Incydenty przed Kancelarią Premiera: Samopodpalenie i próby zwrócenia uwagi na problemy społeczne

Kancelaria Premiera Rzeczypospolitej Polskiej, będąca sercem polskiej administracji, bywała świadkiem wielu publicznych manifestacji i protestów. Wśród nich zdarzyły się incydenty o wyjątkowo dramatycznym charakterze, które odbiły się szerokim echem w mediach i społeczeństwie. Obejmowały one zarówno domniemane próby podpalenia, jak i tragiczne akty samopodpalenia, będące wyrazem skrajnej desperacji i wołaniem o uwagę wobec problemów społecznych.

Incydent z kobietą i kanistrem: Niedoszłe podpalenie

W czwartek przed południem media poinformowały o interwencji służb przed Kancelarią Premiera RP. Do zdarzenia doszło około godziny 9.30, kiedy to kobieta z psem i pięciolitrowym kanistrem w ręku podeszła do głównych drzwi kancelarii premiera. Zażądała spotkania z premierem Donaldem Tuskiem i zapytała o możliwość rozmowy z nim.

Rzecznik MSWiA Jacek Dobrzyński zdementował doniesienia, jakoby incydent przed kancelarią premiera był próbą podpalenia lub zamachem na premiera. Powiedział: "Zdementujmy fake newsy, (...) że to jakiś miał być albo zamach na premiera, albo jakieś podpalenie."

Funkcjonariusz Służby Ochrony Państwa (SOP) podszedł do kobiety, która została wylegitymowana, a następnie przeszła na drugą stronę Alei Ujazdowskich, gdzie usiadła na ławce przy parku. Jak relacjonował Dobrzyński, cały czas była pod kontrolą funkcjonariusza SOP. Pani okazała się 72-letnią mieszkanką Szczecina. Była z pieskiem i postawiła mu miseczkę na wodę. Oficer SOP w pewnym momencie uznał, że ta pani ma problemy zdrowotne polegające na problemach psychicznych.

Tematyczne zdjęcie wejścia do Kancelarii Premiera

Kobieta "mówiła funkcjonariuszom, że chciała porozmawiać z panem premierem na temat tego, że ktoś kradnie jej dachówki, że ktoś za nią chodzi, że ma złe sny." Na miejsce zostało wezwane pogotowie. Rzecznik MSWiA dodał: "Oczywiście, ze względu na to, że był kanister i podejrzenie, że było tam paliwo, przyjechali też strażacy." Kobieta została przewieziona na badania do szpitala psychiatrycznego i pozostawiona tam na obserwację. Pytany, jaka była zawartość kanistra, Dobrzyński odpowiedział, że to "najprawdopodobniej benzyna". Rzecznik MSWiA ocenił, że funkcjonariusze SOP i policjanci "zachowali się bardzo profesjonalnie".

Tragiczny akt samopodpalenia Andrzeja Filipiaka (2013)

Inny, znacznie bardziej tragiczny incydent miał miejsce 12 czerwca, kiedy to 56-letni mężczyzna, Andrzej Filipiak, podpalił się przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. Mężczyzna zmarł w czwartek 20 czerwca w szpitalu przy ul. Szaserów, mając poparzone 60 procent ciała.

Przebieg zdarzenia i reakcja

Andrzej Filipiak przyjechał do Warszawy z Kielc. Ok. godziny 11 usiadł na ławce przed kancelarią premiera, a około godziny 13.40 oblał się łatwopalną cieczą z butelki i podpalił. Z relacji świadków, w tym związkowców protestujących w tym czasie przed KPRM, wynika, że mężczyzna "palił się jak żywa pochodnia". Nie miał transparentów ani nie krzyczał. Pracownicy KPRM oraz protestujący natychmiast rzucili się na pomoc, nakrywając mężczyznę kocem i ugasili go.

Na miejsce zdarzenia przyjechały trzy zespoły strażackie, policja i pogotowie. Wojciech Kapczyński z Komendy Miejskiej Straży Pożarnej w Warszawie potwierdził, że strażacy udzielili pierwszej pomocy i przekazali poszkodowanego załodze pogotowia. W chwili przyjazdu strażaków Andrzej Filipiak był przytomny, po czym trafił do szpitala z ogólnymi poparzeniami. Przez wiele dni przebywał w śpiączce farmakologicznej na oddziale klinicznym chirurgii plastycznej, rekonstrukcyjnej i leczenia oparzeń. "Pacjent był intensywnie leczony, ale nie udało się poprawić stanu jego zdrowia" - powiedział ppłk dr n. med. Grzegorz Kade ze szpitala.

Tło osobiste i motywacje Andrzeja Filipiaka

Historia Andrzeja Filipiaka jest wstrząsająca. Był małżeństwem z panią Wiesławą od 35 lat i miał dwoje dorosłych dzieci. Pan Andrzej, dawniej budowlaniec, zachorował na kręgosłup i od pięciu lat nie mógł znaleźć pracy. Rodzina utrzymywała się z zasiłku w wysokości 570 złotych. Jego żona, Wiesława Filipiak, mówiła wprost: "On to zrobił, bo już był załamany i zrozpaczony naszą sytuacją. Nie miał pracy, a MOPR nam odmawia pomocy większej, nie mamy z czego żyć". Dodawała również: "Mąż mówił, że to wszystko, co się złego u nas w rodzinie dzieje, to wina polskiego rządu, który tak rządzi, że ludzie nie mają pracy i środków do życia."

Dom Filipiaków stał na peryferiach Kielc, gdzie dopiero od niedawna mieli zimną wodę. Żona Andrzeja Filipiaka wspominała, że prosił ją o 30 zł na bilet, mówiąc tylko, że jedzie do Warszawy. Cała sytuacja przygniotła go zbyt wielkim ciężarem, a bezsilność stała się dla niego nie do zniesienia.

Czy protestowanie działa? | Under My Skin

List Andrzeja Filipiaka do Premiera

Istotny fragment listu Andrzeja Filipiaka, który dotarł do mediów, rzuca światło na jego motywacje. Pisał w nim do premiera: "W kampanii wyborczej jeździ Pan po kraju i opowiada obywatelom, co zrobiliście i co zamierzacie zrobić dla ich dobra. Mam do Pana prośbę, niech Pan pojedzie do miejscowości Tokarnia w powiecie myślenickim i wyjaśni mojej żonie i dzieciom, które tam przebywają, dlaczego nie mają już ojca i powie im, patrząc przy tym głęboko w oczy, że to moja wina, a wy zrobiliście wszystko dobrze, zgodnie z prawem oraz poczuciem sprawiedliwości społecznej." Te słowa mocno uderzały w politykę rządu i jego medialną narrację.

Sytuacja Filipiaka, podobnie jak tysięcy innych Polaków, uwidaczniała narastający problem bezrobocia i zatrudnianie młodych ludzi w 60% w oparciu o umowy czasowe, umowy zlecenia lub umowy o dzieło. Żona Andrzeja Filipiaka wskazywała, że w całej Polsce "ludzie wyjeżdżają za granicę w poszukiwaniu pracy. Ci, którzy nie mają takiej możliwości, zostają i muszą sobie radzić, często w skrajnie trudnych warunkach."

Kontekst i podobne zdarzenia: Historia Andrzeja Żydka

To nie była pierwsza tak desperacka próba zwrócenia uwagi na niesprawiedliwość. Andrzej Filipiak był drugim w ciągu dwóch lat przypadkiem samopodpalenia przed Kancelarią Premiera. W 2011 roku podobnego aktu dokonał Andrzej Żydek, były inspektor urzędu skarbowego.

Perspektywa Andrzeja Żydka

Andrzej Żydek, który sam doświadczył skrajnej desperacji, skomentował czyn Filipiaka: "Pierwsza myśl? Następny biedny człowiek. Nie widział wyjścia z trudnej sytuacji życiowej, chciał coś pokazać, a wręcz wykrzyczeć. Całe szczęście, że żyje. Byłoby mi go naprawdę żal, gdyby zginął, bo i tak wydaje mi się, że nic nie udowodni. Wiem to po swoim przykładzie. Takimi ludźmi nikt się nie przejmuje."

Żydek podkreślał totalną bezsilność, jaką odczuwa człowiek, gdy "zderza się z murem, którego nie da się przebić". W swoim przypadku próbowano z niego "zrobić idiotę". Według niego, takie akty powinny być sygnałem dla władzy. Krytykował politykę rządu, wskazując, że premier nie słucha głosów ekspertów ani społeczeństwa, jak w przypadku reformy dotyczącej sześciolatków w szkołach, ignorując nawet milion podpisów w proteście. Uważał, że "ludzie tego nie wytrzymują", a rząd "ma to w nosie".

Zdjęcie symbolizujące protest i społeczne niezadowolenie

Własne doświadczenia Andrzeja Żydka i systemowe problemy

Andrzej Żydek sam mierzył się z trudnościami, jak np. brak miejsca w przedszkolu dla jego dzieci, co zmuszało go do rozważenia pracy na nocnej zmianie, by utrzymać rodzinę. Stwierdził: "System, w którym żyjemy, jest chory."

Jego własny protest w 2011 roku był związany z tuszowaniem ujawnionych przez niego nieprawidłowości w Urzędzie Skarbowym, zwolnieniem z pracy i szykanowaniem. Po jego desperackim kroku premier publicznie zaprzeczył istnieniu jakichkolwiek nieprawidłowości. Jednak po wielu miesiącach prokuratura stwierdziła, że owszem, były, ale "nie ma podstaw, by stawiać komukolwiek zarzuty". Żydek uważał, że takie postanowienie było najwygodniejsze, gdyż karalność czynów urzędników skarbowych w większości przypadków się przedawniła. Stwierdzono, że doszło do uchybień niekwalifikujących się do postępowania karnego, a "aferę w majestacie prawa zatuszowano". Nawet gdyby stwierdzono inaczej, "przez opieszałość prokuratury, Izby Skarbowej etc." nikt nie poniósłby konsekwencji. Żydek podkreślał, że choć wznowione postępowanie trwało rok i państwo polskie wydawało na nie pieniądze, jego jako osobę z dużą wiedzą w tej materii ani razu nie zaproszono na przesłuchanie. Finalnie uznano, że nieprawidłowości kwalifikowały się do postępowań dyscyplinarnych, ale i te również uległy przedawnieniu.

tags: #podpalenie #kancelaria #premiera #wpolityce