Pożar w Paradise w Kalifornii: Kronika tragedii i walka o odbudowę

8 listopada 2018 roku północna Kalifornia doświadczyła jednego z najtragiczniejszych pożarów w historii Stanów Zjednoczonych - Camp Fire, który doszczętnie zniszczył miasteczko Paradise. Kataklizm ten, określany mianem "perfect storm", był wynikiem połączenia ekstremalnych warunków pogodowych, długotrwałej suszy i nieodpowiedzialnej gospodarki leśnej, co stworzyło idealne warunki do rozprzestrzeniania się ognia.

Mapa hrabstwa Butte z zaznaczoną lokalizacją miasta Paradise i obszarem dotkniętym przez Camp Fire

Paradise - utracony raj

Miasteczko Paradise, którego nazwa w języku polskim oznacza "raj", położone było u podnóża gór Sierra Nevada, na szerokim grzbiecie między głębokimi kanionami utworzonymi przez dwie rzeki. Wprowadzili się tam w 1989 r. Michelle i Phil John. Jak wspomina Michelle: "Paradise było dla nas dokładnie tym, co znaczy jego nazwa: rajem. Świeże powietrze, cudowne lasy dookoła. Wspaniałe miejsce do życia i założenia rodziny". Historia tego miejsca sięga czasów gorączki złota, a w latach 70. i 80. jego spokojne życie wśród sosen i dębów przyciągało ludzi o średnich i niskich dochodach z rejonu Zatoki San Francisco. Mieszkańcy cenili sobie zielone, bujne otoczenie, bez hollywoodzkich palm i willi, za to z gęstym lasem pachnącym sosnami żółtymi, których zapach przypominał wanilię lub cynamon. Susan Herring, która przeniosła się do Paradise na początku lat 70., uciekając przed smogiem Los Angeles, szukała czystego powietrza i natury. Wspominała: "Drzewa, jezioro, widok na kanion, strumienie i wspaniali sąsiedzi, którzy pomagali sobie w codziennym życiu - to wszystko składało się na nasz mały wycinek raju". Mimo regularnych pożarów w regionie, mieszkańcy nigdy nie czuli tak realnego zagrożenia. "Straż pożarna zawsze to gasiła szybko i skutecznie. Tego dnia nikt się nie obawiał, że coś się wymknie spod kontroli," opowiada Wally, mąż Susan.

Przebieg pożaru Camp Fire (8 listopada 2018 r.)

Pierwsze sygnały i błyskawiczne rozprzestrzenianie się

W listopadowy poranek 2018 roku, na zachodnich zboczach gór Sierra Nevada w hrabstwie Butte, wybuchł pożar. Rankiem 8 listopada w liczącym 40 tys. mieszkańców Paradise pojawiło się ostrzeżenie o silnym wietrze katabatycznym, czyli spływającym ze wzgórz. Około 6:25 dzwoniący pod numer alarmowy wskazali, że po zachodniej stronie rzeki Feather, w pobliżu tamy Poe, widoczny jest ogień. Płonął obszar tuż pod niemal stuletnimi liniami energetycznymi firmy Pacific Gas and Electric (PG&E). Na miejsce niezwłocznie wezwano strażaka oraz kilku pracowników firmy, tuż potem poinformowano, że linie przestały działać. Kapitan straży pożarnej Matt McKenzie obudził się tego poranka z dziwnym przeczuciem, słysząc przesuszonych igieł spadających z sosen na dach. Gdy 10 minut później dotarł na miejsce, zauważył, że ogień rośnie i szybko się przemieszcza. Płonął teren przy trudno dostępnej, wąskiej górskiej dróżce Camp Creek Road - stąd nazwa pożaru Camp Fire. McKenzie stwierdził, że wprowadzenie wozu strażackiego jest niemożliwe. Poprosił o wsparcie lotnicze, ale było zbyt wietrznie na użycie sprzętu latającego. Kapitan przez radio zwrócił się z prośbą o posiłki i przeprowadzenie ewakuacji pobliskich osiedli, podkreślając, że zdarzenie może przerodzić się w coś o wiele poważniejszego.

Zdjęcie przedstawiające rozprzestrzeniający się pożar lasu, widoczny z daleka

Ewakuacja w obliczu katastrofy

Pożar rozwijał się z zatrważającą prędkością, zajmując kolejne połacie nieużytków i terenów zabudowanych. Wiatr wiał z ogromną siłą (porywy osiągały około 48 km/h, a "diabelskie wiatry" potrafiły przekroczyć 100 km/h), a ogień zaatakował z kilku kierunków. Poprzedzane przez mrowie iskier płomienie szybko wędrowały po stromym terenie kanionu. Kalifornijski Departament Leśnictwa i Ochrony Przeciwpożarowej (Cal Fire) zaczął wysyłać strażaków do walki z żywiołem, ale w Concow płonęły już pierwsze obiekty. Około 7:30 rano sieć komórkowa w Paradise padła, gdy nadajniki spłonęły jako jedne z pierwszych obiektów. Chwilę później niebo zasnuł czarny dym, a potem zrobiło się pomarańczowo. "Jesteśmy otoczeni przez ogień" - informował jeden z policjantów w trakcie ewakuacji. Słowa takie jak "Musimy się stąd wydostać!" czy "Boję się! Boję!" stały się świadectwem paniki. Michelle John, kierowniczka kuratorium oświaty, wspomina, jak otrzymała sms-y od dyrektorów informujące o pakowaniu uczniów do samochodów bez czekania na rodziców. Problem w tym, że wszystkie punkty ewakuacyjne zdążył objąć ogień. O godz. 7:41 zarejestrowano pierwszy raport o płonącym domu w Paradise. Przed godz. 8:30 potwierdzono 30 pożarów, sięgających nawet 3,4 km w głąb miasta. W Paradise pożar szybko nasilał się po obu stronach głównej drogi, Pentz Road. Kilka minut przed godz. 8:00 straż pożarna hrabstwa Butte powiadomiła dyspozytorów Paradise o rozkazie ewakuacji całego miasta. Ewakuacja lokalnego szpitala zakończyła się o godz. 8:31, jednak pielęgniarki zmuszone były używać prywatnych samochodów, aby pomóc chorym w ucieczce. W pobliskich miejscowościach Oroville i Chico powstały punkty ratunkowe dla ludzi i zwierząt.

BODYCAM: Policjant przejeżdża przez piekielny ogień, aby uciec

Walka z żywiołem i utrudnienia

Ewakuacja od początku była utrudniona, ponieważ Paradise jest skryte w górskim, gęsto zalesionym zaciszu i nie ma wielu dróg wyjazdowych. Sznur samochodów i kamperów przemieszczał się przez Pentz Road wolniej niż ogień. Przerażeni kierowcy utykali w korku, a niektóre pojazdy się zapaliły lub zabrakło im paliwa, blokując drogi. W niektórych miejscach mieszkańcy lub ratownicy zostali osaczeni przez płomienie, które odcięły ich od dróg ewakuacyjnych. W Paradise i Concow doszło do co najmniej 19 sytuacji, w których zerwane linie energetyczne lub zwalone płonące drzewa zablokowały drogi. Praca ratowników była utrudniona również przez szybkie rozprzestrzenianie się ognia, spóźnioną ewakuację oraz złą łączność. W szczytowych momentach do pożaru wysłano 5596 strażaków, 622 pojazdy, 75 autopomp, 103 buldożery, 24 śmigłowce i 12 samolotów z całych zachodnich Stanów Zjednoczonych, w tym zmodyfikowany Boeing 747-400 (747 Supertanker) o pojemności 19 600 galonów. Kalifornijska Gwardia Narodowa wysłała 700 żołnierzy. Dopiero ulewne deszcze, które zaczęły padać 21 listopada, pomogły opanować pożar.

Skala zniszczeń i ofiary

Pożar Camp Fire trwał 17 dni, a jego skutki były katastrofalne. Ostatecznie liczba ofiar śmiertelnych wyniosła aż 85 osób, co czyni go najbardziej śmiercionośnym pożarem w historii USA w ciągu ostatnich 100 lat. Spłonął obszar 621 km², zniszczonych zostało ponad 18 tys. budynków, większość z nich w Paradise. Z dawnego Paradise przetrwało zaledwie 5% zabudowy. "Na zdjęciach z lotu ptaka Paradise wygląda w filmie jak po bombardowaniu" - mówi jeden z opisów. Szpitala już nie było, a na gruzach pracowali przedstawiciele koronera. Czasem z domów zachowała się tylko metalowa rama łóżka czy ogrodowe krzesła. Reszta spłonęła lub stopiła się w wysokiej temperaturze. 30 000-40 000 osób straciło dach nad głową. Michelle John z racji pełnionej funkcji znalazła się w wąskim gronie osób, które zostały wpuszczone na pogorzelisko już trzy dni po pożarze, by ocenić skalę zniszczeń. Z dawnego gabinetu dyrektorskiego właściwie nic nie zostało, wszędzie tylko popiół i gruz. Ucierpiało osiem z dziewięciu szkolnych kampusów w okręgu, pięć zostało doszczętnie zniszczonych. Pożar był doświadczeniem, które zmieniło życie wielu ludzi na zawsze. Joe Allen uciekał z Paradise ze swoją małą córeczką w aucie, śpiewając, by ją uspokoić, podczas gdy za oknami szalały płomienie. Policjant Matt Gates stracił małżeństwo pod naporem kryzysu. W popiołach ktoś odnalazł szklaneczkę do szotów, jedyną ocalałą z kolekcji. "Trudno nie płakać, czas na sprzątanie jeszcze przyjdzie" - to zdanie oddaje emocje mieszkańców.

Walka o odbudowę i życie po tragedii

Rola Michelle John w odbudowie społeczności

Michelle John, której dom ocalał dzięki sąsiadowi, poczuła ogromną odpowiedzialność. "Nie mogłam pozwolić, żeby dzieci, które właśnie przeżyły koszmar i straciły wszystko - niektóre nawet bliskich, straciły też szkołę. Tego byłoby już za wiele." Zaczęła od zapewnienia bezpiecznego noclegu dla wszystkich, mimo że hostele były zajęte, a na parkingu Wallmartu powstało miasteczko namiotowe. Jej priorytetem było jak najszybsze przywrócenie szkół. Ważnym momentem dla społeczności okazało się rozdanie dyplomów na boisku liceum w 2019 roku. "Te dzieciaki straciły wszystko: domy, ukochane zwierzęta i drużynę, dziadkowie niektórych zginęli w pożarze, a rodzice się rozstali. Postanowiłam, że poruszę niebo i ziemię, żeby im to umożliwić" - mówi Michelle. Dzięki jej zaangażowaniu udało się to osiągnąć. Michelle na kolejne tygodnie pochłonęła walka o uczniów i reorganizację pracy miejskich szkół. "Nie miała czasu pomyśleć o sobie."

Osobiste tragedie i nowe początki

Tragedia uzmysłowiła Michelle, że żaden dom nie jest wart ginienia w jego obronie. Jej mąż, Phil, który przez lata przewodził radzie przeciwpożarowej i edukował mieszkańców, czuł się odpowiedzialny za katastrofę. Michelle jest niemal pewna, że poczucie winy i stres zabiło jej męża, który doznał zawału. Po jego śmierci Michelle postanowiła wynieść się z Paradise. "Nie chciałam dać się smutkowi i rozpaczy, a to mnie czekało, gdybym została". Choć kupiła kawałek ziemi w Paradise z myślą o powrocie, dziś jest szczęśliwa w Reno w stanie Nevada, bliżej wnuków. "Spotkałam fantastycznego faceta, przyjaciela. Sporo podróżujemy jego kamperem, urządzamy się jakoś. Proszę mi wierzyć, mamy co robić". Wielu mieszkańców, mimo prób odbudowy, nie było w stanie tam pozostać. "Dla własnego zdrowia psychicznego czasem po prostu lepiej odpuścić i zrobić krok naprzód" - powtarza Michelle. "To nie jest już to samo miasto, w którym wychowaliśmy z Philem nasze dzieci, i nie sądzę, żeby kiedykolwiek nim było."

Przyczyny i czynniki sprzyjające Camp Fire

Odpowiedzialność PG&E i warunki naturalne

Oficjalnie winę za zaprószenie ognia ponosi firma PG&E, największa firma użyteczności publicznej w Stanach Zjednoczonych. Jej przedstawiciele przyznali się do 84 oddzielnych zarzutów nieumyślnego spowodowania śmierci i jednego przestępstwa polegającego na podpaleniu spowodowanym brakiem funkcjonowania sprzętu zakładu energetycznego. Michelle John zastanawia się jednak: "Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, czyja to wina. Najwięcej zarzutów padało oczywiście pod adresem PG&E i starej, zaniedbanej trakcji elektrycznej, od której zaprószył się ogień, ale z drugiej strony, przecież każdy z nas przyczynia się do nieodwracalnych zmian klimatu". Całość pożaru zdeterminowały również czynniki naturalne: ukształtowanie terenu, silny wiatr katabatyczny oraz wyjątkowo sucha jesień, co złożyło się na ogólny spadek wilgotności. Od 1999 r. obszar ten doświadczył 13 dużych pożarów. Sezon pożarowy w Kalifornii trwa obecnie przez cały rok.

Ignorowane ostrzeżenia i słabe przygotowanie

W 2005 r. Cal Fire wydał plan ochrony przeciwpożarowej dla regionu, który ostrzegał, że miasto Paradise jest zagrożone pożarem wywołanym ogniami lotnymi, podobnym do wielkiego, napędzanego wiatrem pożaru w Oakland w 1991 r. W raporcie stwierdzono, że największym ryzykiem dla Paradise i podobnie położonych miejscowości jest ogień napędzany przez wschodni wiatr, wiejący w dół górskich zboczy. Paradise ignorowało jednak powtarzające się ostrzeżenia o ryzyku. Nie opracowano odpowiedniego planu ewakuacji obszaru jako całości, zwłaszcza że miasteczko usytuowane jest na grzbiecie między dwoma kanionami, co utrudnia ucieczkę. Plan awaryjny, który dzielił miasto na strefy, nie przewidywał ewakuacji całego miasta w tym samym czasie, a system ostrzeżeń (CodeRED) był nieskuteczny, działając tylko wtedy, gdy działała sieć komórkowa. Dodatkowo, deweloperzy budują nowe osiedla w miejscach, gdzie nie powinno się budować, a sztuczne powstrzymywanie pożarów prowadzi do nawarstwiania martwych drzew i suchych krzaków, co potęguje zagrożenie.

Infografika przedstawiająca czynniki ryzyka pożarów w Kalifornii: susza, wiatr, roślinność, budownictwo

Lekcje na przyszłość i odbudowa

Po tragedii w Paradise amerykańscy specjaliści zauważyli, że należy większą wagę przykładać do projektów całej działki w kontekście jej zagospodarowania i otoczenia. Od 2008 r. w szczególnie zagrożonych pożarami regionach Kalifornii obowiązuje kodeks budowlany, który wymaga m.in. stosowania środków ogniochronnych do drewna i niepalnych materiałów na dachy. Badania wykazały, że spośród domów, które znalazły się na ścieżce pożaru, przetrwało aż 51% domów zbudowanych po 2008 r. i tylko 18% sprzed tego roku. Miasteczko Paradise wciąż jest odbudowywane, choć znacznie ubyło mu mieszkańców. Dla wielu trauma była zbyt wielka, by tam zostać, a pożar Bear w 2020 r. nie pomógł w powrocie do normalności. "Odbudować Paradise" to długi proces, który przechodzą ludzie, rodziny i cała społeczność. "Przeżycie tragedii chyba jeszcze zacieśniło więzi pomiędzy nami" - ocenia Michelle John. "My naprawdę mieliśmy idealne życie. Okazało się, że katastrofa może się wydarzyć wszędzie, nawet w raju. Ale udało mi się podnieść." Dokument Rona Howarda "Odbudować Paradise" (oryg. "Rebuilding Paradise") to jeden z wielu sposobów na upamiętnienie tej tragedii i pokazanie wytrwałości ludzkiego ducha w obliczu niewyobrażalnych zniszczeń.

tags: #paradise #kalifornia #pozar