Pożar gęsiarni podlaskie

W miejscowości Boćki, położonej w powiecie bielskim na Podlasiu, doszło do znaczących wydarzeń związanych z działalnością przestępczą. Ta niewielka wieś, licząca ledwie półtora tysiąca mieszkańców, stała się miejscem likwidacji największej od kilku lat wytwórni fałszywych pieniędzy. Centralnym punktem tych działań okazała się gęsia ferma należąca do rodziny S.

Odkrycie i likwidacja wytwórni fałszywych pieniędzy

Policja wkraczająca na posesję gospodarstwa rolnego

Działalność wytwórni "fałszywek" zakończyła się 19 listopada 2009 roku, kiedy to funkcjonariusze podlaskiej policji, wsparci przez antyterrorystów, wkroczyli na posesję gospodarstwa w Boćkach. Podczas akcji zatrzymano na gorącym uczynku Romana W. Po przeszukaniu jednego z budynków policjanci odnaleźli przeszło pół tysiąca fałszywych banknotów. W ręce policjantów wpadła również służąca do fałszerstwa kompletna linia produkcyjna, złożona między innymi z komputera, drukarek oraz rozmaitych odczynników chemicznych i przyrządów do cięcia papieru. Zabezpieczone na fermie drobiu przedmioty zostały poddane badaniom przez kilku biegłych różnych specjalności.

Zatrzymane zostały cztery osoby: właściciel fermy - 64-letni Eugeniusz S., jego żona, synowa oraz 29-letni Roman W. Przez 2,5 roku imiennik ojca - 34-letni obecnie Eugeniusz S. - ukrywał się w specjalnie przystosowanej skrytce na poddaszu budynku gospodarczego, w którym trzymane były gęsi. Kompletnie zaskoczonego mężczyznę zatrzymano w maju ubiegłego roku i przewieziono do aresztu. Do dziś przebywa w nim czekając na proces. Miał się on rozpocząć w miniony poniedziałek, jednak ze względu na chorobę jednego z obrońców rozprawę odroczono na początek lutego.

Charakterystyka fałszywych banknotów i skala oszustwa

Fałszywe banknoty i sprzęt do fałszerstw (komputer, drukarki)

Falsyfikaty odznaczały się wyjątkowym podobieństwem do oryginałów. Miały łudząco podobne do autentycznych cechy zabezpieczające takie jak znak wodny i elementy świecące w promieniach UV. Na falsyfikatach były też imitacje znaków holograficznych i części złotych rozet. Dopiero po akcji likwidacji wytwórni w Boćkach okazało się, że podróbki łączą numery seryjne banknotów ujawnionych w gęsiarni S. Według specjalistów zajmujących się zwalczaniem tego typu przestępczości, właśnie stamtąd pochodziło najprawdopodobniej około 92 procent fałszywych banknotów krążących w obiegu.

Nieświadomi niczego ludzie, w których ręce te banknoty wpadły, usiłowali potem płacić nimi w sklepach, za pizzę z dowozem lub wpłacić do banku, tak jak ksiądz jednej z podwarszawskich parafii. Kasjerzy i sklepikarze, dostrzegając, że nie mają do czynienia z gotówką z państwowej mennicy, wzywali policję. Na terenie kraju toczył się już szereg postępowań w celu ustalenia źródła pochodzenia falsyfikatów. Większość z nich kończyła się jednak umorzeniem z powodu niewykrycia sprawcy.

Rola oskarżonych i przebieg działań

Wszystko wskazuje na to, że około miesiąca przed początkiem procesu w opisywanej sprawie (październik 2009 roku) Roman W. rozpoczął już współpracę z rodziną S. Młodszy z Eugeniuszy kupił w Bielsku Podlaskim zestaw komputerowy, w tym monitor, klawiaturę, myszkę, drukarkę, płacąc gotówką. Sprzęt ten przewiózł na należącą do jego rodziców gęsią fermę, znajdującą się w budynkach oddalonych o około 100 metrów od drogi prowadzącej z Bociek do miejscowości Jakubowskie. Już następnego dnia Roman W. zmontował sprzęt do produkcji fałszywych banknotów, wykonując i obrabiając skany banknotów o nominale 100 złotych. Panowie S. to mechanicy samochodowi z wykształcenia, ich przyjaciel Roman to technik elektryk prowadzący własną działalność w branży handlowej.

Z aktu oskarżenia wynika, że o zaplecze finansowe i techniczne całego przedsięwzięcia dbali Eugeniusz S. i jego syn. Po przygotowaniu przez Romana W. kolejnych partii fałszywych banknotów zajmowali się również (osobiście lub dzięki przestępczym koneksjom) dystrybucją falsyfikatów w całej Polsce. Białostoczaninowi Romanowi W. zarzucono podrobienie ponad tysiąca polskich i obcych banknotów o wartości przekraczającej 100 tysięcy złotych i blisko 9 tysięcy euro. Czyn ten zagrożony jest karą od 5 do 25 lat pozbawienia wolności, jak informuje sędzia Przemysław Wasilewski, rzecznik Sądu Okręgowego w Białymstoku, dokąd trafił akt oskarżenia w tej sprawie. Według prokuratury, to Roman W. zajmował się produkcją falsyfikatów, posiadając już doświadczenie w tej dziedzinie. Jeszcze zanim rozkręcił biznes w Boćkach, trafił do aresztu w związku z zarzutami produkcji i dystrybucji fałszywych banknotów.

Eugeniusz S. "Młodszy" usłyszał 3 zarzuty. Zgodnie z aktem oskarżenia w październiku 2008 roku na targu w Łukowie poprosił kwiaciarkę o rozmienienie banknotu 200-złotowego. Dwa miesiące później zapłacił na rynku w Sokółce fałszywą "setką" za indyka, a także prosił o rozmienienie 200 złotych pod pretekstem kupna kapusty czy 100 kilogramów ziemniaków. W kwietniu 2009 roku w sokólskim kiosku usiłował puścić w obieg podrobiony banknot o nominale 200 złotych, chcąc kupić za nie papierosy Viceroy i gazetę "Przyjaciółka", jednak sklepikarz rozpoznał falsyfikat.

Nieco więcej fałszywych banknotów udało się puścić w obieg Eugeniuszowi "Starszemu", zdaniem śledczych, było to 900 złotych. Rodzic również wybierał targowiska w Sokółce i Łukowie, a terminy pokrywają się z zakupami dokonanymi przez jego syna. Jak ustaliła prokuratura, w obu przypadkach 64-letni dziś mężczyzna prosił sprzedawców o rozmienienie pieniędzy na drobniejsze nominały. Dopiero przy rozliczaniu się z utargu ze swoim pracodawcą, oszukani orientowali się, że mają do czynienia z falsyfikatami.

Dalsze postępowanie i zeznania oskarżonych

Żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy. Młodsi nie chcieli składać wyjaśnień. 64-letni Eugeniusz S. był bardziej rozmowny, wyjaśniając, że nigdy nie był na rynku w Łukowie i nie miał nic wspólnego z produkcją falsyfikatów na swej gęsiej fermie, ani nie wprowadzał ich do obiegu. Stwierdził: „Na fermie nie byłem od października 2009 roku, a więc odkąd zakończyłem cykl tuczu gęsi. Fermą zajmował się syn. Ja nawet nie miałem kluczy. Nie wiedziałem i nie podejrzewałem W. Romana poznał w 2004 roku. Miał on być świadkiem na ślubie jego córki. Później W. zamawiał u niego limuzynę z okazji różnych uroczystości rodzinnych. Tylko taki charakter - jak twierdził - miała ich znajomość.”

Białostocka prokuratura apelacyjna prowadziła też śledztwo przeciwko żonom obu panów S., podejrzanych o udział w podrabianiu pieniędzy lub ich wprowadzaniu do obiegu. Postępowanie zostało jednak umorzone, gdyż śledczy nie znaleźli dowodów na to, że kobiety były faktycznie wtajemniczone w "ciemne interesy" partnerów, które toczyły się praktycznie tuż pod ich nosem. Wnioski płynące z każdej ekspertyzy jednoznacznie obciążały Romana W. Dzięki zeznaniom świadków, śledczym udało się powiązać transakcje "fałszywkami" z mieszkańcami Bociek w paru przypadkach.

Policjant przyznał się do zarzutów fałszerstwa

tags: #pozar #gesiarni #podlaskie