesne lata i służba wojskowa
Dzieciństwo i pasja latania
Armstrong urodził się w 1930 roku. Wychowywał się w Ohio, a jego przodkowie, pochodzący ze Szkocji, przybyli tu jako osadnicy po wojnie o niepodległość. Do 14. roku życia przeżył kilkanaście przeprowadzek. Jego rodzina osiadała z reguły w niewielkich miasteczkach. Z takich amerykańskich "smallvilles" wywodziła się spora część "pierwszego rzutu" astronautów - John Glenn wyjaśniał, że dorastanie w takim środowisku zapewniało nastolatkowi szczególne połączenie samodzielności, ambicji i "głodu wielkiego świata" z szacunkiem dla tradycyjnych cnót.
Neil (urodzony w roku 1930) świetnie się aklimatyzował do nowych miejsc, dobrze się uczył. Jego największym licealnym ekscesem było porysowanie samochodu ojca w drodze na bal maturalny - zresztą szybciej niż prowadzić nauczył się pilotować samolot. Całą sypialnię i kawał piwnicy zasypał modelami lotniczymi. "Źle złożony model to pewna porażka" - zapamiętał ze swojej dziecięcej pasji, która już wtedy była zalążkiem planu: zostać pilotem-inżynierem.
Kariera pilota wojskowego
Dostał się na MIT, ale wybrał skromniejszą uczelnię: Purdue University w Indianie, bo tam mógł skorzystać z tzw. planu Hollowaya - stypendium, które przewidywało rozdzielenie studiów na ich półmetku trzyletnią służbą w lotnictwie wojskowym. Nie miał nawet 19 lat, kiedy trafił do lotnictwa marynarki. Trzech z siedmiu astronautów przyszłego programu Mercury miało trafić do niego właśnie po takiej służbie - tak jak sześciu z siedmiu dowódców misji Apollo (wśród nich Armstrong). Ukończywszy szkolenie, dostał skierowanie do pierwszej eskadry, która latała wyłącznie na myśliwcach odrzutowych, które dopiero pojawiały się w służbie.
Trwała już wtedy wojna w Korei. Latem 1951 roku lotniskowiec Armstronga z jego eskadrą skierowano do Azji. Odbył 78 lotów bojowych - głównie ataków na cele naziemne: pociągi, mosty, czołgi. Samolot często trafiał pod ostry ogień przeciwlotniczy, wracał z dziurami po kulach: "Mierzyli do nas z każdego rodzaju broni, każdego kalibru" - wspominał Armstrong. Raz musiał się katapultować po tym, jak myśliwiec stracił dwa metry skrzydła. Na szczęście pilot wylądował na spadochronie na terenie kontrolowanym przez Amerykanów i skończyło się tylko na pękniętej kości ogonowej. Otrzymane medale trochę bagatelizował: "Rozdawali je tam jak złote gwiazdki w szkółce niedzielnej". W dziedzinie lotnictwa był nagradzany wiele razy.

Od pilota doświadczalnego do astronauty
Praca w NACA i loty X-15
Nie uchodziło jego uwadze wszystko to, co działo się w technice lotniczej: stworzenie naddźwiękowego tunelu aerodynamicznego czy wystrzelenie rakiety V-2 przez zespół Wernhera von Brauna na wysokość ponad 100 km - Armstrong rozumiał, że lot w kosmos to przyszłość. I to nieodległa. Zapewne dlatego po studiach wysłał dokumenty do NACA (komitet ds. aeronautyki, który po latach włączono do NASA). Szukał posady w kalifornijskiej bazie Edwards - to właśnie tam osiem lat wcześniej Chuck Yeager, lecąc samolotem X-1, przekroczył barierę dźwięku i to tam od lat testowano prototypy samolotów o wyższych osiągach.
Zanim Armstrong dostał się do Edwards, spędził jeszcze parę miesięcy jako oblatywacz w pomniejszym ośrodku badawczym w Ohio. Zdążył się w tym czasie jeszcze ożenić (Janet Shearon poznał na uczelni, tuż po powrocie z Korei). Był w jednostce doświadczalnej w Edwards najmłodszy - wyjadacze patrzyli niego jak na licealistę, ale porzucali to wrażenie, gdy spoglądali w jego CV. Przez siedem kolejnych lat wykonał ponad 900 lotów - często na najbardziej zaawansowanych i jednocześnie najbardziej niebezpiecznych prototypach. Był wśród nich X-15 - najszybciej i najwyżej latający samolot w dziejach. Armstrong ustanowił na nim dwa rekordy prędkości. Loty X-15 z uwagi nie tylko na pułap (ponad 27 km), ale i na rozrzedzone powietrze czy chwilową nieważkość były dla pilota podróżami na skraj kosmosu.
Armstrong brał także udział w konsultacjach samolotu kosmicznego X-20 (projekt ostatecznie porzucono). Był jednym z pierwszych pilotów, którzy testowali w Johnsville wirówkę przeciążeniową. Doszedł do wartości 15 g - przyznawał, że krew odpłynęła mu wtedy z głowy i był w stanie zobaczyć tylko jeden z przyrządów w kabinie.

Tragedia rodzinna i rekrutacja do NASA
Miał 31 lat, gdy u jego dwuletniej córki zdiagnozowano glejaka mózgu. Mimo naświetlań i terapii kobaltem dziecko zmarło - w szóstą rocznicę ślubu rodziców. Armstrong zawsze był skryty - i tym razem nie dał po sobie poznać, jak bardzo to przeżył. Z niewieloma współpracownikami rozmawiał o chorobie i śmierci córki, niektórzy w ogóle o tym nie wiedzieli. Zaliczył kilka nietypowych dla siebie wpadek podczas lotów doświadczalnych, na szczęście bez poważnych konsekwencji. W pracy szukał zapomnienia, co z kolei oddaliło go od żony i przysporzyło jej dodatkowych cierpień.
To po śmierci córki - choć nigdy nie przyznał wprost, że zaistniał tu związek - uznał, że czas się "wydostać z granic atmosfery" i dołączyć do programu lotu na Księżyc. Niektóre z badań rekrutacyjnych kojarzyły mu się wyłącznie z dziwnymi eksperymentami. "W jednym z nich przez dłuższy czas wstrzykiwano nam do ucha lodowaty strumień, aż zaczynaliśmy tracić zmysły" - wspominał. Pamiętał też sprawdzian odporności na izolację: dwie godziny w pokoju bez dźwięków, światła i zapachów. Wytrzymał, śpiewając raz za razem tę samą znaną piosenkę. Jednak większość kryteriów rekrutacji była skrojona jakby pod niego. Do tego znał kulturę NASA i dopiero co dostał coroczną Nagrodę Octave’a Chanute’a (dla pilotów zasłużonych dla badań lotniczych i kosmonautyki). Rozmowa kwalifikacyjna z komisją nie była dla niego ani odrobinę stresująca: "Przypominała zwykłą pogawędkę o rzeczach, które mnie wtedy interesowały". Z całej tzw. Nowej Dziewiątki astronautów (wyłonionej z grupy ponad 250 kandydatów) był tym najlepiej przygotowanym.
Szkolenie astronauty i misja Gemini 8
Jajogłowy inżynier
Na członków programu Gemini i Apollo czekało wymagające, wieloetapowe szkolenie. Budowa i rozwój statków kosmicznych i rakiet nośnych. Obsługa skafandrów ciśnieniowych, w tym: utrzymywanie się w nich na wodzie. Treningi przetrwania w dżungli i na pustyni. Poruszanie się przy zerowej grawitacji. Nawigacja w przestrzeni kosmicznej. Na przemian i łącznie: przeciążenia, wibracje, hałas, cisza, ciasnota. "Jestem i zawsze będę jajogłowym inżynierem w białych skarpetkach i z pochewką na długopisy" - mawiał.
"Rozumiał, co wpływa na warunki lotu. Inni piloci, którzy latali na wyczucie, instynktownie wiedzieli, co robić, ale nie zawsze - dlaczego. A Neil wiedział" - mówiono o nim jeszcze w Edwards. To połączenie zmysłu pilota i umysłu inżyniera było podczas szkolenia NASA nieocenione. Inni astronauci zwracali uwagę, że był ulepiony jakby z osobnego gatunku gliny. Buzz Aldrin: "Zwykle trzeba było tylko zaczekać na jego decyzję, a często nikt nawet nie miał pojęcia, co w tym czasie mu chodzi po głowie". Dave Scott: "Potrafił błyskawicznie dokonać analizy problemu". Frank Borman: "Właśnie dlatego, że był zawsze taki poważny i zamyślony, warto było słuchać, kiedy coś powiedział".
Zimna krew w powietrzu i na orbicie
Według Scotta Armstrong w sytuacjach krytycznych "nie tracił zimnej krwi". Scott wiedział, co mówi. Z Armstrongiem brał udział w misji Gemini 8 (marzec ’66). NASA już dużo wcześniej przyjęła, że lądowanie na Księżycu musi być poprzedzone spotkaniem dwóch statków kosmicznych na orbicie okołoksiężycowej - i w tym celu należało przeprowadzić ich dokowanie i łączenie. Lot na orbitę przebiegł bez przeszkód, samo dokowanie też było sukcesem. Ale kiedy tylko pojazd opuścił tzw. martwą strefę łączności, astronauci zaalarmowali Houston, że kapsuła koziołkuje na orbicie.
Oba pojazdy po połączeniu nieoczekiwanie zaczęły się szybko obracać. Armstrong i Scott zgodnie z procedurą awaryjnie je rozłączyli, ale okazało się, że to ich kapsuła miała problemy z silnikami manewrowymi. Zmieniła się w wirujący żyroskop. Mało brakowało, by obaj astronauci stracili przytomność - nikt na Ziemi nawet nie wiedziałby, co się stało. Armstrongowi udało się jednak ustabilizować pojazd i bezpiecznie lądować na Pacyfiku (po czasie porównywano skalę tej awarii do tego, co spotkało załogę Apollo 13). Był przygnębiony, ale paradoksalnie okazało się, że jego nadzwyczajna reakcja przysporzyła mu wśród decydentów i kolegów jeszcze większego zaufania. Programy Gemini i Apollo znalazły się jednak na wirażu, zwłaszcza że 10 miesięcy później w pożarze podczas testu na wyrzutni zginęło trzech astronautów z planowanej misji Apollo 1. Wśród nich był Ed White, który był sąsiadem Armstronga i trzy lata wcześniej pomagał mu ratować rodzinę z płonącego domu. Armstrong niósł jego trumnę.
Misja Gemini 8 | 16 marca 1966 r.
Droga do Apollo 11
Testy modułu księżycowego i wybór załogi
Armstrong wykazał się też opanowaniem podczas testów modułu księżycowego - wykonał ich najwięcej ze wszystkich astronautów. W maju 1968 r., 14 miesięcy przed startem Apollo 11, pojazd z powodu usterki technicznej zaczął tracić sterowność. Armstrong musiał się katapultować. Wylądował bezpiecznie, tuż po tym, jak moduł roztrzaskał się o ziemię. Godzinę później astronauta, ciągle w kombinezonie, po prostu usiadł do papierkowej roboty przy biurku w swoim gabinecie. Nie był w szoku - ku zdumieniu kolegów zachowywał się, jakby nic poważnego się nie stało.
Długo zakładał, że przypadnie mu raczej dowództwo podczas "próby generalnej" niż w czasie właściwej historycznej wyprawy na Księżyc. Ale po zmianach w harmonogramie misji NASA z początkiem 1969 roku ogłosiła, że polecą na Księżyc właśnie on, Buzz Aldrin i Mike Collins. Ten pierwszy miał na koncie m.in. pięciogodzinne wyjście w przestrzeń kosmiczną (Gemini 12). Drugi był ekspertem od skafandrów ciśnieniowych i też zaliczył spacer w przestrzeni (Gemini 10).
Relacje w załodze i kwestia "pierwszego człowieka"
Armstronga i Aldrina łączyło doświadczenie walk nad Koreą, ale trzej astronauci ogólnie pozostawali dla siebie "życzliwymi nieznajomymi". Główny mechanik programu Apollo, który miał do czynienia ze wszystkimi załogami, był zdumiony, że w przeciwieństwie do innych trójek ta z Apollo 11 nie jest nierozłączna, nie jada np. wspólnych lunchów. Chemii między nimi nie było - raczej wzajemny, profesjonalny respekt.
Dała też o sobie znać rywalizacja. Aldrin długo sądził, że to on postawi pierwsze kroki na powierzchni Księżyca. Kiedy okazało się, że może być inaczej, próbował wypytywać i sondować sytuację - co sprawiało irytujące dla wszystkich wrażenie, że po cichu lobbuje, by samemu przebić się do historii. Rozmawiał też z samym Armstrongiem. Ten nie wykluczył, że to on jako dowódca może wyjść z pojazdu pierwszy, ale decyzja i tak miała zapaść ponad ich głowami. Armstrong po prostu cierpliwie na nią czekał. Nigdy nie sprawiał wrażenia, że szczególnie mu zależy, by zostać "pierwszym człowiekiem", nie miał "parcia" na tego typu sławę.
Z Aldrinem było inaczej - był szczery, ambitny i ekstrawertyczny, swoje znaczenie miał także wpływ ojca (oficera lotnictwa) i presja bliskich. Tymczasem, jak to ujął jeden z decydentów NASA, "pierwszy człowiek", który miał przewyższyć sławą Charlesa Lindbergha, musiał być spokojny, opanowany, godny bezgranicznego zaufania. Armstrong "nie miał ego" - i właśnie to przeważyło szalę. Gdy klamka zapadła, Armstrong się nie chełpił. Załoga nie mogła sobie pozwolić na spory - ćwiczyła wspólnie przez pół roku po 14 godzin dziennie, sześć dni w tygodniu, często także w niedziele. Doszło między Armstrongiem i Aldrinem do bodaj jednej poważniejszej dyskusji, kiedy dowódca w trakcie symulacji "rozbił" lądownik o powierzchnię Księżyca. Sam tłumaczył, że traktuje takie incydenty jako możliwość sprawdzenia różnych scenariuszy.
Jeśli był przy Armstrongu jakiś znak zapytania, to chyba tylko taki: jak się zachowa wobec nieprzewidzianych okoliczności przy lądowaniu. Wprawdzie personel NASA przygotował ponad trzystustronicowy scenariusz na każdą ewentualność - tzw. reguły misji - ale na ostatnich kilometrach od powierzchni Księżyca to dowódca misji znacznie lepiej orientował się we własnej sytuacji niż personel w Houston. Tak przynajmniej sądził Armstrong. Dyrektor NASA Thomas Paine powiedział mu więc przed misją, że jeśli się nie uda, załoga dostanie szansę w następnym locie - oczywiście chciał w ten sposób odwieść ją od podejmowania nadmiernego ryzyka.

Apollo 11: Historyczna misja na Księżyc
Przed startem
Odbyła się na dwa tygodnie przed startem i była arcydziwaczna. Trzej bohaterowie: dowódca misji Armstrong, pilot modułu księżycowego Buzz Aldrin i pilot modułu dowodzenia Mike Collins, weszli do sali z reporterami w maskach przeciwgazowych. Na pytania odpowiadali w sterylnej plastikowej kabinie - wszystko po to, aby czymś się nie zarazili. Zdenerwowani byli i oni, i dziennikarze - lot człowieka na Księżyc wydawał się tyleż bardzo bliski, co nierzeczywisty. Armstronga pytano m.in. o to, czy wie, co powie po postawieniu stopy na powierzchni Księżyca - nie wiedział. Gdy spytano, czy zabierze w podróż jakieś osobiste pamiątki, odpowiedział, że wolałby zabrać więcej paliwa. Zachęcano go do filozoficznych rozważań na temat wyprawy. Odpowiedział spokojnie, że jej cel to po prostu "zabrać człowieka na Księżyc, wylądować i wrócić".
Relacja zdobywcy Pulitzera podszyta była rozdrażnieniem. Sam miał techniczne wykształcenie, ale nie mógł rozgryźć spokojnego chłodu i powściągliwości Armstronga. Nie tylko on. Neil Alden Armstrong był pierwszym człowiekiem, który stanął na Księżycu. W 1969 r. został dowódcą misji Apollo 11, która dotarła na tego ziemskiego satelitę.
Podróż i lądowanie
Po starcie rakieta Saturn V leciała z prędkością 39 tys. km na godzinę. Przez parę minut huk ogłuszał załogę, za to nieważkość oszczędziła całej trójce objawów choroby kosmicznej. Migawki z trzydniowej podróży: półtora okrążenia wokół Ziemi. Odłączenie trzeciego stopnia Saturna. Ostrożne łączenie modułu dowodzenia z pojazdem Eagle, czyli modułem księżycowym. Prawie 400 tys. km do pokonania. Spanie w hamakach. Transmisja dla milionów telewidzów na Ziemi. Jedzenie wysysane z worków przez rurki. Collins: "Witaj, Księżycu!". Mozolne przebieranie w chłodzone płynem kombinezony. Przejście na pokład Eagle. Odłączenie.
Spokój inżyniera dał o sobie znać jeszcze co najmniej raz. Eagle, po włączeniu silnika lądowania, opadał już w kierunku Morza Spokoju na powierzchni Księżyca. Wtedy zapiszczał alarm - najpierw na pokładzie lądownika, a następnie paliwa na 45 sekund lotu.

Wątpliwości i teorie spiskowe wokół lądowania na Księżycu
Mimo powszechnie uznanego sukcesu misji Apollo 11, sprawa obrosła przez lata setkami wątpliwości. Wielu do dziś nie wierzy, że misja na Księżyc zakończyła się sukcesem. Zastanawiające było rygorystyczne limitowanie informacji dotyczących całej operacji. Jednak po wnikliwej analizie udostępnionych fotografii i materiałów filmowych, część ekspertów doszła do wniosku, że być może mamy do czynienia z mistyfikacją.
Kluczowe argumenty sceptyków
- Powiewanie flagi: Podstawowe wątpliwości budziło np. powiewanie flagi, co w warunkach księżycowych, w których nie ma atmosfery, jest niemożliwe. Słynne zdjęcie z flagą uważane jest przez niektórych za fałszywkę.
- Światłocień: Inne pytania nasuwały się po przeanalizowaniu światłocieni, widocznych na fotografiach.
- Brak rozpoznawalnych zdjęć Armstronga: Wielu zastanawiało się też dlaczego na żadnym ze zdjęć nie można rozpoznać Neila Armstronga.
- Milczenie Armstronga: W ciągu 30 lat od tego historycznego momentu, oprócz początkowej konferencji NASA i okazjonalnych, rocznicowych wystąpień, gdzie właściwie nie zadawano trudnych pytań, Armstrong nie udzielił nigdy żadnego telewizyjnego wywiadu. Być może nie chciał kłamać?
- Rezygnacja Jamesa Webba: Najwyższy urzędnik NASA James Webb zrezygnował z funkcji bez podania wyjaśnień na kilka dni przed misją Apollo 11. Dlaczego? Przecież właśnie miał osiągnąć największy sukces swojego życia.
- Tajemnicze wystąpienie: Na uwagę zasługuje także tajemnicze wystąpienie Neila Armstronga w 25 rocznicę zdobycia Księżyca: "Jest tu dziś z nami grupa jednych z najlepszych amerykańskich studentów. Wam mówimy, że zrobiliśmy dopiero początek. Zostawiamy dla was wiele niezrobionych rzeczy. Jest jeszcze wiele do odkrycia."
- Pas Van Allena: Być może Amerykanom nie udało się pokonać pasa promieniowania, zwanego pasem Van Allena, który na wysokości 1600 km nad Ziemią broni dostępu do dalszej części atmosfery pierścieniem szerokim na 40 tys. km. Każda misja kosmiczna, mająca na pokładzie ludzi, tak amerykańska jak i rosyjska, od początku 1961 roku przebywała dużo poniżej tej strefy ochronnej. Do pasa Allenna nie dotarły żadne statki kosmiczne: Merkury, Gemini, Soyuz, Skylab ani wahadłowce. Jakim cudem udało się to Apollo 11? Zdaniem ekspertów, aby przebić się przez pas, w drodze na Księżyc potrzebna byłaby gruba, ołowiana osłona. To jednak nie pozwoliłoby rakiecie oderwać się od ziemi.
Program kosmiczny NASA pochłonął potężne środki finansowe. Śmierć Neila Armstronga to bez wątpienia wyjątkowa szansa na ponowne przyjrzenie się amerykańskiej legendzie. To bardzo dobry czas na ponowne zadanie pytań.

Dziedzictwo i pamięć
Na powierzchni Księżyca nie ma atmosfery i nie ma żadnych procesów - takich jak na powierzchni Ziemi - które ślady by zniszczyły. One tam po prostu trwają. Chyba że w to miejsce uderzy jakiś mikrometeoroid i wybije nowy krater uderzeniowy. Tylko w ten sposób może ta powierzchnia być zniszczona. Nic innego nie jest w stanie tych śladów zniszczyć i one rzeczywiście będą trwały. Jeśli kiedyś jacyś nasi następcy tam wylądują, będą mogli je oglądać (...).
Neil Armstrong nie uważał się za bohatera - ani przed misją Apollo 11, ani po niej. Nie używał wielkich słów - przed wyprawą mówił, że jej celem jest po prostu "zabrać człowieka na Księżyc, wylądować i wrócić". Wybitne połączenie inżynierskiego umysłu i zmysłu pilota plus pokora - to była recepta na sukces Armstronga. "Rozstawał się ze słowami równie skwapliwie jak pies z trzymaną w zębach kością". "Tajemniczość człowieka, którego myśli nie można odczytać". "Charakterystyczna mieszanina skromności i technicznej zarozumiałości, [odpowiadał] zarazem przepraszająco i z niemą wyższością". Oczywiście był też oskarżany o kłamstwo, bo jak wiadomo, wielu do dziś nie wierzy, że misja na Księżyc zakończyła się sukcesem.
Dziś polska premiera "Pierwszego człowieka" (reż. Damien Chazelle) - filmu, który opowiada o historycznej misji Armstronga i załogi Apollo 11.