Na świecie istnieją miejsca, w których skutki dawnych decyzji są odczuwalne przez dziesięciolecia, a nawet stulecia. Jednym z najbardziej niezwykłych przykładów takiej sytuacji jest niewielkie amerykańskie miasteczko, pod którym od ponad 60 lat nieprzerwanie płonie ogień. Ta historia, choć prawdziwa, stała się inspiracją dla hitowego horroru „Silent Hill”, którego twórcy przenieśli realia płonącego miasteczka do świata fikcji. Prawdziwe piekło, które ukryte jest pod powierzchnią Centralii, jest jednak znacznie bardziej złożone i tragiczne.

Początki Centralii: Górnicze Eldorado
Centralia to niewielkie górnicze miasteczko w amerykańskim stanie Pensylwania. Początki osadnictwa w tym rejonie sięgają połowy XVIII wieku, kiedy to tereny te były rozległym, górskim pustkowiem zamieszkanym przez Indian, którzy sprzedali ziemie kolonistom za zaledwie 500 funtów. Zbudowano tam drogę - Reading Road - na której później stworzono dzisiejszą Route 61.
Historia miasteczka, które później miało stać się synonimem piekła, zaczyna się w 1830 roku. Duża część tamtejszych terenów została zakupiona przez Stephena Girarda, który odkrył bogate złoża węgla pod ziemią. 10 lat później teren został sprzedany kompanii węglowej i zaczęto projektować w tym miejscu miasteczko. Centralia powstała w 1841 roku, gdy rozpoczęto eksploatację tych pokładów węgla. W 1866 roku niewielka osada uzyskała prawa miejskie, zaczęła się rozrastać, by finalnie osiągnąć powierzchnię 52 hektarów.
Od lat 50. XIX wieku Centralia stała się prosperującym miasteczkiem górniczym ze złożami bogatymi w węgiel antracytowy. Powstało tam wiele kopalń i linia kolejowa do wywozu surowca. Węgiel napędzał rozwój regionu, zapewniał miejsca pracy, finansował infrastrukturę i przyciągał kolejne rodziny. Życie toczyło się wokół kopalń, a wydobywany surowiec trafiał do domów, fabryk i elektrowni w całym kraju. Miasteczko ożyło, osiągając szczytową liczbę ludności na poziomie 2761 mieszkańców w 1890 roku. W tamtym czasie w Centralii było wszystko, czego potrzebowali górnicy - hotele, ponad 20 saloonów, teatry, bank i sklepy.
Upadek i niebezpieczeństwa
Wydobycie węgla spadło na przełomie wieków i w czasie trwania I wojny światowej. Później Lehigh Valley Coal Company zakupiła prawa do wydobycia surowców, jednak liczba mieszkańców ciągle spadała. Od lat 20. XX wieku miasteczko stopniowo podupadało, gdy zamykano kolejne kopalnie. Przyczyną spadku liczby mieszkańców były m.in. śmieci i plaga szczurów. To, co miało oczyścić Centralię, zamieniło ją w piekło na ziemi, z którym służby nie potrafią poradzić sobie po dziś dzień.
Zapłon: Fatalna decyzja z 1962 roku
Ostateczny cios nadszedł w 1962 roku. Wówczas miasteczko zamieszkałe było już tylko przez 1300 mieszkańców. Wiosną 1962 roku w pobliżu miejskiego wysypiska śmieci doszło do kontrolowanego podpalenia odpadów - była to wówczas powszechna praktyka, choć nielegalna. Burmistrz zlecił strażakom usunięcie wysypiska znajdującego się na obrzeżach miasta, co w praktyce oznaczało polecenie spalenia śmieci.
27 maja strażacy podpalili stertę odpadów, która piętrzyła się w wyrobisku nieczynnej kopalni odkrywkowej, sąsiadującej z cmentarzem Odd Fellows. Kiedy śmieci wypaliły się w szybie, pięciu pilnujących ognia strażaków ugasiło płomienie i udali się do swoich domów.
Ognia nie dało się opanować
Cała sprawa prawdopodobnie nie wyszłaby na jaw, gdyby nie dziwne wydarzenia w kolejnych dniach. Nad zgliszczami składowiska odpadów znów zaczął unosić się dym. Strażacy ponownie zalali to miejsce wodą, ale kilka dni później problem powrócił. Wpadli wówczas na pomysł przysypania śmieci ziemią. Nic to nie dało, bo pożar dotarł znacznie głębiej, niż sądzono.
W trakcie kolejnych prób dogaszania ognia odkryto, że na północnej ścianie wyrobiska znajduje się tunel o wysokości 150 cm i szerokości prawie 500 cm, prowadzący do podziemnej sieci starych korytarzy. Strażacy zrozumieli, z czym przyszło im się zmagać. Ogień rozprzestrzenił się przez niezabezpieczone tunele i dotarł do pokładów węgla. Pożar podsycany napływającym z góry powietrzem osiągał coraz większe rozmiary. Gaszenie płomieni na powierzchni nie mogło już zmienić niczego.
Centralia, Pennsylvania - Full Documentary
Władze bagatelizowały zagrożenie
Mimo rozprzestrzeniania się pożaru, wysypisko wciąż pozostawało czynne, a w kolejnych dniach do niedogaszonego wyrobiska wywrotki zrzucały sterty odpadów. Górnicy wpadli na pomysł użycia koparek parowych do przekopania wyrobiska, ale formalności ciągnęły się w nieskończoność. Zanim koparki parowe przystąpiły do pracy, ze ścian zaczęły wydobywać się kłęby dymu.
Strażacy pracujący w górniczym miasteczku doskonale wiedzieli, jak radzić sobie z takimi pożarami. Standardowe działanie przewidywało odcięcie dopływu powietrza poprzez zamknięcie szybów wentylacyjnych i grodzi. Niestety, liczba tuneli w nieczynnych kopalniach była tak duża, że nie udało się skutecznie zdusić ognia. Pożądanego rezultatu nie przyniosło także zalewanie kopalń. Ogień rozprzestrzeniał się w labiryncie wyrobisk, często słabo udokumentowanych, wykorzystując naturalne spękania skał i dawne korytarze kopalniane. Pochłaniał nie tylko węgiel, ale także pokłady siarki, chmury metanu i drewniane wzmocnienia korytarzy. Zawalał się chodnik za chodnikiem, co skutkowało osuwaniem się ziemi na powierzchni.

Sytuacja staje się krytyczna: skutki podziemnego pożaru
Kolejne wysiłki zmierzające do opanowania szalejącego pod ziemią żywiołu kończyły się niepowodzeniem. Tymczasem życie w Centralii toczyło się normalnym rytmem. Mieszkańcy nie wierzyli, że całe miasto może być zagrożone. Dotarło to do nich, gdy we wciąż pracujących kopalniach zaczął pojawiać się tlenek węgla. W jednej chwili około 200 górników wysłano na przymusowy urlop, co jasno wskazywało, że sytuacja stawała się coraz poważniejsza.
Z czasem skutki pożaru stały się coraz bardziej widoczne na powierzchni. Ulice zaczęły pękać, ziemia zapadała się, a z licznych szczelin wydobywał się dym. Temperatura w niektórych miejscach sięgała setek stopni Celsjusza. W 1979 roku pracownicy tamtejszej stacji paliw stwierdzili, że podziemne zbiorniki osiągają temperaturę 79 stopni Celsjusza. Przecinającą miasto drogę stanową spowiły obłoki dymu, co wymusiło jej zamknięcie. Zaczęto odnotowywać coraz więcej przypadków podtrucia tlenkiem węgla w domach. Mimo to nie zarządzono ewakuacji mieszkańców, a władze zaleciły tylko regularne wietrzenie pomieszczeń.

Tragiczny wypadek i ewakuacja
Kropką nad „i” okazał się wypadek, do którego doszło 14 lutego 1981 roku. 12-letni Todd Dombowski bawił się w przydomowym ogródku, gdy nagle zapadła się pod nim ziemia. Gdyby nie szybka interwencja kuzyna chłopca, nieszczęśnika czekałaby niechybna śmierć. Zapadlisko mierzyło 90 m głębokości, a temperatura na jego dnie przekraczała 200 stopni Celsjusza. Kłęby dymu unoszącego się z leja krasowego, który nieomal pochłonął chłopaka, zostały zbadane i okazało się, że zawierają śmiertelnie niebezpieczny tlenek węgla. Dla wszystkich stało się wówczas jasne, że w Centralii nie da się dalej żyć.
Dodatkowo wszelkie kalkulacje wskazywały, że walka z pożarem nie ma ekonomicznego uzasadnienia. Relokacja mieszkańców była tańszym rozwiązaniem. W końcu władze uznały, że całkowite ugaszenie pożaru jest praktycznie niemożliwe albo wymagałoby gigantycznych nakładów finansowych bez gwarancji powodzenia. W latach 80. władze stanowe i federalne rozpoczęły program wykupu nieruchomości i ewakuacji mieszkańców, uznając, że dalsze życie w mieście staje się zbyt niebezpieczne.
W 1984 roku rozpoczęto przenoszenie tych, którzy jeszcze nie opuścili Centralii. 7 lat później władze odkupiły od mieszkańców ich domy i wydały polecenie zrównania ich z ziemią. Rząd zaczął burzyć budynki, usunął kod pocztowy Centralii, zaś w 1990 roku zaledwie 63 osoby pozostały w miasteczku. W 1992 roku gubernator Bob Casey wywłaszczył wszystkie nieruchomości i nakazał przeprowadzenie kolejnych wyburzeń. Zamknięto część drogi 61 prowadzącej przez Centralię i poprowadzono obwodnicę dookoła miasta. Miasteczko praktycznie przestało istnieć, a doprowadziła do tego jedna nieodpowiedzialna decyzja.
Centralia dzisiaj: miasto widmo
Nie wszyscy zdecydowali się opuścić swoje domy. W mieście pozostało dziesięć osób. Władze zgodziły się na to, ale pod warunkiem, że po śmierci właścicieli, nieruchomości nie będą dziedziczone. W mieście ustawiono znaki ostrzegawcze i zamknięto drogi, które nie nadawały się do dalszego użytku. Dziś żyje tam zaledwie pięć osób. W szczytowym okresie mieszkało tam kilka tysięcy osób, w 1984 roku populacja wyniosła 10, a obecnie w miasteczku mieszka zaledwie 5 osób.
Można więc powiedzieć, że dziś Centralia to tzw. miasto duchów - opuszczony teren, który powoli zamienia się w ruinę. Należy jednak podkreślić, że historia tego miejsca jest inna; w odróżnieniu od większości wyludnionych miast w Stanach Zjednoczonych, Centralia nie opustoszała z powodu wyczerpania jej naturalnych bogactw.

Opuszczony kawałek drogi 61 zamienił się w tzw. Autostradę Graffiti. Choć drogę zablokowano, usypując kopce ziemi, turyści ciekawi zobaczenia tego piekła na ziemi zostawiali na zamkniętym odcinku swoje malunki.
Dziś Centralia płonie. A raczej - płoną tunele pod Centralią, wyrzucając na powierzchnię kłęby trujących oparów. Ogień pod ziemią pali się powoli, bez pośpiechu, jakby miał nieskończony czas - bo w istocie go ma. Według stanowego Departamentu Ochrony Środowiska, trwający od sześćdziesięciu lat pożar może trwać nawet kolejne stulecie, jeśli nie zostanie opanowany. Opanowanie go byłoby niezwykle kosztowne. Jak szacują naukowcy, znajduje się tam tyle węgla, że może to trwać nawet kolejne 250 lat. Na walkę z ogniem przeznaczono do tej pory ok. siedmiu mln dolarów. Temperatura kilkadziesiąt metrów pod Centralią sięga nawet 300 stopni Celsjusza, a miejscami na powierzchni przekraczała 400 stopni Celsjusza.
Jednak co w wyniku błędu człowieka zostało zniszczone, zostaje odbudowane powoli przez naturę. Dzisiejsza Centralia, mimo wysokiej temperatury i toksycznych dymów, powoli przekształca się w postindustrialne pustkowie. Resztki dróg i budynków, które pozostały w mieście, zarastają bujnymi pnączami, młode drzewa przebijają się w miejscach, gdzie kiedyś wylany był asfalt, a Centralia stała się miejscem odwiedzin osób, które lubią podróżować do tzw. miast widmo - osad niegdyś tętniących życiem, ale dziś będących jedynie pomnikiem, wspomnieniem dawno minionych czasów. Miasto nie zostało zniszczone przez wojnę ani katastrofę naturalną, lecz przez rutynę, oszczędność i przekonanie, że "jakoś to będzie". Dziś Centralia jest cicha, pusta i pozornie martwa, ale w jej wnętrzu wciąż trwa proces, którego nie da się cofnąć.
Centralia a fikcyjny Silent Hill
Hitowy horror „Silent Hill” zdobył ogromną popularność na całym świecie. Nie każdy jednak wie, że przedstawione w filmie płonące miasteczko ma swój pierwowzór w realnym świecie. Twórcy filmu inspirowali się Centralią i choć miasto w stanie Pensylwania nie jest tak przerażające, a w jego historii próżno szukać „horrorowego mroku”, to nie sposób uniknąć porównań do wykreowanego przez filmowców świata. I być może właśnie dlatego Centralia działa na wyobraźnię silniej niż fikcyjne Silent Hill - bo pokazuje, że prawdziwe piekło nie musi pojawić się nagle.
Zasnute gęstą mgłą Silent Hill to miejsce, w którym czają się potwory, z którymi muszą się mierzyć bohaterowie gier i filmów z tego popularnego cyklu horrorów. Prawdziwe Silent Hill, czyli Centralia, także zasnute jest oparami, a ich geneza jest godna najstraszniejszego horroru.
Premiera pierwszej gry z serii "Silent Hill" miała miejsce w 1999 roku. Za jej stworzenie odpowiada japońska firma Konami. Do dziś powstało już dziewięć części tego survival horroru. Na podstawie gry stworzono także dwa filmy: w 2006 roku "Silent Hill" oraz w 2012 roku "Silent Hill: Apokalipsa". Niektóre zawarte w nich wydarzenia były inspirowane historią prawdziwego miasteczka Centralia. Obecnie trwają prace nad nowym filmem z cyklu Silent Hill, który będzie kontynuacją wydarzeń z gry "Silent Hill 2". "Return to Silent Hill" wyreżyseruje Christophe Gans.
tags: #nieustajacy #pozar #w #pensylwanii