18 lipca 1850 roku Kraków został dotknięty jednym z największych kataklizmów w swojej historii, znanym jako Wielki Pożar Krakowa. Ogień zniszczył bardzo dużą część miasta, a usuwanie jego skutków trwało kilkanaście lat. Kataklizm z 1850 roku jest uznawany za jedno z największych nieszczęść w dziejach miasta, a jego skala była tak ogromna, że zniszczeniu uległo, jak się szacuje, 10% zabudowy, co obejmowało około 160 kamienic i domów, pałace oraz liczne kościoły. Lato 1850 roku było wyjątkowo suche i gorące, co znacząco przyczyniło się do szybkiego rozprzestrzeniania się płomieni.
Geneza Kataklizmu: Dolne Młyny i Sprzyjające Warunki
Pożar wybuchł około południa w czwartek, 18 lipca 1850 roku, na tak zwanych Dolnych Młynach nad Młynówką Królewską, płynącą wówczas przy końcu ulicy Krupniczej. Późniejsze śledztwo wykazało, że pożar rozpoczął się przypadkowo, a jego nieumyślnymi sprawcami byli pomocnik młynarza Piotr Fic i terminator kowalski Jan Trójka, pracujący u kowala Ignaszewskiego. Tego dnia mężczyźni dopasowywali żelazną obręcz na wał koła młyńskiego, którą w tym celu musieli rozgrzać w ogniu. Rozpalony w izbie czeladnej ogień, niestety, zajął suszone w kominie drewniane kliny, używane do kół młyńskich.
Ówczesna zabudowa centrum miasta okazała się niezwykle podatna na ogień. Prawie wszystkie budynki, włącznie z Sukiennicami, były kryte gontem. Materiał ten, przez dwa miesiące poprzedzające lipiec 1850 roku, stał się bardziej łatwopalny niż zwykle, bowiem w Krakowie nie spadła ani kropla deszczu. Wysuszony, spękany gont stanowił idealną pożywkę dla ognia. Dodatkowo, większość kamienic posiadała drewniane poddasza oraz inne elementy wykonane z drewna, takie jak ganki, werandy czy schody, co dodatkowo sprzyjało rozprzestrzenianiu się płomieni.
Błyskawiczne Rozprzestrzenianie się Ognia
Pożar w szybkim tempie objął budynki młyńskie, a po chwili sąsiedni dom sadownika, gdzie na poddaszu składowano orzechy włoskie. Jak pisał historyk Juliusz Demel: „Na nieszczęście dął silny wiatr północno-zachodni. Niesione nim gorejące ziarno pszeniczne, kawałki orzechów, gontów, całe to zarzewie padało gęstym deszczem na sąsiednie dachy drewniane wysuszone lipcowymi upałami. Zanim nadjechała straż z sikawkami, płomień ogarnął kilka domów po przeciwnej stronie Rudawy i ulicy Krupniczej”. Na Dolne Młyny zbiegli się ludzie, którzy podjęli się gaszenia ognia. Wodą zalewano płomienie, siekierami, osękami, a nawet gołymi rękami zrywano drewniane dachy. Jednak w ówczesnej zabudowie, przy silnym wietrze i braku odpowiedniego sprzętu, pożar rozprzestrzeniał się błyskawicznie, ogarniając kolejne domostwa. W ciągu zaledwie pół godziny spaliło się dziewięć domów, z których mieszkańcy nie zdołali niczego uratować, a w godzinę spłonęła cała ulica.
Po spaleniu się ulicy Krupniczej ogień przygasł, co dawało złudną nadzieję na zakończenie pożaru. Nie zauważono jednak, że wiejący ciągle wiatr przenosił przez Planty w kierunku miasta iskry i płonące wióry, które zapalały kolejne domy. W ten sposób zajął się gontowy dach kamienicy Emilii Bartynowskiej, usytuowanej u zbiegu ulic Gołębiej i Plant. Podjęta przez straż, ochotników i oddziały wojska akcja gaśnicza zakończyła się niepowodzeniem. Ogień szybko przeniósł się na sąsiednie zabudowania, obejmując kolejno Drukarnię Uniwersytecką, Instytut Techniczny, kościół św. Norberta oraz kamienicę Pod Zającem przy ulicach Wiślnej i Gołębiej.

Collegium Maius w Sercu Zagrożenia
Kiedy pożar ogarnął wysoką kamienicę Pod Zającem, kolejne snopy iskier poleciały na sąsiednie dachy. W wielkim niebezpieczeństwie znalazło się Collegium Maius, które było wówczas siedzibą Biblioteki Jagiellońskiej. Ogień zaczął pojawiać się na dachu tego zabytkowego, piętnastowiecznego gmachu. W ratowaniu cennego księgozbioru i samego budynku wzięło udział aż 150 studentów, kierowanych przez profesorów Józefa Muczkowskiego, Stefana Kuczyńskiego i Wincentego Pola. Dzięki ich bohaterskiej postawie i sprawnej akcji udało im się stłumić ogień oraz pozrzucać dachy z sąsiednich budynków, co uniemożliwiło przedostawanie się płomieni na Collegium Maius. W ten sposób udało się ocalić ten historyczny obiekt i jego cenne zbiory.

Pożar Ogarnia Centrum Miasta: Fala Zniszczeń
Collegium Maius zostało wprawdzie uratowane, ale pożar z zadziwiającą szybkością rozprzestrzeniał się w innych kierunkach. Ogień niezwykle szybko przeniósł się z ulicy Wiślnej na kolejne budynki. W ciągu około trzydziestu minut ogarnął południową pierzeję Rynku Głównego, ulicę Bracką i Pałac Biskupi. Stojące naprzeciw niego drewniane wozownie jeszcze szybciej stanęły w płomieniach, a od nich zajął się kościół Franciszkanów oraz pałac Wielopolskich. Następnie pożar objął budynki przy ulicach Grodzkiej i Stolarskiej oraz wschodnią pierzeję Rynku, dalej szerząc się na ulicę Szeroką. W końcu płomienie ogarnęły kościół Świętej Trójcy wraz z klasztorem Dominikanów, a przy ulicy Poselskiej - kościół i klasztor św. Józefa. Wiatr pchnął płomienie jeszcze dalej, ponad Plantami, gdzie strawiły zabudowę przy dzisiejszej ulicy Wielopole, niszcząc wszystko aż po koryto Starej Wisły. Pod wieczór pożar zaczął słabnąć i ostatecznie ogień w centrum zatrzymał się na wysokości południowej pierzei Małego Rynku.
Apokaliptyczny Obraz i Reakcja Mieszkańców
„Zdawało się, jakby całe miasto w kilku rogach naraz było podpalone” - wspominała Helena Modrzejewska, która jako dziecko była świadkiem pożaru. Ten tragiczny dzień 18 lipca można podsumować słowami Ambrożego Grabowskiego: „Ten dzień 18 lipca był prawie dniem sądu Bożego. Dym i płomienie osiadały nad całym miastem i zasłoniły przed wzrokiem całe niebo... Wicher szalał, niosąc palące się głownie, gonty, iskry i zasypując nimi dachy domów... i rozrzucając to zarzewie aż na pola od miasta odległe... Trzask palących się gontów, huk upadających dachów... płacz, krzyk, lament ludzi unoszących w popłochu co kto mógł w nagłości z rzeczy swych pochwycić... wołanie ludzi ratujących: wody!... wody!... było to tak okropne, że przechodzi możliwość opowiedzenia lub opisania...”.
Przy takim rozmiarze kataklizmu oraz braku odpowiednich środków przeciwpożarowych nie było żadnych szans na stłumienie ognia. Mieszkańcy mogli jedynie ratować z domów najcenniejsze rzeczy i niektóre sprzęty, a następnie salwować się ucieczką w bezpieczne miejsca, na przykład na Planty, Rynek lub na Błonia. Gorące powietrze unosiło do góry płonące papiery, szmaty i sadze, a wiatr przenosił je na spore odległości. Juliusz Demel pisał, że spalone karty, pochodzące przeważnie z biblioteki dominikańskiej, znajdywano potem w odległości 7-8 mil od Krakowa, np. w Wieliczce. Pojawiający się za sprawą wiatru w coraz to innych miejscach ogień szybko wywołał przekonanie, że przyczyną pożarów są umyślne podpalenia. Domagano się natychmiastowego schwytania sprawców i doraźnego ich osądzenia. O mało co nie doszło do kilku samosądów, gdy tłum chciał zlinczować człowieka, na którego padło podejrzenie o podpalenie. Dla uspokojenia nastrojów, a także dla zapobieżenia kradzieżom, na ulice wysłane zostały patrole wojskowe, a z kościoła Mariackiego wyszła procesja. „Klękano na brukach Rynku, śpiewając Pod Twoją obronę, mając przed sobą obraz płonącego miasta z sylwetkami ludzi zajętych obroną na dachach i nieszczęsnych pogorzelców przy stosach swych rzeczy” - pisał Demel.
Skutki i Obraz Pożaru
Następny dzień ukazał mieszkańcom Krakowa szokujący obraz zniszczeń. „Z kilku domów wznosi się ciężki dym, tu i ówdzie pali się belka, balkon lub futryna od okna. Mury i kominy sterczą nagie, czarne, poopalane, jako krzyże nad mogiłami dawnej egzystencji” - pisał reporter „Czasu”. Na obszarze wielkiego pogorzeliska raz po raz pojawiały się nowe ogniska płomieni, które starano się szybko likwidować. Płonęły nadal pojedyncze budynki, jak na przykład biblioteka dominikanów. 19 lipca pożar przestał się rozszerzać, a 22 lipca na Kraków spadł obfity deszcz.
Gdy wydawało się, że zagrożenie już minęło, 26 lipca pożar wybuchł na Kleparzu, gdzie zapaliły się drewniane budki stojące na Rynku. Od nich zajęły się domy i wydawało się, że miasto znów jest w niebezpieczeństwie, ponieważ na Kleparzu zmagazynowane były duże ilości materiałów łatwopalnych: siana, słomy, zboża, smoły i spirytusu. Dzięki bezwietrznej pogodzie i sprawnej akcji gaśniczej z udziałem wojska, pożar udało się ugasić.
Bilans Strat
Bilans Wielkiego Pożaru i kilku mniejszych, które po nim nastąpiły, był przerażający. Spłonęło 165 domów, cztery kościoły, trzy klasztory, dwa pałace, ważne dla funkcjonowania miasta zakłady rzemieślnicze (w tym młyny) i jatki mięsne. Ogień zniszczył zbiory kościelne i prywatne: obrazy, rzeźby, książki, a nawet nagrobki w kościołach. Bez dachu nad głową pozostało około tysiąca rodzin. Zaskakujący jest fakt, że mimo takiej skali pożaru śmierć poniosło tylko pięć osób.
W kościele św. Franciszka z Asyżu ogień strawił całe wyposażenie, a co więcej, zniszczone zostało sklepienie prezbiterium i transeptu. Pośród spalonych obiektów znalazł się marmurowy ołtarz główny z 1597 roku, słynne wówczas w całej Polsce stalle, wykonane przez brata Antoniego Szwacha (wykładane hebanem, macicą perłową i srebrem) oraz obrazy Dolabelli „Sąd Ostateczny” i „Chrystus gromiący grzeszników”. Prócz tego ogień zniszczył wszystkie pozostałe ołtarze w transepcie i nawie głównej, w tym ołtarz Miłosierdzia, w którym umieszczono otoczone czcią figury Jezusa Miłosiernego i Matki Bożej, portrety papieży malowane al fresco, drewniane posągi Apostołów ustawione parami przy pilastrach nawy, jak i organy z XVII wieku, określane jako największe w Krakowie. Jedynie kaplice i zakrystia uniknęły większych zniszczeń. Zabudowania klasztorne także zostały spalone, poza krużgankami.

Odbudowa Krakowa i Dziedzictwo Pożaru
Kraków długo leczył rany po kataklizmie. Ruiny młyna, od którego zaczął się pożar, przez 14 lat stały opuszczone. Dopiero w 1864 roku trójka przedsiębiorców wyremontowała je i uruchomiła tam nowoczesny młyn wodno-parowy.
Restauracja kościołów Świętej Trójcy i św. Franciszka z Asyżu stała się ważnym impulsem dla rozwoju działalności konserwatorskiej w Krakowie, a zarazem była etapem w kształtowaniu się polskiej szkoły konserwacji zabytków. Na bazie własnych, miejscowych doświadczeń, w trakcie licznych sporów i dyskusji, formowały się poglądy dotyczące zarówno ogólnej koncepcji restauracji, jak i szczegółowych rozwiązań problemów, jakie niosły ze sobą prace nad średniowiecznymi zabytkami, prowadzone na dużo większą skalę niż dotychczasowe. Pracami nad odbudową kościoła franciszkanów kierował Karol Kremer. W głównej części zakończono je już w 1854 roku, lecz w ciągu następnych lat wprowadzano nowe wyposażenie, co okazało się długotrwałym procesem. Z większym rozmachem kolejne prace rozpoczęto w 1895 roku pod kierunkiem Władysława Ekielskiego. Wówczas to usunięto część rozwiązań Kremera, wprowadzono zaś polichromię Stanisława Wyspiańskiego, a po kilku latach witraże jego projektu.