26 lutego 2023 roku, około godziny 22:29, do Stanowiska Kierowania Komendanta Miejskiego PSP w Białymstoku wpłynęło zgłoszenie o pożarze domu jednorodzinnego w miejscowości Choroszcz. W wyniku zdarzenia śmierć na miejscu poniosły cztery osoby, w tym troje dzieci, co uczyniło tę noc wyjątkowo tragiczną dla strażaków z powiatu białostockiego.
Przebieg akcji ratowniczej
Około godziny 22:29 Dyżurny Stanowiska Kierowania przyjął informację o pożarze budynku jednorodzinnego w miejscowości Choroszcz, przy ulicy Narwiańskiej. Na miejsce natychmiast zadysponowano sześć zastępów Jednostek Ochrony Przeciwpożarowej, a następnie łącznie osiem. Gdy radiowóz dotarł na miejsce, sytuacja była już dramatyczna. Pożar rozprzestrzeniał się na tyle szybko i intensywnie, że policjanci nie byli w stanie wejść do środka. W chwili przybycia pierwszego zastępu straży pożarnej zastano rozwinięty pożar dwukondygnacyjnego domu jednorodzinnego. Ogień, wydostający się z okien budynku, rozprzestrzenił się również na dach domu. Policjanci o godzinie 22:29 powiadomili strażaków, zaledwie kilka minut po telefonie 40-latki, która uciekła z domu po awanturze.

Strażacy, w celu opanowania pożaru, podali cztery prądy gaśnicze do wnętrza palącego się domu. W budynku odłączono również zasilanie gazowe i energetyczne. Po lokalizacji źródła ognia, do wnętrza budynku wprowadzone zostały trzy roty ratowników, zabezpieczonych w sprzęt ochrony układu oddechowego. Środek domu był cały objęty ogniem, z okien buchały płomienie, a wewnątrz panowało duże zadymienie. Strażacy musieli pracować w bardzo trudnych warunkach.
Tragiczne odkrycie i ewakuacja
Po częściowym przygaszeniu ognia i przeszukaniu domu, strażacy odnaleźli i ewakuowali wszystkich poszkodowanych: troje dzieci i dorosłego mężczyznę. U wszystkich ewakuowanych osób, będący na miejscu lekarz stwierdził brak funkcji życiowych. Kilkadziesiąt minut później rzecznik prasowy podlaskich strażaków, mł. bryg. Piotr Chojnowski, przekazał, że potwierdza zgon czterech osób, w tym 45-letniego mężczyzny i trojga jego dzieci: dziewczynki w wieku ośmiu lat oraz dwóch synów w wieku trzech i dziesięciu lat. Zwłoki rodzeństwa - trzyletniego Antosia, ośmioletniej Weroniki i dziesięcioletniego Stefana - oraz ich 45-letniego ojca Radosława Z. znaleziono na piętrze domu. Schody spłonęły, przez co strażacy musieli wchodzić na piętro po drabinie i znosić dzieci przez okno. To była trudna akcja, a strażacy byli głęboko poruszeni tragedią.

Po ugaszeniu ukrytych zarzewi ognia oraz przewietrzeniu budynku, jeszcze raz sprawdzono wszystko za pomocą kamery termowizyjnej oraz mierników wielogazowych - wskazania były w normie. Na miejsce akcji przybył rzecznik prasowy Podlaskiego Komendanta Wojewódzkiego PSP w Białymstoku, który przejął kontakty z obecnymi na miejscu mediami. Przybyła także pani psycholog z ramienia KW PSP w Białymstoku, która prowadziła interwencję psychologiczną w stosunku do osób biorących udział w działaniach.
Śledztwo i kulisy tragedii
Ze względu na wagę sprawy, śledztwo przejęła Prokuratura Okręgowa w Białymstoku. Niemal od samego rana po pożarze śledczy z udziałem biegłego od pożarnictwa zbierali ślady, by ustalić przyczyny tragicznego pożaru. W środku odnaleziono kanister po benzynie. Ciała ofiar trafiły do białostockiego Zakładu Medycyny Sądowej, gdzie poddano je sekcjom.
Historia rodziny i Niebieska Karta
Rodzina Urszuli i Radosława Z. z trójką dzieci sprowadziła się do Choroszczy prawie dwa lata przed tragedią, po kilkunastu latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych. Zamieszkali w rodzinnej miejscowości Urszuli, gdzie do dziś mieszkają jej rodzice. Jak wspominała Urszula Glińska, rzeczniczka prasowa Urzędu Miejskiego w Choroszczy, była to rodzina wykształcona, inteligentna, zaradna, przedsiębiorcza i znająca języki, która nie narzekała na brak środków do życia. Ojciec opiekował się dziećmi i domem, a matka pracowała poza nim. Rodzina uczestniczyła w miejskich uroczystościach i życiu społeczności, była religijna i regularnie widywana w kościele. Trzyletni Antoś chodził do przedszkola w Choroszczy, a starsze dzieci, ośmioletnia Weronika i dziesięcioletni Stefan, uczyły się w dwujęzycznej szkole w Białymstoku. W klubie, do którego uczęszczały dzieci, nikt nie mówił złego słowa o 45-latku, który interesował się dziećmi i ich postępami.

W historii tej rodziny pojawia się jednak sprawa Niebieskiej Karty. Procedura została wszczęta kilka tygodni przed pożarem, po zgłoszeniu awantury domowej, i tymczasowo założono ją pod koniec 2022 roku. Wedle wiedzy Urszuli Glińskiej, była to kłótnia między małżonkami. W połowie lutego nie było przesłanek do tego, że jest tam przemoc, co stwierdziła policja, prokuratura i komisja badania problemów alkoholowych przy MOPS-ie. Małżonkowie byli przesłuchiwani w ramach Niebieskiej Karty i zgodnie stwierdzili, żeby zamknąć tę procedurę, określając zdarzenie jako incydent i kłótnię małżeńską. Oboje wyrazili chęć dalszej pracy nad sobą i związkiem, twierdząc, że poradzą sobie z kryzysem sami. Ponieważ nie było przesłanek do przemocy - co wynikało z rozmów z małżonkami i późniejszych, kontrolnych wizyt policji - po półtora miesiąca podjęto decyzję o zakończeniu procedury Niebieskiej Karty z uwagi na brak zasadności jej dalszego prowadzenia. Miało to miejsce w połowie lutego.
Teorie i ustalenia prokuratury
Tragicznego wieczora, 26 lutego, 40-letnia Urszula Z. uciekła z domu po kolejnej awanturze z mężem. Wydaje się, że opuszczała dom w pośpiechu, ponieważ, według świadków, miała na sobie kurtkę, ale była w klapkach (było około 22:30, trwała zima). Kobieta nie miała też przy sobie telefonu komórkowego. Na ulicę Narwiańską wysłano policyjny patrol. Dojazd zajął mu sześć minut od chwili otrzymania zgłoszenia.

Od razu po pożarze pojawiły się teorie, że ogień zaprószył ojciec dzieci tuż po kłótni, do której doszło w domu. Według prokuratury, to właśnie Radosław Z. miał dokonać podpalenia. Rzecznik białostockiej prokuratury okręgowej Łukasz Janyst przekazał, że główna hipoteza zakładała, iż to 45-letni mężczyzna podpalił dom. Dziennik "Fakt" informował, że przy ciele Radosława miały zostać znalezione dwa telefony komórkowe i zapalniczka. Na piętrze domu znajdował się z kolei pojemnik po łatwopalnej substancji.
Śledczy nie znaleźli też dowodów na to, by ktokolwiek namawiał tego mężczyznę do targnięcia się na własne życie lub mu w tym samobójstwie pomógł. Ważną sprawą w śledztwie było ustalenie przyczyny zgonu dzieci i wykluczenie, czy do ich śmierci nie doszło jeszcze przed pożarem. Po szeregu specjalistycznych badań biegli jednoznacznie stwierdzili, że nie było żadnych takich obrażeń (ani zewnętrznych, ani wewnętrznych), a przyczyny śmierci związane były wyłącznie z pożarem. Po uzyskaniu specjalistycznej opinii z zakresu pożarnictwa oraz medycyny sądowej i zebraniu innych dowodów, śledztwo zostało umorzone w związku z tym, że sprawca również zginął w tym pożarze.
Reakcje i wsparcie
Tragedia w Choroszczy wstrząsnęła opinią publiczną. Niemal od samego rana spalony dom był miejscem, w którym pojawiło się wielu bliskich ofiar pożaru. Jeszcze po godzinie 15 wokół budynku krążyli członkowie rodziny, którzy pomagali 40-latce w zbieraniu ocalałych rzeczy. Kobieta jednak po chwili odjechała wraz z policjantami. Sąsiedzi nie chcieli rozmawiać na temat tragedii, wielu z nich było w szoku i nie mogło uwierzyć w to, co się stało. Wokół domu na zadbanym trawniku było widać porozrzucane nadpalone ubrania, buty, zabawki dzieci. Dwie nadpalone flagi polskie skrawkami powiewały przy kolumnie. Z prawej strony domu spalił się też taras z podwórkowymi meblami, grill i trampolina. Za domem w dwóch skrajnych rogach posesji stały butle gazowe. Pomiędzy nimi rozrzucone spalone kawałki elewacji i dachu. Pogorzelisko nie przypominało obrazów z miejsc pożarów, gdzie zostają tylko szkielety ścian; na pierwszy rzut oka budynek wyglądał normalnie, elewacja była tylko lekko osmalona. Echa niedawnych wydarzeń zdradzał brak szyb w oknach i zapach spalenizny.

Władze Choroszczy poinformowały, że w gminie będzie obowiązywać trzydniowa żałoba, od środy do piątku, a burmistrz Robert Wardziński zaapelował o nieorganizowanie w najbliższym czasie zabaw i innych wydarzeń o charakterze rozrywkowym. Dom, w którym mieszkała rodzina, najprawdopodobniej nie nadaje się do odbudowy. Władze Choroszczy zapewniły, że miasto jest gotowe wesprzeć rodzinę ofiar pożaru, oferując mieszkanie zastępcze oraz wsparcie finansowe i rzeczowe, by "odbudować życie osoby, która przeżyła tę tragedię". Ocalała kobieta przebywa obecnie pod opieką swojej rodziny. Pomocą psychologiczno-pedagogiczną objęto dzieci z przedszkola w Choroszczy, do którego chodził 3-latek, oraz kolegów starszych dzieci dojeżdżających do szkoły w Białymstoku. Pogrzeb tragicznie zmarłych dzieci odbył się w piątek, ceremonia zgromadziła tłumy mieszkańców Choroszczy, którzy chcieli pożegnać ofiary. W świątyni oraz na cmentarzu panowała przejmująca cisza, przerywana jedynie szlochem bliskich i sąsiadów. Mieszkańcy Choroszczy zapalali znicze i zostawiali pluszaki pod częściowo spalonym domem przy ulicy Narwiańskiej.
tags: #pozar #domu #w #choroszczy