Chociaż specyficzny incydent podpalenia samochodu strażackiego w 1977 roku nie jest szczegółowo opisany w dostępnych materiałach, kontekst historyczny lat 70. XX wieku dla polskiej straży pożarnej, w tym rozwój sprzętu i ważne wydarzenia, pozwala zrozumieć ówczesne realia. Istnieje natomiast udokumentowany przypadek podpaleń samochodów należących do strażaków, choć znacznie późniejszy, z 2021 roku.
Modernizacja Polskiego Sprzętu Pożarniczego w latach 70.
Na początku lat siedemdziesiątych wyposażenie polskiej straży pożarnej pozostawiało wiele do życzenia, głównie z powodu braku nowoczesnych samochodów gaśniczych typu GBA i GCBA z wydajnymi pompami. Samochody tego typu, choć importowano z CSRS, miały ograniczoną dostępność i były przydzielane głównie do Zakładowych Straży Pożarnych (ZSP) w dużych miastach oraz Zakładowych Zawodowych Straży Pożarnych (ZZSP) działających przy wielkich zakładach przemysłowych.
Tragedia w Rafinerii Czechowice-Dziedzice i jej Konsekwencje
Faktyczny stan wyposażenia obnażyła wielka tragedia - pożar rafinerii Czechowice-Dziedzice w 1971 roku. Brak nowoczesnych samochodów i skutecznych środków gaśniczych, a także błędy w dowodzeniu, sprawiły, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. W wyniku wybuchu ropy naftowej śmierć poniosło 37 osób, a 105 zostało rannych. Pożar ten, który rozszalał się wieczorem 26 czerwca 1971 roku po uderzeniu pioruna w zbiornik z ropą naftową, uwypuklił potrzebę modernizacji sprzętu. Do walki z żywiołem użyto Tatr z pompami o wydajności 3200 litrów, ponieważ pożarnicze Stary nie radziły sobie z taką skalą ognia.
W odpowiedzi na braki w zaopatrzeniu straży pożarnych w skuteczny sprzęt gaśniczy, Prezydium Rządu decyzją nr 136/71 z 24 września 1971 roku zobowiązało odpowiednie resorty do wzmożenia ochrony przeciwpożarowej i uruchomienia produkcji nowoczesnego sprzętu. Środki inwestycyjne skierowano na budowę nowych zakładów i modernizację już istniejących.
Rozwój Produkcji Samochodów Jelcz
Jelczańskie Zakłady Samochodowe podjęły działania nad opracowaniem konstrukcji samochodów gaśniczych typu GBA i GCBA, co jednak przeciągało się z powodu napotykanych trudności. W międzyczasie nadal powstawały duże pożary, które przybierały olbrzymie rozmiary z powodu braku właściwego sprzętu i środków gaśniczych. Uchwała rządowa przewidywała docelowe dostawy:
- 100 sztuk Jelcz 004 GCBA 6/32
- 300 sztuk Jelcz 005 GBA 2,5/16
- Uruchomienie produkcji 30 sztuk Jelcz 006 GCBA 11/45
- Uruchomienie produkcji proszków gaśniczych węglanowego i fosforanowego w ilości 4,5 tys. ton.
W wyniku realizacji postanowień tej uchwały od połowy lat siedemdziesiątych polska straż pożarna zaczęła otrzymywać krajowe samochody gaśnicze GBA i GCBA. Uruchomiono również produkcję samochodów proszkowych oraz wielu odmian samochodów specjalnych, takich jak SDŁ, SRtCh, SOn, które do tej pory często były zabudowywane przez samych strażaków.

Jelcz 315 był jedynym podwoziem krajowej produkcji nadającym się do zabudowy. Konstruktorzy zdecydowali się na zachowanie standardowego rozstawu osi 4,1 m oraz fabrycznej, 2-drzwiowej kabiny, która co prawda mieściła 4 osoby, ale w ciasnocie. Rezygnacja z większych przeróbek wynikała z braku funduszy oraz rozplanowania wyposażenia auta. Mielecki 243-konny, turbodoładowany silnik był najmocniejszym, jaki oferowała fabryka, a także jednym z najmocniejszych wśród wówczas oferowanych pojazdów w RWPG. Jelczańska fabryka wyposażała ciężki model w skrzynię biegów krajowej konstrukcji, wzbogaconą o licencyjną przystawkę odbioru mocy. Brak odpowiedniej przystawki odbioru mocy w Starze uniemożliwił wyposażenie tych aut w wydajniejsze pompy wody. Samochód miał prowadzić akcję gaśniczą, czerpiąc wodę z własnego zbiornika o pojemności 6 tys. litrów, który tworzył górny pokład, lub z zewnętrznego źródła. Zbiornik środka pianotwórczego mieścił 600 litrów. Pompa samochodu miała zapewnić również dostawę środka gaśniczego dla dwóch samochodów średniej klasy i dwóch ręcznych linii natarcia.
Produkcja Jelcza 004 ruszyła na dobre w 1975 roku, po wprowadzeniu kilku zmian w pożarniczym wyposażeniu. Okazało się, że import z Czechosłowacji autopompy, mieszacza pianowego, zaworu klapowego oraz działek wodno-pianowych jest niemożliwy. Konstruktorzy zastąpili zawór klapowy przepustnicą zaporową z Bielskiej „Befamy”. W miejsce dwóch działek wodno-pianowych o wydajności 1600 litrów/min zamontowali jedno firmy Rosenbauer o wydajności 2400 litrów/min. Już po kilku miesiącach użytkownicy zgłosili pierwsze uwagi. ŚFUP musiała poprawić uszczelnienia autopompy, a JZS wzmocniła konstrukcję zbiornika środka pianotwórczego. W 1979 roku pojawiła się zmodernizowana wersja Jelcz 004 M. Miała ona takie same parametry jak 004, była jednak łatwiejsza w obsłudze. Przystawka skrzyni biegów o oznaczeniu N110/91 lub P90/1 ze sprzęgłem kłowym w pierwszej wersji (czyli 004) miała sterowanie mechaniczne z dźwignią z kabiny kierowcy, zaś w wersji 004M elektropneumatyczne, przyciskiem z kabiny kierowcy. Modyfikacji poddany został także eżektorowy układ zasysania autopompy. Austriackie działka zostały zastąpione przez produkowane w Zakładach Sprzętu Przeciwpożarowego w Łodzi. W układzie wodno-pianowym konstruktorzy zastosowali bardziej niezawodne zawory kulowe, a także przesunęli działko wodno-pianowe do przodu, co zmniejszyło jego martwy kąt.
Władysław Pilawski w książce „Historia sikawek, motopomp i samochodów pożarniczych” podał, że w latach 1974-1976 fabryka dostarczyła strażom 206 Jelczy 004 z planowanych trzystu sztuk. Z kolei znawca historii Jelcza Wojciech Połomski wyliczył, że JZS wyprodukował 600 samochodów wersji 004 oraz 1300 wersji 004 M. Pierwszy polskiej konstrukcji i produkcji ciężki samochód pożarniczy zyskał sympatię strażaków jako szybki i prosty w naprawie, choć użytkowników denerwowały zacinające się brezentowe żaluzje oraz ciasna kabina.
Import i Kooperacja Międzynarodowa
Zakupy nowoczesnego sprzętu pochodzącego z tzw. II obszaru płatniczego, od renomowanych firm takich jak Rosenbauer, Magirus, Metz, Skuteng, Silvani, również odzwierciedlały „życie na kredyt” epoki Gierka. Szczególnie owocnie rozwijała się współpraca handlowa z austriackim Rosenbauerem. Otwarcie na Zachód nie ograniczało się jednak wyłącznie do importu; podjęto również kooperację, gdzie polskie podwozia Star i Jelcz zabudowywała światowa czołówka producentów sprzętu pożarniczego, takich jak Camiva, Magirus, Metz, Rosenbauer, Silvani, Sides, Skuteng i Total. Zabieg zastosowania polskich podwozi pod obce zabudowy posiadał również swój wymiar ekonomiczny w postaci zaoszczędzonych dewiz.
W dalszym ciągu importowano samochody gaśnicze z państw RWPG. W połowie lat siedemdziesiątych nowością były kombinowane samochody gaśnicze przystosowane do gaszenia wodą, pianą i proszkiem. Badania wykazały, że jednoczesne zastosowanie tych trzech środków znacznie podwyższa skuteczność gaśniczą przy gaszeniu pożarów niektórych materiałów. Do końca dekady pojawiło się w kraju kilkanaście takich pojazdów wyprodukowanych przez firmy Magirus i Rosenbauer. Połowa lat siedemdziesiątych to również zakupy nowoczesnych samochodów pożarniczych dla polskiego lotnictwa cywilnego. Zakup Pathfinderów, a później Unipowerów i Cheetah`ów od Rosenbauera, stawiał LOT w grupie elitarnych linii lotniczych.
Wielkie Pożary w Połowie lat 70. w Warszawie
W połowie lat siedemdziesiątych Polska doświadczyła kilku spektakularnych pożarów, które stały się sprawdzianem dla nowo pozyskanego sprzętu i zdolności operacyjnych straży. W gaszeniu tych pożarów brały udział najnowsze gaśnicze Jelcze 004.
Pożar Centralnego Domu Dziecka (CDD)
Wieczorem 21 września 1975 roku w Warszawie wybuchł pożar na górnym piętrze Centralnego Domu Dziecka (CDD) przy skrzyżowaniu Kruczej i Alej Jerozolimskich. Ogień szybko objął kolejne kondygnacje, a duży dom towarowy płonął "niczym pochodnia". Reporter Rafał Jabłoński wspominał na łamach Życia Warszawy, że nawet na parterze było niesamowicie gorąco, a strażak relacjonował, że "ogień idzie ruchomymi schodami".
Kierujący akcją ppłk poż. Edward Gierski opisywał nietypowe barwy dymu i płomieni (jasnoniebieskie, niebieskie, fioletowe, zielone, seledynowe) spowodowane nagromadzeniem towarów z tworzyw sztucznych. Warszawska Straż Pożarna, będąca jedną z najlepiej wyposażonych w kraju, dysponowała importowanymi drabinami pożarniczymi, wodno-gaśniczymi Tatrami oraz pierwszymi polskimi ciężkimi samochodami gaśniczymi Jelcz GCBA 6/32 (Jelcz 004), których produkcja ruszyła w grudniu 1974 roku.
Pożar został ugaszony o północy, choć spłonęło całe wnętrze. Żelbetowa konstrukcja nośna budynku zachowała się, co umożliwiło odbudowę zakończoną w 1977 roku. Po odbudowie obiekt zmienił nazwę z CDD na Smyk, służąc do 2014 roku.
Pożar Mostu Łazienkowskiego
Zaledwie dwa dni później, 23 września 1975 roku, spłonął drewniany pomost remontowy na Moście Łazienkowskim, a ogień uszkodził jedno przęsło. W gaszeniu tego pożaru również brały udział Jelcze 004.
Seria pożarów we wrześniu 1975 roku (CDD, Most Łazienkowski, a także mniejsze incydenty na terenie Wyścigów Konnych na Służewcu oraz w Zakładach Wytwórczych Lamp Elektrycznych im. Róży Luksemburg) wywołała plotki o walkach frakcyjnych w łonie PZPR i określenie „Siedem pożarów na VII Zjazd PZPR”, który odbył się w grudniu 1975 roku.
Incydent Podpaleń Samochodów Strażackich w Dzierżoniowie (2021)
Mimo braku informacji o podpaleniu samochodu strażackiego w 1977 roku, w nowszej historii polskiej straży pożarnej odnotowano poważny incydent dotyczący podpaleń pojazdów należących do funkcjonariuszy. W 2021 roku Sąd Rejonowy w Dzierżoniowie uznał 48-letniego byłego funkcjonariusza Państwowej Straży Pożarnej winnym zlecania podpaleń samochodów kolegów z PSP.
Wyrok i Szczegóły Sprawy
Mężczyzna usłyszał wyrok 1 roku i 10 miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności. Sąd orzekł również obowiązek naprawienia szkody, nakazując byłemu strażakowi zwrot równowartości zniszczonych pojazdów oraz pokrycie kosztów postępowania sądowego poszkodowanych. Jest to kluczowy element rozstrzygnięcia, mający zrekompensować straty materialne właścicieli aut.
Według aktu oskarżenia mężczyzna nie ograniczał się do zlecania podpaleń. Prokuratura zarzuciła mu również podżeganie innej osoby do dokonywania kradzieży sklepowych oraz paserstwo, czyli nabywanie towarów pochodzących z takich kradzieży. Zarzuty obejmowały więc zarówno przestępstwa przeciwko mieniu, jak i sprowadzenie niebezpieczeństwa związanego z podpaleniami. Sąd nie miał wątpliwości w sprawie i uznał oskarżonego winnym wszystkich zarzucanych mu czynów. Wyrok 1 roku i 10 miesięcy pozbawienia wolności bez warunkowego zawieszenia jej wykonania przekazał prok. Mariusz Pindera, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Świdnicy, cytowany przez PAP.
Incydenty podpaleń miały miejsce w 2021 roku, na tle konfliktu wśród strażaków z Dzierżoniowa, który, jak informowała lokalna prasa, eskalował po zarzutach zniesławienia. Z materiału wynika, że podżeganie do podpaleń mogło być formą odwetu. Wyrok nie jest prawomocny, a strony mają prawo wnieść apelację do Sądu Okręgowego w Świdnicy, co oznacza, że sprawa może trafić do ponownego rozpoznania w drugiej instancji.
tags: #podpalenie #samochodu #strazackiego #1977