Rodzina 25-letniego strażaka ochotnika, Pawła Ziętkowicza, który został pobity na śmierć w remizie Ochotniczej Straży Pożarnej w Białym Dunajcu, skarży się na działania organów ścigania w tej sprawie. Mężczyzna został ciężko ranny w nocy z 1 na 2 sierpnia i zmarł po wielodniowej walce o życie, pozostawiając bliskich w rozpaczy i z poczuciem niesprawiedliwości.

Okoliczności tragicznej nocy
Spotkanie w remizie OSP
W nocy z 1 na 2 sierpnia 2024 roku w remizie OSP w Białym Dunajcu odbywało się nieformalne spotkanie strażaków. Tego dnia wieczorem Paweł Ziętkowicz był w domu, miał wolny wieczór i chciał odpocząć po pracy w restauracji, gdzie od niedawna był zatrudniony jako pizzer. Jak relacjonuje rodzina, wieczorem do Pawła zaczęli wydzwaniać inni strażacy, namawiając go, by przyszedł do remizy pomóc im myć auta. Samochody miały być przygotowane do odpustu, który wypadał następnego dnia, tj. 2 sierpnia.
Paweł kilka razy odmówił. Ostatecznie, około godziny 22, dostał jednak telefon, w którym koledzy z remizy poprosili go, by pojechał do pobliskiej restauracji i przywiózł burgery - na tę prośbę chłopak przystał. Wszystko wskazuje na to, że mycie samochodów przerodziło się dla kilku strażaków w posiadówkę w jednostce. Według informacji Onetu, na spotkaniu pojawił się alkohol, co jest normalnym zwyczajem w wielu jednostkach OSP, nie tylko na Podhalu.
W remizie, oprócz Pawła Ziętkowicza i dwóch lub trzech młodszych druhów (wersje są różne), pojawił się jeszcze 41-letni strażak. Łącznie było tam w nocy cztery lub pięć osób. Około północy remizę odwiedził prezes Wiesław Walkosz, który akurat skończył pracę jako kierowca autobusu. Mężczyzna miał jednak stwierdzić, że wszystko jest przygotowane na kolejny dzień i pójść do domu. Impreza trwała dalej.
Eskalacja konfliktu i pobicie
Atmosfera na spotkaniu była napięta. Jak informuje Onet, bliscy 25-latka, który służył w ochotniczej straży pożarnej, wliczając jego młodzieżowe struktury, od 10 lat, są przekonani, że pobił go jeden ze starszych druhów. „Według tego, co dopiero później dowiedzieliśmy się od obecnych w ten wieczór na miejscu strażaków, w pewnej chwili Pawła uderzył inny mężczyzna” - mówi Onetowi kuzyn zmarłego. „On Pawła od dawna bardzo "tępił". Ciągle miał do niego jakieś pretensje, wyśmiewał młodego i rzucał w jego stronę obelgi. W czwartek na swoje nieszczęście Paweł wreszcie mu się postawił”.
Wywiązała się szarpanina i bójka. Z ustaleń "Gazety Krakowskiej" wynika, że na nagraniu z monitoringu widać, jak Paweł jest uderzany w głowę - raz, drugi, trzeci. Siedzi przy stole, a jego oprawca krąży wokół niego. W pewnym momencie cios jest tak silny, że 25-latek upada na podłogę i krwawi. Część obecnych patrzy na to bez reakcji. Wszystko to trwa godzinę.
Pierwsze odnalezienie i powrót do remizy
Odprowadzenie Pawła do domu
Jak przekazuje rodzina, w końcu zakrwawionego Pawła pod dom odprowadza strażak. Rodzice Pawła Ziętkowicza potwierdzają, że około godziny 2 w nocy nagle wybudziło ich ze snu głośne nawoływanie i uderzanie w okno. „Krzyczał ten, co syna zabił” - mówi Anna Ziętkowicz, matka zmarłego strażaka. „On przyprowadził go tu pobitego. Krzyczał do męża: 'Władek, bier go!'. Przeklinał do nas i do syna. Później poszedł”.
Syn wówczas był oszołomiony, ale jeszcze rozmawiał z matką. „Krew lała mu się z nosa, ale nie miał obrażeń głowy” - wspomina matka. „Nieskładnie powiedział mi, że go pobili i nie wie, gdzie jest jego telefon oraz kluczyki do auta. Ja stałam w drzwiach tylko w pidżamie. Prosiłam go, by wszedł do domu”.
Powrót po zgubione przedmioty
Paweł powiedział bliskim, że został pobity, ale mimo to wyszedł ponownie z domu, twierdząc, że wraca po telefon i kluczyki - do remizy miał około 200-250 metrów. „Nie zatrzymałam go. Mój Boże, ale mam do siebie o to żal” - płacze matka. Szybko się ubrała, obudziła córkę i obie poszły po Pawła. Gdy dochodziły do remizy, zobaczyły kogoś leżącego w krzakach. „To był Pawełek” - relacjonuje matka.
Ostateczne odnalezienie i śmierć
Znalezienie w krzakach i hospitalizacja
W nocy z 1 na 2 sierpnia 2024 roku w krzakach niedaleko remizy OSP w Białym Dunajcu, około godziny 2 w nocy, znaleziono nieprzytomnego strażaka. „Krwawił, miał bardzo mocny uraz głowy. Zadzwoniłyśmy od razu po pogotowie” - mówi matka. Paweł trafił do szpitala w Nowym Targu, tam na oddziale neurochirurgii przeszedł operację. Od początku lekarze nie dawali dużych szans na uratowanie Pawła. Urazy głowy były bardzo poważne. Rodzina usłyszała od lekarzy, że Paweł musiał zostać uderzony czymś ciężkim, metalowym - kluczem, a może łomem. Miał też złamaną rękę, uderzono go w nią tym samym przedmiotem.
Śmierć Pawła Ziętkowicza
Młody góral już się po operacji nie obudził. Paweł Ziętkowicz zmarł w nocy z soboty 10 sierpnia na niedzielę 11 sierpnia. Sekcja zwłok wykazała, że Paweł zmarł z powodu krwiaka podtwardówkowego mózgu.
Reakcja rodziny i zarzuty wobec służb
Żal i oburzenie rodziny
Rodzina Ziętkowiczów jest zdruzgotana. Stracili syna, brata, kuzyna, siostrzeńca. Człowieka - jak mówią - „do rany przyłóż”. Rodzice mają żal do służb o opieszałość w działaniu, o to, że sprawcy pobicia wciąż są na wolności i mogą zacierać ślady. „Nasz syn nie żyje, a nikogo, kto był z nim wtedy w remizie, nie aresztowano. Nikt nie ma zarzutów” - mówi ojciec Pawła. Matka dodaje: „Strażacy mają ratować życie, a tymczasem przyglądali się, jak mój syn był katowany. Co to za straż?”.
„Na Boga. Chłopy się czasem biją. Ale naszego syna katowano. On go walił po głowie czymś ciężkim. Wcześniej wielokrotnie musiał dostać w tył głowy. Tam go bili albo i kopali” - podkreśla rodzina. Mama Pawła wspomina również, że jeszcze gdy syn żył, podłączony w szpitalu do aparatury, ktoś z zarządu straży zadzwonił do niej i miał pretensje, dlaczego oczerniają miejscową jednostkę.
Rodzina poinformowała miejscową straż, że nie życzy sobie, by trumna z ciałem ich syna była wieziona przez wóz strażacki. Powiezie go lando zaprzęgnięte w siwe konie. „Paweł tak kochał straż, a ta straż mi go zabrała” - podsumowuje matka.
Oświadczenie OSP Biały Dunajec
W związku z tragiczną śmiercią jednego z członków jednostki OSP Biały Dunajec, zarząd jednostki złożył szczere kondolencje rodzinie zmarłego. Jednocześnie na prośbę policji, dla dobra postępowania, nie podaje żadnych informacji na temat zdarzenia, ale zapewnia, że współpracuje z organami w celu wyjaśnienia wszystkich okoliczności. Jednostka prosi o cierpliwość i powstrzymanie się od krzywdzących komentarzy i osądów, które nie służą ani społeczności, ani dobremu imieniu zmarłego.
Przebieg i wyzwania śledztwa
Początkowe ustalenia prokuratury
Śledztwo w sprawie śmierci 25-latka prowadzi Prokuratura Rejonowa w Zakopanem. Przez długi czas śledztwo skłaniało się ku temu, że Paweł zginął na skutek wypadku - wracając do remizy, miał się niefortunnie przewrócić i uderzyć głową o kamień w krzakach. Według tej teorii wcześniejsze pobicie nie miało z upadkiem, który miał miejsce jakieś 30-40 minut później, nic wspólnego. Kwalifikacja ta, początkowo z art. 157 par. 1 (naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia), z pewnością ulegnie zmianie z uwagi na śmierć pokrzywdzonego. Ostatecznie biegli stwierdzili, że taki przebieg zdarzeń nie ma sensu.

Nowe ekspertyzy i dowody
Prokuratura ma nagrania z przebiegu bójki, które wyciekły też do mediów. Na filmie widać mężczyznę bijącego Ziętkowicza, widać jego żonę, która wyciera z podłogi w remizie krew chłopaka, i widać innych druhów, którzy przyglądają się sytuacji. Żaden z nich tego wieczora nie zadzwonił po karetkę. Ponadto wiadomo, że po całym zajściu Paweł Ziętkowicz wraca do domu, odprowadzany przez mężczyznę, który go bił. Ojcu zmarłego rzuca w progu półprzytomnego syna i dodaje: „Władek bier se tego ch***”.
„Przez ostatnie tygodnie czekaliśmy na nową opinię biegłego - mówi w rozmowie z Onetem prok. Aneta Hładki, szefowa Prokuratury Rejonowej w Zakopanem. - Liczyliśmy, że wniesie ona nam coś nowego do sprawy, bo skonfrontuje to, co patolodzy ustalili podczas sekcji zwłok zmarłego, z naszymi późniejszymi ustaleniami w toku śledztwa. Tak się niestety nie stało. Nowa opinia nie jest żadnym przełomem. W mojej opinii w zasadzie nie daje nam żadnej nowej wiedzy”.
Jest bardzo prawdopodobne, że śledztwo w sprawie tragicznej śmierci strażaka znów zostanie przedłużone. Prokuratura chce teraz poszukać biegłego neurologa i jego poprosić o opinię. Biegły neurolog ma obejrzeć dostępne nagrania z remizy OSP, na których utrwalono bójkę, i sprawdzić, czy są one tożsame z obrażeniami Pawła Ziętkowicza, tym razem w odniesieniu do tych stwierdzonych w momencie, gdy białodunajczanin jeszcze żył.
Brak zatrzymań i zarzutów
Choć od tych strasznych wydarzeń minęło już kilkanaście dni, a od zdarzeń z 1 na 2 sierpnia 2024 roku wkrótce minie 16 miesięcy, wciąż nikt nie został zatrzymany i nie usłyszał zarzutów. „Nikomu nie zarzucono udziału w bójce ani nieudzielenia pomocy rannemu. Wszyscy żyjący uczestnicy zdarzeń z 1 na 2 sierpnia są na wolności” - z żalem zauważa rodzina. Prokuratura Okręgowa w Nowym Sączu informuje, że postępowanie prowadzone jest "w sprawie", co oznacza brak konkretnych oskarżonych.
Rodzina czuje ogromną niesprawiedliwość: „Osoby, które pobiły Pawła, są na wolności. Chodzą po wsi, pracują, żyją normalnie”. Mama Pawła nie ma złudzeń i uważa, że wśród strażaków i mieszkańców zapanowała zmowa milczenia: „Najpierw mówili, teraz już nikt nic nie wie. Nagrania, ślady, obrażenia - dowody są”.
Wspomnienie o Pawle Ziętkowiczu
„Syn kochał straż pożarną, bardzo się angażował, zawsze gdy słyszał syrenę, leciał od razu do remizy. I ta straż odebrała nam naszego ukochanego Pawełka” - mówi Anna Ziętkowicz. Paweł nigdy nikogo nie skrzywdził, zawsze był chętny wszystkim do pomocy. Był zakochany w straży, angażował się w pracę miejscowej jednostki OSP co najmniej od 10 lat. „Gdy tylko wyła syrena, od razu leciał na remizę. Nie raz było, że zostawił mnie w sklepie z zakupami, bo akurat alarm był” - wspomina jego matka.
Anna Ziętkowicz mówi, że syn miał wiele planów na przyszłość. Chciał m.in. w przyszłości otworzyć własną pizzerię.