Tragedia pożaru w Inowrocławiu i proces sprawcy

Przed Sądem Okręgowym w Bydgoszczy rozpoczął się proces przeciwko Eugeniuszowi S., oskarżonemu o nieumyślne spowodowanie pożaru w Inowrocławiu. Skutkiem tego tragicznego zdarzenia było śmiertelne zaczadzenie kobiety i jej trzech córek. Do tragedii doszło wczesnym popołudniem 28 października 2019 roku na poddaszu kamienicy przy ulicy Orłowskiej 6.

Zniszczona kamienica po pożarze w Inowrocławiu, widok zewnętrzny

Zarzuty i pierwsze zeznania oskarżonego

Według aktu oskarżenia, Eugeniusz S., będąc w stanie nietrzeźwości, nie zachował wymaganej ostrożności i pozostawił bez należytego dozoru włączone palniki kuchenki podczas przygotowywania posiłku. W następstwie tego doszło do śmierci matki i trzech córeczek. W czasie rozprawy Eugeniusz S., który został doprowadzony z aresztu, przyznał się do winy i złożył wyjaśnienia. Mówił, że był pod wpływem alkoholu i po włączeniu palników zasnął. Korzystał z kuchenki zasilanej na gaz z butli, a prąd czerpał z nielegalnego połączenia do sieci, bo miał odcięty dopływ z powodu niepłacenia rachunków. Oskarżony przeprosił rodzinę zmarłych i mieszkańców kamienicy poszkodowanych wskutek pożaru, a także prosił o przebaczenie.

Dramatyczne szczegóły akcji ratunkowej

Około godziny 12:30, przedstawiciele straży pożarnej otrzymali wezwanie do pożaru trzykondygnacyjnego budynku. Na miejsce ściągnięto 12 zastępów straży pożarnej, a następnie w akcji uczestniczyło 13 zastępów strażaków PSP i PSP. Strażacy, którzy na miejsce przybyli po trzech minutach, wynieśli z mieszkania na poddaszu 31-letnią matkę, Monikę S., oraz jej troje dzieci w wieku trzech miesięcy, czterech i pięciu lat. Wszystkie ofiary były nieprzytomne. Najmłodsza córeczka miała zaledwie trzy miesiące, a najstarsza pięć lat. Niestety, mimo starań służb ratunkowych i reanimacji, życia całej czwórki nie udało się uratować. Komendant inowrocławskiej Straży Miejskiej Zdzisław Feit poinformował, że kamienica, w której wybuchł pożar, jest prywatną własnością, a zarządza nią spółka Inowrocławska Gospodarka Komunalna i Mieszkaniowa. Działania strażaków trwały prawie pięć godzin, na koniec zabezpieczyli dach plandekami przed deszczem.

Straż pożarna przed kamienicą w Inowrocławiu po pożarze

Akcja ratownicza była niezwykle utrudniona ze względu na duże zadymienie. Strażacy gasili pożar wewnątrz budynku w aparatach ochrony dróg oddechowych i przy użyciu sprzętu wysokościowego z zewnątrz. Dym był bardzo gęsty, a ratownicy, którzy poszli na poddasze, musieli być wyposażeni w kamery i aparaty powietrzne. Mieszkania na poddaszu przeszukiwało wtedy czterech ratowników. Lokal, w którym znaleziono ciała, posiadał okratowane okna, a pokoje były przechodnie, stąd konieczność przeszukania każdego miejsca, w którym mógłby schronić się człowiek. W takich warunkach weryfikacja odbywa się niemalże po omacku, metr po metrze.

Zeznania ojca ofiar: szok i rozpacz

W trakcie rozprawy zeznania złożyli występujący w charakterze oskarżycieli posiłkowych, ojciec i siostra kobiety, która zginęła w pożarze. Ojciec zeznawał w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy, opisując tragiczny dzień 28 października 2019 roku. Opowiadał, jak odebrał telefon od Moniki S. dosłownie minuty przed jej śmiercią. Usłyszał tylko, że „się dymi”. Zapytał, czy kobieta wezwała straż pożarną. Wkrótce później rozmowa zakończyła się. Biegł na miejsce, do kamienicy, w której mieszkała jego była partnerka z dziećmi. Był kilka minut drogi od ich domu i próbował dodzwonić się do Moniki, ale nie odbierała.

Pożar Inowrocław (duch w oknie)

Mężczyzna wbiegł na piętro, gdzie znajdowało się mieszkanie. Opisywał, że dym sięgał od sufitu aż do kolan. Nie widział swojej ręki, nie mógł oddychać, piekły go oczy. Na piętrze spotkał lokatora z sąsiedniego mieszkania siedzącego na schodach. Zeznał, że Eugeniusz S. był pijany. Chwilę potem strażacy wydostali z lokalu dziewczynki i ich matkę. Próbowano jeszcze je ratować, ale było za późno. Ojciec widział, jak z mieszkania wyszedł strażak z dzieckiem na rękach. Z trzech metrów nie poznał własnej córki, a to była Zuźka. Zszedł z nimi do karetki. W karetce ratownicy powiedzieli, że córka nie żyje i musieli mu to powtórzyć cztery razy. Widział przez otwarte drzwi karetki, że niosą Oliwię i kładą ją na ziemię, bo nie mieli gdzie jej położyć.

Wszystkie ofiary znaleziono w łazience, w której przypuszczalnie matka z dziećmi ukryła się przed dymem. Było to bardzo małe pomieszczenie bez okien i prawdopodobnie pozbawione wentylacji. Ojciec zaznaczył, że z mieszkania nie było ucieczki - w oknach umieszczonych zaledwie kilkadziesiąt centymetrów nad podłogą zamontowane były kraty. Kiedy w 2016 roku Monika przyjmowała mieszkanie, okna były już okratowane, a pan z Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej tłumaczył, że kraty zostały założone na wniosek poprzedniej lokatorki. Ojciec i matka Moniki S. uznali, że kraty mogą zostać, bo okna były nisko, 40 cm od podłogi, jednak myśleli, że mimo krat, wszystkie normy prawa budowlanego są zachowane.

Ojciec chciał zobaczyć dziewczynki, ale nie pozwolono mu. Zobaczył je dopiero po sekcji zwłok przeprowadzonej w Zakładzie Medycyny Sądowej w Bydgoszczy. W sądzie powtarzał: "Tego nie da się opisać. Zawalił mi się cały świat. Nie mam już celu w życiu." Kiedy sędzia Tomasz Pietrzak pytał, czy korzysta z pomocy psychologicznej, odpowiedział: "Te rozmowy nic mi nie dawały." Ojciec tragicznie zmarłych dziewczynek i były partner Moniki S. zwrócił uwagę, że kiedy straż pożarna rozpoczęła akcję, ratownicy nie wiedzieli, że w mieszkaniu na poddaszu budynku przebywają ludzie. Na podstawie wymiany informacji z numerem alarmowym 112 straż pożarna powinna była wiedzieć, że tam są ludzie.

Zeznania dziadka ofiar

Na sali rozpraw zeznawał również ojciec Moniki S., a dziadek Zuzi i Oliwii. Z trudnością odpowiadał na pytania sędziego. Podkreślił: "Bardzo kochaliśmy z żoną te dziewczynki, były dla nas całym światem. Spędzaliśmy z nimi dużo czasu jeszcze zanim w mieszkaniu nie zamieszkał Marcin M."

Ustalenia śledczych i ekspertów

Przyczyną pożaru, jak stwierdzili biegli z dziedziny pożarnictwa ze Szkoły Głównej Służby Pożarniczej w Warszawie, było zaprószenie ognia, czyli działanie nieumyślne. 60-letni (wówczas) mieszkaniec kamienicy, Eugeniusz S., pozostawił bez dozoru garnek z posiłkiem na kuchence gazowej. Z ustaleń biegłych wynika, że pijany mężczyzna chciał sobie przyrządzić posiłek i zasnął. Ogniem zajęła się kuchenka, a następnie kuchnia. Czad, który rozprzestrzeniał się po budynku, stwarzał zagrożenie dla wielu osób. W jego mieszkaniu pojawił się ogień, a czad przedostał się na korytarz i do mieszkania zajmowanego przez Monikę S. i jej dzieci. "Pan Eugeniusz, jak nie pił, to niekiedy przychodził do mnie w odwiedziny. To nie był zły człowiek. Nie wiem, kiedy zaczął się u niego problem z alkoholem. Nigdy nie był wobec mnie agresywny, nigdy mnie nie zaczepiał" - zeznała siostra Moniki S.

Policja zatrzymała 61-letniego lokatora kamienicy w Inowrocławiu (woj. kujawsko-pomorskie) w dniu tragedii, wieczorem. Mężczyzna usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania pożaru, którego skutkiem była śmierć czterech osób. Oględziny przeprowadzone przez prokuratora z udziałem biegłego doprowadziły do wniosku, że pożar wybuchł w lokalu zatrzymanego, a następnie ogień się przeniósł. Przesłuchanie zatrzymanego było możliwe dopiero we wtorek po południu, bo musiał wytrzeźwieć; w chwili zatrzymania miał w organizmie 3 promile alkoholu. Sąd zastosował wobec mężczyzny dwumiesięczny areszt.

Przebieg procesu sądowego

Oskarżony i jego obrońca złożyli wniosek o dobrowolne poddanie się karze, proponując 2-2,5 roku pozbawienia wolności, ale wycofali go po dezaprobacie prokurator i pełnomocniczki pokrzywdzonych. Prokuratura wnioskowała o przesłuchanie w czasie procesu 40 świadków, ale sąd ograniczył ich grono do 17. Na środowej rozprawie obrońca Eugeniusza S. złożył wniosek o zaprzestanie stosowania wobec oskarżonego najsurowszego środka zapobiegawczego, czyli tymczasowego aresztowania. Sąd nie wyraził na to jednak zgody.

Reakcja miasta i wsparcie dla poszkodowanych

Prezydent Inowrocławia Ryszard Brejza wydał zarządzenie o ogłoszeniu żałoby na terenie całego miasta, a flaga miejska na ratuszu została opuszczona do połowy masztu. Na budynkach Urzędu Miasta Inowrocławia i miejskich jednostek organizacyjnych flagi miejskie zostały przepasane kirem. Władze Inowrocławia zapewniły mieszkańcom kamienicy miejsca i posiłki w hotelu, a na czas trwania akcji gaśniczej i zabezpieczania budynku postawiono autobus. Budynek opuściło dziesięć osób, a około 10 wyszło samodzielnie. W kamienicy, która według wstępnej oceny nadzoru budowlanego nie nadaje się do mieszkania, zameldowanych było 36 osób. Późnym popołudniem podjęto decyzję, aby pilnie wyasygnować pieniądze na remont kamienicy. Prezydent Brejza zadeklarował, że w najbliższym czasie rozpoczną się prace remontowe. Większość mieszkańców pragnie powrócić do swoich mieszkań, nie chcą innych lokali zamiennych i to zostanie uszanowane.

Autobus z ewakuowanymi mieszkańcami kamienicy po pożarze

tags: #pozar #inowroclaw #ojciec