W Polsce regularnie dochodzi do tragicznych pożarów domów, które niosą za sobą ogromne straty materialne, a często również ofiary śmiertelne. Poniżej przedstawiamy szczegółowe informacje o kilku z takich dramatycznych zdarzeń, które wstrząsnęły opinią publiczną, ukazując zarówno ludzkie dramaty, jak i heroiczną walkę o przetrwanie.
Sprawa Dariusza P. - pożar w Ruptawie i podejrzenie podpalenia
Jednym z najbardziej wstrząsających przypadków jest pożar domu w Ruptawie pod Jastrzębią Górą, który miał miejsce w maju 2013 roku. Dariusz P. z Jastrzębia-Zdroju jest oskarżony o podpalenie domu, w którym uwięziona była jego rodzina. Pożar przeżył tylko najstarszy syn, natomiast żony i czworga młodszych dzieci nie udało się uratować. Prokurator domaga się dla Dariusza P. kary dożywocia, jednak on sam nie przyznaje się do winy.
Historia rodziny i pierwszy pożar
Rodzina Dariusza P. uchodziła za bardzo religijną. Dariusz P. przez wiele lat był szafarzem, co oznaczało, że za zgodą księdza mógł podawać wiernym komunię. Miejscowy ksiądz opisywał go jako modelowego ojca modelowej rodziny. Synowie byli ministrantami, a córki należały do Róż Maryi. Żona Dariusza P. przez pewien czas uczyła religii.
Sąsiedzi zastanawiali się, jak to możliwe, że rodzina, mimo bezrobocia żony i pięciorga dzieci, tak dobrze sobie radziła, posiadając duży dom i dwa samochody. Pierwszy pożar w ich domu wybuchł w 2011 roku. Wówczas nikomu nic się nie stało, a zniszczenia ograniczyły się do ścian i ubrań dzieci. Po tym zdarzeniu w kościele zorganizowano zbiórkę, a ludzie oferowali pieniądze i pomoc przy odnowieniu domu. Nikt nie dociekał, czy to prawda, że ubezpieczyciel wypłacił Dariuszowi P. 200 tys. zł za ten pożar.
Tragiczna noc i akcja ratunkowa
Dwa lata później, w majową noc, dom znów stanął w płomieniach. Tym razem sprawa zyskała rozgłos ogólnokrajowy ze względu na ofiary. Z całej rodziny ocalał jedynie Dariusz P., którego nie było w domu w czasie pożaru, oraz syn, który spał na poddaszu. Synowi udało się otworzyć okno dachowe, co zapewniło mu dostęp do świeżego powietrza i pozwoliło zadzwonić po pomoc. Wykręcił numer do ojca, ale ten nie odebrał. Następnie zadzwonił po straż pożarną.

Strażacy mieli trudności z dostaniem się do środka - nie można było sforsować ani drzwi, ani okien, które były zabezpieczone antywłamaniowymi żaluzjami. Sąsiedzi Dariusza P. ze współczuciem komentowali, że to była dla niego ogromna strata i trauma, wspominając, jak żona Dariusza P. ponoć walczyła z żaluzjami, próbując je otworzyć.
Dramat w szpitalu i pogrzeby
Ksiądz Bogusław Zalewski z Ruptawy opowiadał „Newsweekowi”, że był porażony zachowaniem Dariusza P. w szpitalu, do którego przewieziono jego nieprzytomną rodzinę. Pamiętał, jak tam kolejno umierały dzieci i żona. Dariusz P. musiał wyprawić w sumie pięć pogrzebów. Uroczystość była bardzo wzruszająca. Dariusz P. przygotował długi list, który poprosił księdza o odczytanie nad trumnami. W liście znalazły się liczne odniesienia do ewangelii i podziękowania dla żony za „płodną miłość, za wspólne poranki pachnące kawą, za wieczory na ulubionej ławce w ogrodzie”.
Wsparcie i podejrzenia
Media szeroko opisywały dramat Dariusza P., podając numer konta, na które można było wpłacać pieniądze. Urząd miasta natychmiast zapewnił mu mieszkanie, zapomogę i wsparcie psychologiczne. Sąsiedzi ponownie rzucili się do pomocy. Nikt jednak nie dociekał, ile długów miał Dariusz P. oraz gdzie był w chwili wybuchu pożaru. Prokurator oskarżył go o celowe podpalenie i żąda dożywocia.
Biegli zauważyli u Dariusza P. cechy osobowości psychopatycznej, stwierdzili, że jest egocentryczny, ze skłonnością do ryzyka, manipulacji i kłamstw. W mowie końcowej Dariusz P. krytykował opinie biegłych, narzekał, że padł ofiarą medialnej nagonki, i zapewniał, że rodzina była, jest i zawsze będzie dla niego najważniejsza.
Prof. Brunon Hołyst, autor „Psychologii kryminalistycznej”, twierdzi, że sprawa z Ruptawy jest bezprecedensowa. Ogień rzadko bywa narzędziem zbrodni; używa się go raczej do zatarcia śladów, niemal nigdy do zabijania, ponieważ jest to sposób zbyt ryzykowny. Ofiara może się wydostać i przeżyć, chyba że odetnie jej się drogę ucieczki. Rodzina Dariusza P. nie miała szans uciec, a dom okazał się twierdzą, trudną do sforsowania zarówno od wewnątrz, jak i od zewnątrz.
Pożar w Topolanach - cud w dramacie rodziny Kondraciuków
Kolejny dramatyczny pożar miał miejsce w Topolanach w nocy z 20 na 21 kwietnia. Ogień strawił dom rodziny Natalii (38 l.) i Rafała (40 l.) Kondraciuków. Obok nadpalony samochód i stopione zabawki - ten widok przejmuje do głębi.
Walka o życie i ucieczka przez okno
Koło północy obudziła się Gabrysia (13 l.), najstarsza córka pary, słysząc dławiący kaszel młodszej siostry. Po chwili zauważyła dym wdzierający się na piętro. Zadymienie było ogromne, panowały ciemności, nie było prądu. Rodzina z trudem dotarła do dzieci i zamknęła się w sypialni. Rafał zbiegł na dół, zobaczył płomienie wydostające się z kotłowni. Wtedy poparzył sobie twarz i ręce. Ogień szybko obejmował drewniany dom. 40-latek zadzwonił na numer alarmowy i wrócił na piętro do rodziny.

Ucieczka dołem była niemożliwa. Jedyną opcją było wyskoczenie przez okno z sypialni z wysokości ponad czterech metrów, wprost na betonowe płytki tarasu. „To wszystko działo się tak szybko. Wiedzieliśmy, że nie ma już czasu. Trzeba było odejść teraz albo już nie będzie na to szansy” - relacjonowali rodzice. Pierwsza wyskoczyła Gabrysia, łamiąc obie ręce w nadgarstkach z powodu wysokości i twardego podłoża. Zaraz za nią skoczył Rafał, aby przejmować kolejne dzieci - Kubę (5 l.), Anię (7 l.), Krzysia (9 l.) i Judytę (11 l.) - od Natalii.
„Uciekliśmy z domu tak, jak staliśmy. Nic ze sobą nie wzięliśmy. Nic. Dzieci były w piżamach. Szliśmy drogą” - wspomina Natalia. Zaopiekowali się nimi sąsiedzi, a potem strażacy i ratownicy. Rodzina trafiła na SOR dla dorosłych i dzieci Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku, gdzie została zaopiekowana przez medyków. Podano im tlen, a obrażenia były minimalne - lekkie zaczadzenie i trochę potłuczeń. Rafał ze względu na oparzenia spędził kilka dni w szpitalu.
Strata i nadzieja na przyszłość
Choć rodzinę dotknął ogromny dramat, starają się nie załamywać. Stracili wszystko, co materialne - żadnych ubrań, pieniędzy, pamiątek, rzeczy codziennego życia - ale nie siebie. Dom był dla nich ostoją, otoczoną naturą, w której tak bardzo się odnajdywali. „To było coś więcej niż cztery ściany i dach” - podkreślają. Tamtej nocy zdarzył się nie tylko dramat, ale jednocześnie i cud - cud ocalenia.
Dziś ich świat legł w gruzach. Najbardziej pragną wrócić do codzienności i zapomnieć o koszmarze. Apelują o pomoc: „Każda złotówka to krok bliżej do nowego domu, do poczucia bezpieczeństwa i normalnego życia.”
Czy zbiórka na odbudowę domu po pożarze jest bezpieczna? #zbiórka
Inne tragiczne pożary domów
Liszno - pożar poddasza i apel o pomoc
We wtorek nad ranem w miejscowości Liszno w gminie Rejowiec Fabryczny doszło do pożaru domu. Pięcioosobowa rodzina straciła dach nad głową. Około godziny 5 strażacy zostali powiadomieni o zdarzeniu. Po przyjeździe pierwszych zastępów na miejsce okazało się, że ogniem objęte jest poddasze drewnianego budynku. W akcji gaśniczej udział brało 18 strażaków z Państwowej Straży Pożarnej oraz okolicznych jednostek Ochotniczej Straży Pożarnej. Pomimo szybkiego opanowania pożaru, budynek w chwili obecnej nie nadaje się do zamieszkania. Straty wywołane ogniem oszacowano na około 20 tysięcy złotych. Rodzina z trójką dzieci nie może powrócić do domu ze względu na jego uszkodzenia. Zwrócono się z apelem o pomoc dla pogorzelców, głównie o materiały budowlane, dzięki którym będzie możliwa odbudowa domu jeszcze przed zimą. W sprawie pomocy należy kontaktować się pod numerem telefonu 729 375 479.
Ciszyca - urzędniczka traci dobytek w burzy
W Ciszycy, w jednej chwili, dotychczasowe życie Marty Romanowskiej i jej córek legło w gruzach. Kobieta, na co dzień pracująca w konstancińskim magistracie, w pożarze domu straciła niemal cały dobytek. Ogień zniszczył dach oraz poddasze, a parter został zalany wodą podczas akcji gaśniczej. Potężna burza, która we wtorek (18 czerwca br.) przeszła nad gminą Konstancin-Jeziorna, pozostawiła po sobie wielką tragedię.
Z żywiołem walczyło 10 zastępów straży pożarnej, m.in. z Warszawy, Piaseczna, Opaczy, Bielawy, Czernideł i Konstancina-Jeziorny. Ratownicy robili wszystko, by płomienie nie rozprzestrzeniły się na cały budynek. Po kilkudziesięciu minutach udało się je opanować. Na szczęście nikomu nic się nie stało, pani Marcie udało się szybko ewakuować z płonącego budynku, ale zniszczenia są ogromne. Ogień strawił część dachu oraz poddasze, w którym znajdowały się pokoje córek kobiety. Wszystko wymaga generalnego remontu. „Straciłyśmy miejsce do życia, część naszych rzeczy, a przede wszystkim spokój i poczucie bezpieczeństwa” - mówi mieszkanka Ciszycy.
Tuż po pożarze panią Martę odwiedzili burmistrz Michał Wiśniewski i jego zastępczyni Agata Wilczek. Koleżanki i koledzy z Urzędu Miasta i Gminy Konstancin-Jeziorna rozpoczęli zbiórkę pieniędzy na remont i odbudowę zniszczonego domu. Zbiórka prowadzona jest także w internecie na stronie szczytny-cel.pl. „Liczy się każda złotówka! Pani Marta potrzebuje teraz wsparcia i solidarności” - apelują organizatorzy.
Orzechówka - śmierć 90-latki w pożarze
Do pożaru starego drewnianego domu, w którym mieszkała 90-latka, doszło w poniedziałek rano w miejscowości Orzechówka w powiecie brzozowskim. Na miejscu pojawiło się dziesięć jednostek strażackich. Jeszcze przed przyjazdem służb, sąsiedzi wynieśli nieprzytomną kobietę z budynku. Niestety, mimo trwającej 45 minut reanimacji, 90-latka zmarła. Pożar został opanowany. „Na miejscu pracują policjanci i biegły z zakresu pożarnictwa. Będziemy wyjaśniać dalsze okoliczności i przyczyny tego tragicznego zdarzenia” - mówi Radiu Rzeszów st. asp. Joanna Baranowska, oficer prasowy brzozowskiej policji.
W tym roku podkarpaccy strażacy wyjeżdżali już do 551 pożarów w domach i mieszkaniach, co świadczy o skali problemu w regionie.